RSS
 

Muzułmanin? „Nie jednemu psu na imię Burek”.

21 sty

Takie nastały czasy,że wielu ludzi szuka szczęścia poza granicami kraju, a co za tym idzie – mamy coraz to więcej związków z obcokrajowcami. Dwie bliskie mi osoby związały się z  wyznawcami islamu. Pierwsza myśl zawsze jest taka sama. Tym ludziom ciężko zaufać, mają swoją religię, która przecież bardzo różni się od naszej. Do tego dochodzi kwestia,że to dwie kobiety związały się z muzumaninem, a przecież wiadome jest ile taka ot kobieta, katoliczka do tego znaczy dla wyznawcy islamu. Czemu więc te związki? A no dlatego,że „nie jednemu psu na imię Burek” i tak oto kobieta, póki na własnym przykładzie nie sprawdzi – nie uwierzy.

Jedna z przyjaciółek poznała muzułmanina podczas praktyk studenckich. Pracowali razem i przypadli sobie do gustu. Osobiście podczas opowieści o wspaniałym tunezyjczyku ciągle byłam przekonana,że to nie jest „historia na dłużej”. Z całego serca życzyłam jej jak najlepiej i kiedy upracie dażyła do stworzenia normalnego związku z tym mężczyzną – wspierałam ją. Ostrzegałam, ale zarazem starałam się nie szufladkować, dałam więc mu jakiś kredyt zaufania. Po około 3ech latach wzięli ślub. Ślub cywilny, ale nie w Polce… w Tunezji. Oczywiście zostałam zaproszona na uroczystość i przyjęcie, ale nie mogłam sobie na to pozwolić. Jej rodzina (najbliższa) oczywiście była tam razem z nią i cieszyła się jej szczęściem. Takie życie niestety,że się rozjechałyśmy, ale w końcu udało nam się spotkać. Zdjęcia ze ślubu i wesela nie bardzo przypadły mi do gustu. Zachowano bowiem całą tradycję muzułmańską, od wspólnych wieczorów (panieński i kawalerski), po dziwny wieczór w białyhc strojach i wieczór w sukni ze złota, depilację całego ciała, tatuaż z henny na dłoni… Osobiście sama mieszkam poza graniami kraju, ale diametralne odbieganie od polskich tradycji wciąż sprawa mi coś na miarę bólu, bólu wenętrznego,bo jednak ma się to wpojone, do tego się przywykło. Nigdy jednak nie pytałam o jej odczucia względem zupełnie innej ceremonii zaślubin niż te, do jakich przywykła. Była jednak mimo wszystko szczęśliwa. Później dopiero zaczęły się problemy – wiza. Przy drugim podejściu udało się uzyskać wizę i mąż w końcu mógł przyjechać do żony. Wtedy kolejny stres, załatwianie karty czasowego pobytu, kontrola w domu z samego rana,czy aby na pewno związek nie jest fikcyjny… Ja nie jestem osobą, która mogła by temu podołać, ale oni dali radę. Mój ostatni dzień w Polsce poświęciłam więc młodej parze, wybrałam się z nimi do Urzędu Wojewódzkiego jako tłumacz męża mojej przyjaciółki. Cały wywiad polega na szeregu pytań. Pytania o ich wspólne życie od początku związku,aż po moment, w którym aktualnie się znajdowali, jako załącznik zdjęcia z wspólnie spędzonego czasu. Po jakimś czasie dostałam wiadomość,że przyznano mu kartę czasowego pobytu na dwa lata. Teraz oczekują dziecka i w dalszym ciągu są szczęśliwi, a on dzielnie znosi polskie świąteczne tradycje.

 

W 2012 roku podczas pracy w Holandii poznałam pewną dziewczynę. Okazało się,że jest znajomą mojego brata. Bardzo szybko okazało się,że mamy wiele wspólnego i naprawdę świetnie się dogadywałyśmy. W mgnieniu okna wiedziałyśmy o sobie prawie wszystko i mogłyśmy sobie zaufać.
Opowiedziała mi też o swoim związku z męzczyżną, który pochodzi z Afganistanu. Opowiadała o nim w samych superlatywach. Był muzułmaninem żyjącym w Holandii, razem z braćmi posiadał Agencję Pracy, mówił po holendersku, angielsku i po polsku(nie wspominając o języku ojczystym).
Była w niego zapatrzona. Wteyd byli ze sobą dopiero 2 miesiące. W czasie kolejnych dwóch miesięcy ich związek stawał się coraz bardziej skomplikowany. On nie okazywał ani grama szacunku uważając,że przecież może znaleźć sobie lepszą. Odwiedzał ją tylko wtedy, kiedy nie miał nic innego do roboty, wyzywał i odtrącał kiedy tylko miał gorszy dzień. Przejżała niby na oczy, zakończyła to, usunęła jego numer i około tygodnia trwała tak bez kontaktu z nim, ale w końcu on zadzwonił… Przeprosił, przyjechał, a ona uwierzyła w te piękne słówka. Znała moje zdanie, jednak nie mogłam podjąć decyzji za nią. Wróciłam do Polski. W międzyczasie dzwoniła, mówiła,że się rozstali,że to koniec,że on jej nie szanuje, nie kocha. Po dwóch tygodniach wróciłam, a ich relacja była jak chorągiewka na wietrze. Raz dobrze, raz źle, a raz nie było nic i błędne koło się zataczało. Ona słuchała coraz więcej wyzwisk, obelg, płakała, a on później wracał i zawsze tak odwrócił sytuację,że to ona czuła się winna. Wróciłam do Polski na dwa miesiące, a w tym czasie ona usunęła swoje konto na portalu społecznościowym i nasz kontakt poniekąd się urwał. Kiedy wróciłam do Holandii, następnego dnia się spotkałyśmy. Zmieniła się, znacznie schudła i już nie miała tego błysku w oczach. Dalej była z tą swoją „miłością” ,ale było gorzej. On popadł w długi. Dlaczego? Kasyno było jedynym miejscem w jakie ją zabierał. Powiedział też, że nigdy z nią nie zamieszka, nigdy się z nią nie ożeni, nie przedstawi jej swoim rodzicom i nie zaakceptuje jej dziecka. Czemu? Bo tak nakazuje wiara, a rodzice  nie tolerują nic,czego koran zabroni. A ona liczyła na wielką przemianę,  przecież w Polsce pod opieką jej rodziców była jej córeczka, wtedy 5 letnia , a ona bardzo chciała zabrać ją w końcu do siebie. W międzyczasie wyszło też,że jeden z jego braci związał się z polką, która mieszka z nimi, sprząta , gotuje, a w zamian ma gdzie mieszkać, dostaje jakiś grosz na swoje potrzeby, a jak rodzice przyjeżdżali w odwiedziny, to dziewczyna brata (wtedy 18 letnia dziewczyna) była przewożona do znajomych do Belgii. Przeszła też na islam, założyła burkę dla niego…
Moja dobra znajoma oświadczyła mi,że się przeprowadza do miasta oddalonego ode mnie ponad 40km. Dlaczego? On naciskał, ale nie tylko na to… Bardzo nie odpowiadała mu jej znajomość ze mną. Przeprowadziła się i słuch po niej zaginął. Jak kamień w wodę. Numer telefonu nie odpowiadał, adresu nie znałam, wiedziałam tylko gdzie pracuje, więc mogłam wspólnych znajomych podpytać,czy wszystko z nią ok… Nie chciałam się narzucać, byłam przekonana,że sama podjęła tę decyzją chcąc ratować ten związek, a raczej chory układ.
Spotkałam ich raz przypadkiem w sklepie, przedstawiła mi go, a ja oznajmiłam,że ręki mu przecież nie podam. Dla mnie był najgorszym co mogło ją spotkać. To był ostatni raz kiedy ją widziałam. Na twarzy miała wypisany żal, smutek. Było widać,że chce coś powiedzieć,coś więcej niż „cześć” , ale przecież on stał obok i niestety – znał polski.
Niedawno znów sie odezwała. I w końcu mogłyśmy się spotkać. Nie jedna osoba mówiła mi „po co zwracasz sobie głowę? zaraz znów zniknie, tylko nerwy niepotrzebne.”. No tak, zazwyczaj jak się odezwała, a później znów przepadła, miewałam sny o niej, martwiłam się, źle sypiałam… Ale postanowiłam,że się z nią spotkam. Była ważną osobą dla mnie i zawsze czułam,że ona potrzebuje pomocy,że w tym układzie jest coś więcej niż rzekome uczucie, którym go daży. Jakie wielkie uczucie by nie było , każdy dochodzi do momentu kiedy powie „dość” i zerwie to,co jest zupełnie bezproduktywne, nie daje szczęścia i przynosi jedynie cierpienie. Dlatego byłam przekonana,że jest coś więcej. Podczas tego spotkania, po 1,5 roku od ostatniego przypadkowego wpadnięcia na siebie w sklepie było dość…dziwnie (?). Potrzebowałyśmy kilku dłuższych chwil,żeby się rozgadać i żeby mogło być jak dawniej. Kiedy ją poznałam wygląła jak kuleczka, ważyła wtedy sporo więcej ode mnie, okrągła,ale ładna kobieta… A teraz? Waży pewnie z 20 kg. mniej niż wtedy… Stres… Okazało się,że związek z afganistańczykiem jest na wykończeniu. Zapytałam więc czy on ją kiedykolwiek szantażował, zmuszał do czegoś. „Mówił mi,że on jest szefem i jak nie będę słuchać to mnie zabije. A jak podczas rozmowy telefonicznej w złości się rozłączałam,to oddzwaniał i pytał,czy naprawdę jestem tak odważna,żeby to robić.”
No więc teraz wiemy już,że związek był chorym układem, za jaki go miałam i mam nadzieję,że teraz jest na dobrej drodze,żeby się raz na zawsze wyrwać z tego. Ja życzę jej jak najlepiej i jestem tutaj, będę dla niej zawsze,kiedy będzie mnie potrzebowała. Było co było, znikała, nie wiedziałam nawet czasem,czy żyje, ale teraz wiem,że mnie potrzebuje i ja nie zawiodę. Mam nadzieję,że ma to za sobą i teraz już będzie stawiała jedynie kroki do przodu, zamknie ten rozdział i NIGDY do tego nie wróci.

Czasem tak to bywa,że jak kobieta się nie sparzy,to nie uwierzy. Setki razy jej powtarzałam,że to żadna miłość kiedy jedno czerpie korzyści, a drugie tylko na tym traci – i czas, nerwy, zdrowie, przyjaciół. Tłumaczyła go religią. Religia religią, a człowieczeństwo człowieczeństwem. On zachowywał się jak zwierze, samiec alfa, a ona podwładna.
Jeśli jest prawdziwa miłość nic nie jest w stanie tego zaburzyć, wiarę i tradycję można pogodzić. Trzeba jednak znać swoją wartość i nie dać się wciągnąć w coś,co nie daje nam szczęścia, co wymaga od nas wiele i nie daje w zamian nic. Niezależnie od religii można stworzyć związek partnerski, jeśli tego się właśnie chce. Jeśli chce się związku, zobowiązań, wspólnego życia. A jeśli nie, to przecież najlepiej zrzucić winę na bak elastyczności poglądowej rodziców, zapiski te i owe, wiarę czy pochodzenie.
Jeden jest dobry, drugi niestety nie. Grunt,żeby to rozpoznać za wczasu i nie wepchać się w bagno, z którego później naprawdę bardzo ciężko się wydostać.
Nie szufladkujmy ludzi, ale obserwujmy bacznie, analizujmy i nie popadajmy w skrajności, a unikniemy wielu złych decyzji.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii malzenstwo, uczucia, Związek

 

Dlaczego ludzie się rozstają?

10 gru

Wczoraj mój ex znów przypomniał sobie,że za mną tęskni i znów wyciągał wspomnienia z przeszłości powtarzając,że był ze mną szczęśliwy, a zarazem głupi,bo nie potrafił tego okazać.
Wiadomo,że przeszłość nie pozostaje nikomu obojętna,więc od tej jego paplaniny zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak właściwie stało się tak,jak się stało. Dużo było złego, ale już wcześniej. Jakoś się wybaczało, odbudowywało zaufanie krok po kroku i powoli szło razem do przodu. No właśnie – razem. Co więc przesądziło o tym,że czas pójść do przodu osobno?
Mąż ogółem był głupiutki, mówią,że dlatego iż młody. Nie wiem czy wiek odegrał tu jakieś znaczenie,czy po prostu przyzwyczajenia i to,co z domu wyniesione.
Uważał,że złapałam go, wpadł w to po uszy i skoro nie może uciec,to chociaż sobie poużywa. Rutyna go nudziła,choć nie mogę powiedzieć,że mnie monotonia nie dobija. Ależ oczywiście,że dobija! Nikt tego nie lubi w związku. Tylko ja w odróżnieniu do niego zmian szukałam w naszym związku. Interesowało mnie to, jak można poprawić naszą relację, a nie jak odreagować na boku. Proponowałam wspólne wyjścia, wyjazdy, czy choćby spędzenie w domu wieczorem razem. Każdy jednak wieczór kończył się tak samo… Ja oglądałam telewizję, a on trwonił czas przy komputerze. Wprowadzanie zmian i poprawianie naszej relacji nie szło mi więc najlepiej.

Wybaczyłam jedną kobietę, z którą spotykał się ukradkiem pracując w innym mieście. Nie dopytywałam się co wydarzyło się w Norwegii choć jedna sytuacja mnie zaskoczyła. Wrócił w nocy, odebrałam go noca ze stacji z moim wielkim bruzchem ledwo mieszcząc się za kierownicą auta. Wymęczony był,aż żal było patrzeć. A cieszyłam się niezmiernie z jego powrotu. Następnego dnia kiedy spał, pocałowałam go. Obudził się, wytrzeszczył oczy i zapytał „a …(imię męskie) gdzie?!” . Później wyjaśnił,że wydawało mu się,że jestem jakąś tam dziewczyną, którą poznał w Norwegii, a ten mężczyzna, o którego zapytał,to jej chłopak. Dziwne,że akurat nasunęło mu się na myśl i wydało prawdopodobne,że całuje go inna kobieta,niż jego przyszła żona. Nie drążyłam tematu, odpuściłam. Dziś nie wiem dlaczego…. w końcu to było przed ślubem, można było przycisnąć i może nawet przełożyć ślub?
Później była koleżanka, która po nocach wypisywała sms nazywając go „Misieńkiem”. Następnie te spotkania z inną. Później w pociągu spędził 10 godzin z jakąś dziewczyną, mi pisząc,że się przespi, a tak naprawdę poświęcał jej czas, numer telefonu zapisał pod jakąś głupią nazwą. Później były wyjazdy służbowe, a tam zawsze jakaś… Przez miesiąc nieobecności odezwał się do nas 5 razy , na moment. Śledząc jego konto bankowe widziałam,że nocą płacił w lokalach… Ale wybaczałam… Choć pisały, dobijały się.
Później będąc w Holandii doszłam do wniosku,że z nim niby źle,ale bez niego gorzej. Wróciłam z myślą naprawy związku. A on tymczasem oddał wszystko co mieliśmy i przyszło mi mieszkać z teściami, z którymi najdłużej wytrzymałam 2 tygodnie pod jednym dachem. On wiedział,że to się tak skończy, że się wyniosę od nich, ale nie zaczekał,aż zrobię to dobrowolnie, tylko któregoś pięknego dnia będąc w pracy wysłał mi sms,że mam spakować siebie i córkę i wynieść się nim wróci z pracy. A później zaproponował wspólne wakacje, a później to już nie wspólne, a tylko córkę chciął wziąć. Na pewno sam z nią jechać nie chciał…
W trakcie wakacji (ostatecznie zdecydowałam się jechać, bojąc się o córkę) zapytałam, na którym łóżku śpimy… No tak, były trzy do wyboru. Na co usłyszałam „Ja nie wiem, na którym ty śpisz…”. Ooooo… W porządku, posłałam tylko sobie i córce – razem, a on wybrał łóżko najdalej od nas.
Co wieczór wychodził i rozmawiał ponad godzinę przez telefon. Z kim? Z kolegą podobno… Po jednej z kłótni byłam przerażona, bałam się go bo wpadł w furię… Zadzwoniłam do jego matki prosząc,żeby go uspokoiła,bo daleko od domu i nie mam gdzie pójść z córką… A ona w ramach rewanżu chyba, zadzwoniła do mojej matki i prosiła,żeby mnie z dzieckiem z domu wyrzuciła. Wiedziała,że po tej aferze już na pewno nie zejdę się z mężem, chciała mnie na siłe sprowadzić do ich domu, tylko nie wiem po co? Odwdzięczyć się za synka?
Na tydzień, może dwa później…W rocznicę naszego ślubu okazało się,że pod moją nieobecność spotykał się z inną kobietą. I to właśnie zaważyło… Wcześniejsze wyskoki jakoś znosiłam, wybaczałam. Tym razem jednak więź między nami była słaba, a ta wiadomość zerwała zupełnie to,co jeszcze było między nami. Zapytałam,czy miała styczność z naszą córką – „nie”. Nie dawało mi to spokoju, najbardziej bałam się,że wprowadził w życie córki inną kobietę,pod moją nieobecność. Pokazałam jej zdjęcie „Oooo ciocia, która z nami zamek z piasku budowała nad wodą”. I wtedy pękłam. Zadzwoniłam do niego,by poinformować,że nie wiem czy jestem w stanie wybaczyć to co zrobił i kolejne kłamstwo. Drżałam i czułam,że to koniec, jego głos przyprawiał mnie o mdłości, a każde kolejne słowo wydawało się kłamstwem, każde. Nie wierzyłam w nic co mówił.
Teraz myśl o tej kobiecie sprawia,że się denerwuję. Drażni mnie jej imię, nazwisko i wszystko co z nią związane. Obwiniam ją za rozpad naszego małżeństwa. Choć tak naprawdę to sie zbierało latami,aż w końcu jedna sytuacja okazała się o jedną za dużo… I wyszło na jaw,że te rozmowy wieczorne podczas wakacji, które miały nas zbliżyć – to rozmowy z nią. Kiedy to wszystko wyszło na jaw czułam się jak nigdy dotąd. Drżałam, nie mogłam złapać oddechu. Wcześniej nigdy tego nie doświadczyłam mimo tego,co robił. Myślę,że tak w moim przypadku wyglądało rozdarcie od środka, wszystko pękło, nie zostało nic. Od tego momentu on już nie był dla mnie ważny. On starał się mnie uspokoić, załagodzić sytuację,ale każda próba rozmowy nasilała drżenie, problem z oddychaniem.  Patrzyłam na niego i czułam obrzydzenie, nienawiść… Każda próba wybaczenia kończyła się niepowodzeniem. To był moment, kiedy miałam dość.
Myślę,że każdy ma jakieś granice wytrzymałości i cierpliwości. Moje zostały przekroczone i to z hukiem.
W tym momencie uważam,że incydenty z przeszłości,te wcześniejsze miały jakiś udział w podjęciu takiej, a nie innej decyzji, ale to ostatnie wydarzenie było tym decydującym.
Ludzie rozstają się,kiedy jest już naprawdę dość, kiedy nie ma już sił by wybaczać i dążyć do zmian na lepsze. Jedni wytrzymują dłużej, inni krócej. Każde wydarzenie, każdy ból jaki sprawiamy osobie, z którą jesteśmy na zawsze zostaje, każde kolejne wysysa z nas siłę i chęć walki o związek. Jak balon… każde złe wydarzenie jest jak powietrze nadmuchujące balon… Jedn raz, drugi trzeci i kolejne…. aż w końcu balon pęka… I nie da się go już złożyć, posklejać, naprawić. A nowy dostajemy bardzo rzadko… Niewielu ludzi ma tyle siły w sobie,żeby dać drugą szansę z nowym kredytem zaufania.
Każdy jest kowalem własnego losu i każdy dostaje to,na co zasługuje. Na wszystko pracujemy sami i nic nie dostaniemy za darmo. Nie da się przeżyć życia z drugą osobą, nie zważając na jej dobro i uczucia. Każdy ma taki swój balonik i musi zadbać,by nie pękł. Nikt nikomu nie powie jak pojemny jest balon i ile zdoła wytrzymać, więc może warto zadbać,aby pozostał nie nadmuchany?

 
 

Polak polakowi za granicą…

05 gru

Pamiętam jak pierwszy raz wyjeżdżałam za granicę… Każdy mnie ostrzegał nie przed obcokrajowcami, a przed polakami. I na początku nawet myślałam,że się mylili,że te czasy już minęły,że to nie jest możliwe,żeby polak był wrogiem polakowi na obczyźnie. Po dłuższej obserwacji moje zdanie jednak uległo zmienie.
Na początku ja po prostu nie kwalifikowałam się jako wróg. Pierwszy raz, młoda , przestraszona – nikomu nie zagraża przecież. W różne miejsca do pracy trafiałam i z różnymi ludźmi przyszło mi pracować. Pierwszy raz pamiętam jak polka bez przerwy mnie pospieszała,choć był to mój pierwszy dzień i naprawdę dawałam z siebie wszystko… Po kilku „szybciej,szybciej” w końcu przestałam pracować i obserwowałam ją,aż przeniesiono mnie do pracy na inną linię,co było sukcesem. Inaczej pewnie w ruch poszłoby wszystko co pod ręką,byle trafić tym w nią,albo choćby blisko – co by się przestraszyła. No tak, przed ludźmy w tym miejscu przestrzegał mnie każdy,bo tam się strasznie o swoje posadki boją… A ja przecież byłam (jak nazwano to w firmie, w które pracowałam) ekipą specjalną na 4 godziny do szybkiej pomocy i nie zamierzałam tam zostać ani 5 minut dłużej,bo taka praca…to już bym wolała w naszej polskiej biedronce.
Ja trzymałam się z dala od reszty pracowników firmy, prywatnie miałam kontakt po pracy z grupką ludzi, a z większością dalej utrzymuje kontakt choć od roku już nie pracujemy i nie mieszkamy razem. A do reszty po prostu dystans. Kilka razy słyszałam o sobie kilka ciekawostek, ale te były nawet odrobinę zabawne, a tych zainteresowanych moim życiem zapraszałam na herbatkę i pogawędkę co by informacje czerpali u źródła, a nie z wyobraźni. Wtedy plotki ustawały migiem.

W pracy jak ktoś kogoś nie lubił, a miał odrobinę lepsze stosunki z pracodawcą,to osoba pracę z miejsca traciła. Były kłamstwa, pomówienia i najzwyklejsze w świecie kablowanie. Niektórzy innym nawet liczyli ilość wyjść do ubikacji w trakcie pracy, nie licząc się z zapaleniem pęcherza,czy miesiączką u kobiety. Znieczulica zupełna. Oosby starsze traktowane z góry,bo przecież wolniejsze odrobinę i trzeba „za nie robić”. Nikt nie pomyślał,żeby tej czy tamtemu dać spokój,bo dziecko ma na utrzymaniu i dom, nieeee… totalny brak empatii. Większość (bo nie każdy oczywiście) gnała za swoim, po trupach do celu, nie zważając na nic i na nikogo. Nie mogę powiedzieć,że w moim przypadku nie było układów i układzików, które czasem pomagały mi bardzo i raz nawet zdarzyło się,że przyszłam na miejsce innej dziewczyny tylko dlatego,że wiedziałam do kogo zadzwonić i powiedzieć,że wróciłam i chętnie wrócę na swoje stare stanowisko. Raz niestety musiałam tak postąpić, ok stało się. Inaczej płakałabym noc w noc w poduszkę i w końcu wróciła do polski. Praca z grupą młodych polek i rozchwianych bułgarów okazała się torturą, a bułgarki o wiele gorsze i bardziej zazdrosne o wszystko niż jakakolwiek polka.

Ostatnio spotkałam się jednak z czymś co uważam za jeszcze gorsze. Bo praca pracą – pieniądze, każdy kto wyjeżdża za granicę do pracy – chce pracować i stara się trzymać danej mu pracy. Mowa jednak o osobach, które wyjeżdżają za granicę nie tylko by pracować,ale by po prostu żyć. Zakładają rodziny za granicą, rozpoczynają nowe życie, odmienne od polskiego,bo każdy kraj jest zupełnie inny. Przychodzi nam obeznać się z innymi procedurami, innym prawem, obowiązkami. KAŻDY jednak (niezależnie od tego ile mieszka poza Polską) znajdował się w tym samym miejscu, w którym znajdują się osoby, które dopiero do kraju przyjechały. Każdy przeżywał swój początek, potrzebował pomocy i powoli stawiając krok za krokiem zapoznawał się z rzeczywistością, w której przyszło mu żyć. Szkoda tylko,że wiele osób po tych kilku latach pobytu zapomina jak to jest być nowym, jak to jest nie znać języka.  Aż nóż się w kieszeni otwiera, kiedy czytasz czy słyszysz jak jedna kobieta do drugiej mówi „jak nie rozumiesz,to masz pecha. Naucz się jezyka”, a to tylko dlatego,że jest za granicą kilka lat, poznała język, a przez pierwszy rok miała życzliwych ludzi dookoła, którzy pomagali jak mogli,żeby ot kobieta mogła się zaklimatyzować w nowym kraju.
I nikt nie patrzy na to,że jedna język wchłonie, druga potrzeuje więcej czasu, inna rozumie,ale nie czyta i nie pisze w obcym języku i przy pismach urzędowych czasem ma problem. Ale taka jedna, druga czy trzecia uważa się za lepszą zapominając przy tym,że jeszcze jakiś czas temu była takim samym „świeżaczkiem” i tak samo prosiła o pomoc. Jeśli nie chcesz pomóc – przemilcz, ale czemu odrazu w chamski sposób pokazywać,że czuję się lepszym człowiekiem od drugiego człowieka.
Ja żyję w Holandii, rozumiem dużo po niderlandzku,ale nie mówię – czekam,aż jakiś cud sprawi,że blokada minie i przemówię. Posługuję się angielskim (co nie czyni mnie jednak lepszą od tych osób, które mówią tylko po polsku). Jeśli ktoś ma problem i trzeba pomocy, a jestem w stanie pomóc – pomogę. Nie wywyższam się tylko dlatego,że żyję z holendrem, a moje dziecko jest dwujęzyczne. Nie potrzebuję pomocy „z zewnątrz” bo mój partner wszystko co trzeba przełoży mi na angielski, co nie zmienia faktu,że innym pomogę,choćbym nawet jemu miała podsunąć jakieś pismo do przetłumaczenia „na chłopski rozum”.
Dziwi mnie i brzydzi jad jednego człowieka do drugiego, wywyższanie się i poniżanie innych i żeby to jeszcze polak polakowi w ten sposób… Ciężko o przyjaźń między polakami poza granicami kraju, a szkoda,bo mogłoby nam się lżej żyć na obczyźnie. Od każdej reguły jest jednak jakiś wyjątek i nie ma sensu odrazu każdego skreślać, ale czujność trzeba zachować, o taak, to na pewno.

Zachęcam do dyskusji. Pewnie wiele osób ma coś do powiedzenia w tym temacie. Zapewne 95% tych, którzy na obczyźnie byli bądź są spotkali się już z różnymi rodzajami „przyjaźni”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii polacy za granicą, zycie

 

Moc wypowiedzianych słów.

12 lis

Jako okrutna ex żona jestem pełna podziwu dla mojego ex męża, który mimo moich wad, niedoskonałości, które to wypominał mi na każdym kroku – wciąż nalega na mój powrót, a i datę rozwodu chce przesunąć (jeszcze jej nawet nie znając). Łudzi się,że wrócę. Ostatnio stwierdził,że przecież wiem,że miał problemy z okazywaniem uczuć. Ależ oczywiście,że wiem… W końcu nie potrafił określić co do mnie czuje nawet gdy pytałam o to wprost. Uznał też,że wiem,że moge na niego liczyć i zawsze mi pomoże jeśli będę potrzebowała pomocy i zawsze będzie za mną. Nigdy nie pomagał, nigdy nie był za mną… Nie rozumiem skąd więc pomysł,że „przecież wiem”. Podobno nikogo i nigdy nie pokocha tak jak mnie,bo to ja jestem TĄ kobietą (cokolwiek miałoby to oznaczać). I dobrze,że nikogo tak nie pokocha, bo to nie była miłość, oby potrafił pokochać prawdziwie. Kiedy po raz kolejny wyjaśniłam mu,że dla nas nie ma już szans i że musiałabym zmysły postradać,żeby wrócić do niego to uznał,iż mogłabym postradać…. Ręce opadają… Bo miał swój czas. Czas, w którym mógł sie wykazać jako ojciec i mąż. Nie zrobił tego i musi z tym teraz żyć.

Ostatnio dużo słyszę o mężach, którzy zapomnieli czym jest szacunek do kobiety. Ja rozumiem,że w nerwach można wiele powiedzieć,ale przychodzi też czas skruchy, przyznania się do błędu i przeprosin. A większość „tych” mężczyzn co gorsze nie widzi swojej winy i nie uważa,że słowa mogą zranić. Ot zwykła paplanina, nic nie znacząca, bo słowa się ulatniają, nie zostawiają ran(podobno). Nic bardziej mylnego! Każde słowo zostaje gdzieś głęboko, a gdyby tego było mało, każde takie zapamiętane słowo burzy spokój w związku,bo nawet jeśli ten oto mężczyzna przez chwilę jest dobry – kobieta pamięta,że zranił, poniżył i nie potrafi cieszyć się chwilą szczęścia.Nie, my nie żyjemy z minuty na minutę. Jesteśmy pamiętliwe. Każde złe słowo zostaje odnotowane w pamięci, głęboko. Nie? Zastanów się przez chwilę, jeśli kiedykolwiek usłyszałaś złe słowa od swojego mężczyzny – właśnie w myślach mogłaś usłyszeć je ponownie. „Nie pamiętam” znaczy jedynie,że bronimy się przed tym, nie chcemy pamiętać .
Moim zdaniem to brak szacunku do kobiety powoduje u mężczyzny przekonanie,że kobietę można słownie obrazić, poniżyć. O ranieniu fizycznym nie wspominając – niewiele mi o tym wiadomo, na całe moje szczęście nigdy nie miałam z tym bezpośredniej styczności, choć przyglądałam się życiu przyjaciółki, którą bił jej własny ojciec,ale o tym innym razem.
Jeśli mężczyzna nie szanuje kobiety (lub na odwrót) marne są szanse,żeby ot szacunek powrócił. Nie powraca, prawie nigdy. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć,żeby mój ex mąż mnie szanował. Umacniał mnie w przekonaniu,że jestem nikim, poniżał i obrażał, a ja modliłam się o chorobę, nie o grypę… O chorobę, która dałaby mu do myślenia, która dałaby mi moment,że on troszczył by się o mnie i bał,że może mnie stracić… Miałam w głowie głupie myśli. Myślałam,że wtedy doceni,bo poczuje mój brak,że się mną zaopiekuje i przestanie zbywać każdy mój jakikolwiek ból słowami,że „dam radę”. Tak, często to słyszałam, tak było najłatwiej. Po co pomóc mi nieść zakupy, skoro dam radę? Po co mi przespać się po zmianie nocnej w pracy, skoro i bez snu dam radę? Po co zejść na dół i pomóc mi wnieść wózek i córką na górę,skoro sama dam sobie radę? Ze wszystkim dawałam sobie radę i na myśl mu nie przyszło,że może można by było mnie wyręczyć z tego,czy tamtego. Dać mi chwilę wytchnienia, nawet jeśli dawałam radę (bo musiałam). Kiedy już zaczęły się wyzwiska ciężko było ugryźć się w język i wymykały się z ust częściej i częściej… I wiedziałam,że czas kiedy byłam ważna, szanowana i kochana już nie wróci. Słów wypowiedzianych nie można cofnąć. Słowa mają moc, o której niektórzy nawet nie mają pojęcia. Dlatego warto czasem przemilczeć. Zastanowić się chwilę dłużej, bo nie wszystko co ślina na język przyniesie powinno być wypowiedziane.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii malzenstwo, uczucia, Związek, zycie

 

Historia pewnej zwykłej, katolickiej rodziny.

14 paź

Po ostaniej rozmowie z przyjaciółką doszłam do wniosku,że niektórzy mają problemy, mają w życiu trudniej niż ja… Wiele z tych osób to te osoby, które wcześniej wiodły życie niemalże idealne. Ona, jej partner, później już mąż, zakochani tak,że w ogień by za sobą poszli… No,ale od początku. Pozwolę sobie przytoczyć trochę wspomnień z uwagi na anonimowość… Od rozmowy z nią nie daje mi to wszystko spokoju.

Rodzina 7-osobowa, matka, ojciec i piątka dorosłych dzieci, no – poza najmłodszą, nastolatka, dość trudna, wymagała pomocy psychologa, nauczania indytidualnego w wieku gimnazjalnym. Ogólnie normalna dziewczyna, tylko nerwowa i słaba psychicznie,a do tego chorowita. Kilka operacji przez jajniki płatające figle, długi okres rekonwalescencji. Matka – drobna kobieta, bardzo miła, przyjemna.Na starość zabrali do siebie dziadka od strony ojca, pod opiekę. Nie pracowała, zajmowała się Dziadkiem, pamiętała o lekach, diecie, regularnych posiłkach. Ojciec – nerwowy, wybuchowy,ale kochający żonę – mąż, ojciec może nie najlepszy (z uwagi na wybuchowość i nerwowość), ale rodzina w komplecie. Była tam i moja przyjaciółka(później określana jako A), jej starszy brat i starsze dwie siostry. No więc mamy całą siódemkę. Najstarsza siostra po burzliwych kłótniach z rodzicami wyprowadziła się do swojego mężczyzny – rodzice nie akceptowali go, uważali,że należy do sekty, do tego miał byłą żonę i dużą już wtedy córkę. Reszta jak przystało na porządną katolicką rodzinę co niedzielę i każde święto wybierała się razem do kościoła na mszę.
Pojawił się chłopak mojej przyjaciółki,który nie spodobał się mamie. Jak dziś pamiętam kiedy ze łzami w oczach prosiła mnie o pomoc,żeby coś zrobić,by ich rozdzielić. Jaka to była dziwna prośba! Do tego niemożliwa do spełnienia. W końcu zaakceptowali tego mężczyznę w życiu ich córki. Druga zaś z córek pozostałych w domu w międzyczasie zaręczyła się i wyznaczyła datę ślubu, przyszli małżonkowie wpłacili zaliczkę i dni odliczali do Ślubu.
Ja pochłonięta byłam moją ciążą,o której wiedzieli wtedy nieliczni i szkołą – którą trzeba było jakimś cudem skończyć mimo ciąży. Pewnego dnia jak zazwyczaj zakupiłyśmy z drugą przyjaciółką (B.) trochę słodkości i z kartami do gry odwiedziłyśmy A. Z przyjaciółką B. spędzałam o wiele więcej czasu. A. zajęta była swoim związkiem, często bywała poza miastem, a do tego jej luby nie koniecznie wtedy za nami przepadał. Uważał,że młodsze jesteśmy i mieszamy A. w głowie, może i miał rację. Tak więc B. wiedziała już,że jestem w ciąży, była ze mną i ojcem mojej córki u lekarza. Zawsze była gdzieś w pobliżu. Bałam się wspomnieć o ciąży A. , była moją sąsiadką, a co jeśli doszłoby do jej rodziców i nagle do moich? Sama chciałam powiedzieć swoim rodzicom, nie chciałam osiedlowej poczty pantoflowej, miałam 18 lat i 1,5 roku szkoły wciąż przed sobą, bałam się reakcji rodziców, tym bardziej jeśli powiedziałby im ktoś inny! Tak więc coś pół słowem wspomniałyśmy A.,że mamy pewną niespodziankę dla niej,ale zaczekamy z tym na lepszy moment. Tego dnia ostatni raz widziałam matkę A. Zmarła kilka tygodni później. Ból głowy okazał się być spowodowany tętniakiem. Byłam na tyle pochłonięta swoim życiem,że dowiedziałam się od tym od moich rodziców. Dopiero wtedy skontaktowałam się z przyjaciółką, bojąc się tego co powie. Co prawda wtedy jeszcze jej mama żyła,ale już było ciężko, jej narządy wewnętrzne powoli kończyły swoją pracę…Okazało się,że Dziadkiem nikt nie potrafi opiekować się wystarczająco dobrze, nikt nie chciał swojego życia podporządkować pod potrzeby Dziadka.Kiedyś mieli załatwienia, poproszono mnie,żebym zajrzała do Dziadka, zostawili mi klucz, a ja bałam się pójść bo co jeśli Dziadek się przestraszy,że ktoś się do mieszkania włamuje? Poszłam, a Dziadek oglądał telewizję,chyba się mnie spodziewał. Dziadek stał się nagle kulą u nogi, znaleźli mu więc miejsce w Domu Spokojnej Starości,gdzie w bólach i mękach zmarł kilka miesięcy później.
Ojciec się załamał po stracie żony i uznał,że najlepszym rozwiązaniem będzie inna kobieta. Na początku wszystkim ulżyło. Liczyli na to,że kobieta korzystnie wpłynie na ojca,że odstawi on alkohol,który nie współgrał z tabletkami,które miały za zadanie go wyciszać. Początkowo owszem tak też było, kobieta sprowadziła go na ziemię, uspokoił się i nawet wyglądał na szczęśliwego. Niemalże przestał pić,bo ona tego nie lubiła. Później chyba było jej wszystko jedno,bo znów zaczął wracać do popijania po tabletkach.
Starsza siostra pryzjaciółki wzięła ślub, choć był moment,że chciała wszystko odwołać. Pomogło jej zastanowienia się nad sensem odwołania uroczystości, proste pytanie „Czy Twoja mama chciałaby,żebyś teraz z tego zrezygnowała?”. Wzięli więc ślub. Rok później ślub wzięła moja przyjaciółka, a w ślad za nią – miesiąc po miesiącu, młodsza siostra i starszy brat. Tak oto cała piątka założya swoje rodziny, zostwiając ojca troszkę samemu sobie. On całkowicie poddał się „uczuciu” do nowej kobiety. Na tyle bardzo się „pokochali”,że przestała bronić mu picia, a on zażądał od własnych dzieci zrzeczenia się praw do mieszkania.  Rozpętały się kłótnie, ostatecznie jedynym dzieckiem,jakie zostało przy ojcu była starsza siostra A. w zestawie z jej mężem. Reszta zwiała od „nienormalnego” ojca. Było słychać wrzaski, kłótnie i inne głośne dźwięki  (jak się później okazywało,to stoły i krzesła „latały”). Nowa kobieta na przekór córce swojego partnera w mieszkaniu starała się wprowadzić własne warunki,swój ład i porządek, zmieniając nawyki i to co wpoiła wcześniej matka. Były więc dyskusje, kłótnie i krzyki. Na nic, ojciec był zbyt zakochany. Niedługo później okazało się,że ojciec ma niezłośliwego raka, ot jedna ranka na twarzy po goleniu, która zamiast się zagoić ropiała, sączyła się i powiększała. Uporał się i z tym i podobno miał przestać pić. Później pod wpływem alkoholu wpadł do wykopu pod fundamenty, ucierpiały plecy i było podejrzenie,że chodził nie będzie,ale chodzi, udało się, uraz nie był tak groźny jak się wydawało na początku. Wypadki w pracy, bo niby nikt nie widział,że przychodził chwiejnym krokiem. Ludzie myśleli,że wyświadczają przysługę milcząc,że pod wpływem jest, bo przecież załamany chłopina, żonę stracił,dzieci się odwróciły od niego, a jeszcze jakby pracę stracił,to już by się nie wygrzebał z tego dołka. Każdy podejmuje decyzje i robi to,co uważa za słuszne,oni więc uznali,że zostawią go biednego i nie będą nękać przełożonym.
Po ślubie A. i jej mąż C. starali się o dziecko i nic im po staraniach… Z błyskiem w oku zerkali na moją córkę, myślę – w głębi zazdroszcząc pociechy. C. do tego czasu zdążył zaakceptować mnie i B. Raz,że już wiedział,że z naszą przyjaźnią nie wygra, a dwa do tego momentu i my trochę dorosłyśmy, ustatkowałyśmy się i zauwazyłyśmy,że C. to wcale nie taki zły facet jak się wszystkim początkowo wydawało. Był całkiem dobrym wujkiem dla mojej córci. Uwielbiała go, teraz niestety kontakt mamy minimalny….ale przecież ja nie o tym.
W międzyczasie A. i C. w końcu dorobili się dzieciaczka. Mieszkali wtedy u rodziców C. Dziadkowie (rodzice C.) od dawna naciskali na wnuka,bo przecież jeszcze dziadkami nie byli.  Ciąża była zagrożona, był szpital, leki. Po dwóch latach starań – naprawdę przeżywali koszmar bojąc się każdego dnia o maleństwo, które nosiła pod sercem. W tym samym czasie młodsza siostra zaszła w ciążę,ale niestety serduszko dziecka szybko przestało bić i konieczny był zabieg.  Tym bardziej w A. wzrastał strach o dziecko, widząc,że dbanie o siebie i ciążę czasem nie pomaga,bo „serce przecież może po prostu przestać bić”. Kiedy Maleństwo przyszło na świat ich stosunki z rodzicami C. zmieniły się, nie – oczywiście,że nie na lepsze. Było gorzej i gorzej. Tak też zostali zmuszeni do przeprowadzki to ojca A. , który w najlepsze upijał się i awanturował w domu. Wytrzymali tydzień. Kiedy to pod wpływem alkoholu i leków próbował wyszarpnąć im z rąk Małą i wrzeszczał do zięcia,że nie potrafi zadbać o swoje kobiety. Wrócili więc do rodziców C.
A. „dla dobra sprawy” podporządkowała sobie życie pod rytm życia całej rodziny. Nie mając pomocy z niczyjej strony dodatkowo gotowała i sprzątała dla wszystkich, nie słysząc za to ani jednego dobrego słowa. Jedyne co mogła usłyszeć „czemu ugotowałaś to,a nie coś innego?”. Teściowa dnie potrafiła przesiedzieć u drugiej synowej,dzwoniąc jedynie do A. żeby ugotowała i pranie zrobiła. A co z tego,że dziecko chore, co z tego,że dziecko marudzi,bo ząbki się wyżynają – gotuj i sprzątaj dla całej 8-osobowej rodziny + jeszcze dla męża i dziecka. W końcu z mężem zaczęło się psuć, nacisk ze strony matki i żony, stał się nerwowy, krzyczał, mniej pomagał przy córce. Wtedy A. pękła, wykrzyczała wszystko, nie udało się w ten sposób oczyścić atmosfery. Usłyszała przelotem jakieś groźby ze strony teściowej, jakoby „miała jej jeszcze pokazać” i zostali wyrzuceni. Tak, kazali im się wyprowadzić z malutką i aktualnie chorą córką. Poszli więc do jej „zwariowanego” ojca, który akurat miał gorszy dzień i mając za złe C. w ręce trzymał nóż. Nie, matko – nie zranił go,choć groził.  No i nie ma dokąd pójść.

Podsumowując – jedna, drobnej postury kobieta trzymała całą rodzinę w całości, czyniła ją dobrą rodziną… Kiedy tylko jej zabrakło – coś pękło, rodzina posypała się na drobne części. Nie zostało nic. Zupełnie nic.
Z rodziny jakże katolickiej pozostali ludzie z problemami, nie potrafiący dojść do porozumienia. Ojciec o kościele zapomniał ,syn i najstarsza córka są świadkami jehowy i mówią o tym głośno (myślę,że sekta, o której wspominano w przypadku mężczyzny najstarszej córki to właśnie świadkowie jehowy uznani przez nich-katolików sektą). Najmłodsza wygrzebała się z problemów natury psychicznej, ma męża, straciła dziecko i przezyła już wiele mimo młodego wieku. Średnia córka twardo trwa przy ojcu mimo momentów,kiedy musi barykadować się w pokoju,by nie wszedł i nie skrzywdził (nie raz,ani nie dwa pokazywała siniaki jakie w trakcie awanrtur „dostała w prezencie” od ojca). Trwa tak przy nim pilnując mieszkania, na które chęć ma kobieta ojca. A. zaś – moja przyjaciółka, mimo dobrego męża i długo wyczekiwanego dziecka nie może zaznać spokoju i dać się ponieść radości, szczęściu z posiadania własnej rodziny,bo nie stać ich na własne mieszkanie, nie mają też nikogo z kim mogliby mieszkać bez żadnych stresów.
Tak ot ta katolicka rodzina, którą brano za wzór jest w rozsypce. Koszmar rozgrywa się od ponad czterech lat i nie ma sposobu,by te wszystko posklejać. Spotkała ich podła rzeczywistość,na którą nie ma lekarstwa.