RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘zycie’

„Tatusiu przyjedź sam”

17 paź

Nasze życie przez jakiś czas było spokojne. Dogadywałam się z moim byłym mężem na tyle dobrze,że udało się normalnie funkcjonować w zgodzie. Wakacje minęły nam spokojnie, bez niepotrzebnych sprzeczek. Wszystko poszło tak sprawnie i łatwo,że niemal uwierzyłam,że teraz już będzie dobrze.

Ostatnio zapytał o weekend z córką. Najpierw trochę wymyślał,ale ostatecznie doszliśmy do porozumienia w tej sprawie. Zgodziłam się na weekend. Miał wynająć im hotel z basenem niedaleko morza, bądź wynająć sobie hotel niedaleko naszego miejsca zamieszkania, spędzać dzień z córką i odwozić ją na noc do domu,bo nie widziałam sensu,żeby dziecko spało w hotelu 5 czy 10km. od domu.
Już nawet zapomniałam o tym weekendzie, nie myślałam o tym w ogóle – cóż, przyjedzie to przyjedzie,tak ? Córka uradowana, bo będzie miała tatę dla siebie i tak czeka na weekend z nim. Wtedy właśnie następuje wybuch i plan się posypał. Okazało się bowiem, czym sam się pochwalił, że wziął sobie do serca rady wszystkich i znalazł dziewczynę. Wspaniale…. by było, gdyby nie fakt kim ona jest. Na moje (i jego zresztą teraz już też) nieszczęście związał się z kobietą, , z którą mnie zdradzał. Może gdyby wtedy się przyznał, był z nią to do tej pory już bym to przetrawiła i zaakceptowała,ale nie! On kontynuował swoje kłamstwo 3 lata, wmawiał mi,że nigdy z nią nie spał,że (o losie!) ona jest dziewicą (tak, niezmiernie to było miłe,kiedy mąż mówił mi o jej dziewictwie, jakby to było normalne,że ma takie informacje), że on z nią nigdy nic, zero uczuć do niej, a teraz nagle co?
I nie, oczywiście,że nie chodzi o to,że on ma być sam. Życzę mu normalnej, poukładanej kobiety, z którą założy rodzinę i będą żyli długo i szczęśliwie. Chodzi o to,że on wlecze za sobą przeszłość i narzuca mi ją, a mnie to po prostu wciąż boli. Nie potrafię zaakceptować jej w pobliżu mojego dziecka. Kiedy słyszę jak córka mówi o niej „ciocia„… Nie! Ciocie nie rozbijają rodzin, nie kradną męża i ojca. Ona nie zasługuje na miano cioci.
Kiedy córka dowiedziała się,że tatuś planuje weekend z nią i CIOCIĄ , była bardzo zawiedziona. Pewnie ją lubi,ale chce tatę dla siebie. Powiedziała mu,że ma przyjechać sam, a on w moment naskoczył na mnie i grozi sądem. Jeszcze brakuje tego,żebyśmy się po sądach ciągali przez jego pseudo-dziewicę.
Nie zamierza zrobić tego, o co prosi córka, a ja nie zamierzam się ugiąć. Jeśli przyjedzie z nią, to będzie miał okazję pokazać jej kawałek kraju, ale moja córka nie będzie ich zabawką wypożyczoną do zabawy w dom. Jak mają chęć na takie zabawy, niech sobie sprawią własne dziecko. Jeśli tak bardzo kocha córkę i tak bardzo chce się z nią spotkać to proszę bardzo,ale ten czas będzie ich czasem i poświęci jej 100% uwagi, nie będzie jej dzielił między córkę i kobietę , która zniszczyła nasze małżeństwo.

Może inaczej by to wyglądało jakbyśmy mieszkali niedaleko siebie, oni mieszkali by razem, a spotkania córki z tatą byłyby częste. Niestety (a może i nie) córka widuje go w wakacje,bo mimo,iż mogą spędzać ze sobą każdy pierwszy weekend miesiąca – nie widują się. Jest to niewykonalne ponieważ mieszkamy w innych krajach. Jeśli jest możliwość na ich wspólny jeden weekend w roku,to niech to będzie ich czas, ona nie musi tu przyjeżdżać.

Nie chcę się nawet zastanawiać nad tym,czy moja reakcja jest odpowiednia. Przemyślałabym to może jeśli córka nie miałaby problemu z dzieleniem się tatusiem, ale ma… A ja nie pozwolę mu narzucać swoich widzi-mi-się  córce i mi, tak jak robił to kiedy jeszcze byliśmy małżeństwem.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii dziecko, rozwód, uczucia, Związek, zycie

 

„Ah, jak kocham swoją pracę ! ”

17 maj

Dziś zupełnie o czymś innym z okazji tego,że właśnie kończy się długi weekend. Wizja poniedziałku, porannej pobudki i spędzenie 9 godzin w pracy przyprawia mnie o ból głowy. Im dłuższy weekend, tym większa niechęć. A skąd bierze się ta cała niechęć ?
Zacznijmy od początku.
Z braku innych możliwości trafiłam do pracy w szklarni. Kilka pierwszych dni wspominam dość dobrze. Było wesoło, ciepło i towarzystwo całkiem w porządku. Po tygodniu okazało się,że towarzystwo podzielone jest na jakieś dziwne grupy i jedni uśmiechając się do drugich nieustannie za plecami o nich dyskutowali i oczywiście nie były to miłe komentarze. Po trzech tygodniach wysłałam CV do innej firmy i następnego dnia zaczęłam nową pracę. Właśnie tę, gdzie pracuję do tej pory.
Pierwszy dzień wiązał się z ogromnym stresem. Wiedziałam mniej więcej co mam robić, ale dowiedziałam się też,że jest tam kilka polek w przedziale wiekowym 25-30 lat. Wiecie jak to polak-polakowi za granicą, a jeszcze jak jest większa grupa kobiet… Dziewczyny jednak pozytywnie mnie zaskoczyły. Były miłe , pomocne i udało się przebić do ich grona mimo tego,że one znały się już od kilku lat. 9 godzin w pracy mijało jak 3. Pierwsze dwa tygodnie zegar jakby oszalał i nim się obejrzałam była 17:00. Po miesiącu zaproponowano mi przeniesienie z działu pakowania na dział produkcji. Propozycję argumentowano tym,że ja chcę pracować dłużej, a tam będzie im łatwiej zapewnić mi pracę. I tak oto z pracy w grupie przerzucono mnie do pracy w pojedynkę. Cieszyłam się ! O ile praca w grupie jest przyjemna,bo czas biegnie jak szalony przy rozmowach i wygłupach, o tyle praca w pojedynkę pozwala mi na ustalenie własnego tempa, planu dnia pracy i nie muszę sugerować się innymi – wszystko robię w swoim czasie. Później przyszły 3 tygodniowe wakacje dla wszystkich i udało się wypocząć na tyle, by w pełnej gotowości wrócić do pracy.
I wszystko potoczyłoby się spokojnie i powoli ku kolejnym wolnym dniom (a tutaj akurat dłuższe wolne miało nastąpić dopiero w grudniu). Niestety jedna z „nowych” dziewczyn drogą manipulacji i kłamstw doprowadziła do serii kłótni i wyrzutów po czym została zwolniona za wprowadzanie niemiłej atmosfery w miejscu pracy. Nim jeszcze odeszła, oczywiście płacząc, rozpowiedziała jak to została zwolniona przez jedną z dziewczyn, która podobno ma na to jakiś wpływ i rozmową z szefem wymusiła jej zwolnienie.
Odeszła i wydawało się,że można odetchnąć i wrócić do normalności. Jednak nie. Kilka osób , wierząc jej na słowo, chyba bardziej z przerażenia niż ze złości – kontynuowało kłótnie. Każda rozmowa przepełniona była fałszem, bo inne „nowe” dziewczyny, wierząc,że mogą stracić pracę za sprawą koleżanki – po prostu przymilały się, a kiedy nie było jej w pobliżu to… sami wiecie.

Do dziś nie wiem jak to się stało,że dziewczyny uwierzyły w historię o wymuszonym zwolnieniu, jak to możliwe,że wierzą,iż którykolwiek z równorzędnych im pracowników ma jakikolwiek wpływ na zwolnienia oraz jak to możliwe,że dwie z nich, trzepocząc rzęsami wzięły pod swojego buta szefa, staruszka, który chętnie dyskutuje z nimi na tematy, które w pracy w ogóle nie powinny być poruszane.

Każdego dnia wchodzę tam z nadzieją na dobry dzień, jakieś zmiany na lepsze. Z nadzieją,że pewnego dnia za sprawą zwykłego pstryknięcia palcami  wszystko wróci do normy i będzie jak wcześniej.
Praca sama w sobie nie jest zła. Idę, robię swoje i zarabiam przyzwoite pieniądze. Tylko ta atmosfera ! Czeka się aż ktoś pojedzie na urlop,żeby było troszkę lżej, ale to chwilowe tylko. I choć cała ta sytuacja jakoś bezpośrednio mnie nie dotyczy  – męczy okrutnie. Co najgorsze – w samym środku tego zamieszania jest moja dobra znajoma, która niestety bardzo to przeżywa.
W pracy tworzymy bardzo małą grupę. Niespełna 20 osób (licząc dwa działy razem), dlatego też wszyscy byli dość zżyci ze sobą i czekało się na przerwę,żeby móc posiedzieć , porozmawiać. A teraz? Książka i kącik,bo nie ma z kim i o czym. Wielka szkoda.
Niedługo czeka nas wyjazd integracyjny. Ciekawa jestem jak to wypadnie. Wszyscy zgłosili chęć wyjazdu. Może to będzie jakiś przełom? Oby !

Na to czy lubimy pracę czy nie składa się wiele czynników. Choćby praca była cudowna – jeśli otaczają nas ludzie, z którymi spędzenie kilku godzin to tortury – nigdy nie będziemy zadowoleni z pracy, nigdy nie pójdziemy z chęcią i uśmiechem. Praca, choćby była skrajnie beznadziejna, ale z wspaniałymi ludźmi zawsze da nam więcej satysfakcji, a i chęci do pracy będą większe.
Na upartego – przecież można by szukać „szczęścia” gdzieś indziej. Tylko kto da nam gwarancję,że nie trafimy z deszczu pod rynnę? Dlatego warto zadbać o to,żeby atmosfera w pracy nas nie dołowała,a  stosunki między nami, a innymi pracownikami były w najgorszym wypadku po prostu neutralne. Przede wszystkim należy pamiętać,że robimy to dla siebie samych.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii polacy za granicą, praca, zycie

 

Cisza przed burzą ?

16 maj

Od około tygodnia znów nastała cisza i spokój. Ostatnio córka rozmawiała z tatą tydzień temu, a dzień później ja i od tego momentu przepadł. A to niespodzianka ! Znając życie, któregoś dnia zadzwoni w najbardziej nieodpowiednim momencie, ja nie odbiorę, a on znów wyśle mi wiadomość,że on dzwoni, a ja nie odbieram i co się znów dzieje. I znów będzie narzekał na mnie i wytykał mi,że utrudniam mu kontakt z córką. Ah, taki nasz standard, nawet jeśli jakoś się dogadujemy – przychodzi moment kiedy ja jestem winna. Winna jestem temu,że dzwoni, kiedy córki nie ma w domu, dzwoni kiedy ja jestem w pracy lub dzwoni,kiedy to mnie nie ma w domu. Ostatecznie to ja proponuję konkretny czas na wykonanie telefonu do dziecka, on wtedy umawia się na kolejną rozmowę telefoniczną, bądź skype, po czym albo zapomina, albo coś mu wypadło, nagle dostał telefon z pracy i musiał jechać, internetu nie było i takie tam różne inne, równie ciekawe wymówki (jak na poranek niedzielny bardzo wymyślne). Tak to już jest,ale nie ma się co martwić,bo idą wakacje, będzie miał na pewno jakiś interes do mnie,więc niedługo zacznie się przymilać i choć przez chwilę będzie słowny. Chociaż tyle ! Nie po to rozwiodłam się z tym człowiekiem,żeby znów musieć zastanawiać się co nim kieruje i jaki jest jego tok myślenia. W dalszym ciągu jest to dla mnie niezrozumiałe.

Ostatnio sporo myślałam o naszej wspólnej przeszłości i zastanawiałam się czy był choć cień szansy na „happy end”. Faktem jest,że jeśli bardzo się chce i wierzy się w zmianę człowieka na lepsze – łatwo można wybaczyć. Pozostaje więc tylko jedna kwestia, czy da się zapomnieć ? Czy naprawdę jest możliwe zapomnieć wszystkie upokorzenia, kłamstwa, całe ten ból, który ktoś nam sprawił ?
Jeśli o mnie chodzi, chyba jestem osobą zbyt pamiętliwą. Uważam,że każda kłótnia polegałaby na wyciąganiu z przeszłości tego,co zrobił, czym mnie zranił. I całe to życie, do końca już przeplatane by było żalem z przeszłości. I choćby mi nieba uchylił, przyszedłby moment załamania, na pewno. Podejrzliwość by mnie zżerała i nie miałabym żadnych szans by wygrać z uczuciem zazdrości. Zaufanie zdeptane w przeszłości nie pozwoliłoby mi wierzyć mu w 100% choćby przysięgał.
Wydaje mi się,że coś, co zostało ostatecznie unicestwione przez całą masę być może nieprzemyślanych nawet zachowań – nie zostanie nigdy odbudowane. Nigdy nie będzie takie jak było, żal pozostanie na zawsze. A czy takiego życia chcemy? Dla mnie to życie pełne fałszu, oszukiwanie samego siebie. Takie życie nie ma najmniejszego sensu. Żal zawsze wygra bitwę ze szczęściem. Zdepcze je przy każdej możliwej okazji. Nie ma to najmniejszego sensu. Dla nas nie było więc „happy endu”. Ani cienia szansy.

 

Podziwiam osoby, które potrafią wybaczyć i zapomnieć. Zacząć od nowa i żyć szczęśliwie nie patrząc w przeszłość.

 

„Nigdy Cię nie zdradziłem”

05 lut

Sprawa rozwodu powoli ruszyła do przodu. Po 5 miesiącach oczekiwań dopiero przyznano nam zabezpieczenie alimentacyjne na czas trwania sprawy. Od maja 2013r. razem z córką odeszłam od męża, od tej pory nie zapytał ani razu,czy dziecko ma wszystko,czy niczego jej nie brakuje. Nigdy nie przesłał dla niej żadnych pieniędzy, ani prezentu na urodziny czy święta. Po prostu nic. Stawiał jedynie wymagania i awanturował się kiedy nie godziłam się na jego warunki.
List z Sądu poszedł do jego rodziców, podobno go nie odebrali,bo nie mogli (sam prosił,żeby podać jego adres zameldowania w Polsce, nie podał swojego aktualnego miejsca pobytu – nie było więc innej możliwości jak uraczać listami z Sądu jego rodziców). Twierdzi,że nie listy nie odebrali,ale bardzo dobrze wiedział ile musi przelać i do kiedy, najwyraźniej wiedział także o rosnących odsetkach w razie spóźnienia się z wpłatą,bo 5 dni od listu pieniądze były na moim koncie.
Ale wróćmy do momentu,kiedy dowiedział się,że był list,że chodzi o alimenty. Oburzył się okrutnie, bo przecież dlaczego on na dziecko ma płacić?! Do tej pory nie płacił i było fajnie, znów mógł szaleć i pieniądze mogły topić mu się w rękach, a teraz wpadło nowe zobowiązanie i trzeba się tym martwić. Dodam jeszcze,że jak na Polskie realia, suma całkiem przyzwoita została nam przyznana. W międzyczasie zdążył powiadomić policję,że nie wie co dzieje się z dzieckiem, choć wygląda na to,że nikt się tym nie zajął,bo póki co odwiedzin policji jeszcze nie mieliśmy. Córka boi się policji, zawsze jak są w pobliżu ona bardzo się stresuje, więc jeśli przyjdą, zafunduje to stres córce, za co podziękuję mojemu ex, bo znów ani przez moment nie pomyślał o dziecku. Oczywiście mamy kontakt i wie,że dziecku nic złego się nie dzieje. Takiemu nie wytłumaczysz,że zemsta na mnie dotyka też córkę.

Wielce oburzony pisał mi różne głupoty, starał się wyprowadzić mnie z równowagi, prowokował do kłótni, a ja w takich momentach czuję się bezsilna i nie potrafię dotrzeć do niego, wyjaśnić,że postępuje głupio, idiotycznie wręcz i powinien sie zastanowić zanim coś napisze. Sięgnęłam więc po pomoc. W jego rodzinie mam jednego sprzymierzeńca, który w gruncie rzeczy zawsze był poniekąd wzorem do naśladowania dla mojego męża. Poprosiłam o wsparcie… O zwykłą rozmowę z moim ex, wytłumaczenie mu,że robi źle, że musi się z tym pogodzić, przestać walczyć,bo nic mu to nie da,bo tylko pogarsza sytuację. Wieczorem tego dnia dostałam informację od brata mojego ex,że z nim rozmawiał, wyjaśnił jak najlepiej potrafił,że rozwody się zdarzają i świat się na tym nie kończy, a teraz nie pozostaje nic jak sie po ludzku i z kulturą dogadać i wziąć na siebie odpowiedzialność za to co się zrobiło, zaakceptować skutki czynów i przejść przez to bez kłótni,bo ucierpi na tym nie tylko nasza dwójka,ale i córka. Nastęonego dnia rano dostałam wiadomość od ex,że chce się dogadać, że nie będzie już walczył ze mną.
Porozmawialiśmy, on próbował się dowiedzieć co go czeka na rozprawie, bał się odebrania praw, utrudnionych kontaktów. Miał kilka swoich pomysłów co do tego,ale kolidowały one z moimi. Próbował stawiać na swoim, a po chwili się opamiętywał i odpuszczał. Mam nadzieję,że jesteśmy na dobrej drodze do zakończenia szybko i sprawnie tego małżeństwa.

 

Zawsze mi powtarza,że nigdy mnie nie zdradził. Nie mam jednak powodów,żeby mu wierzyć. Nie docierało i do tej pory nie dociera do niego,że dla mnie zdrada to nie tylko fizyczność.
Zastanawiam się nad tym jeszcze bardziej po przeczytaniu wpisu na jednym z blogów (
http://dylematywrednejbaby.blog.pl/2014/01/18/zdradzil-czy-nie-zdradzil/
). Sama nie wiem co jest dla mnie gorsze. Czy fakt,że patrzył na inne, obce kobiety i w głowie wertował myśli jakby ją brał,gdyby mógł, czy fakt,że pod moją nieobecność spotykał się, niby po przyjacielsku ze swoją dawną miłością, rozmawiał z nią o swoich uczuciach- czego nie robił ze mną od dawna, że ponowienie znajomości z nią ożywiło dawne uczucia,że nastąpił moment kiedy czuł się przez nią odrzucony i jej mówił o tych uczuciach o tym,że go to smuci, nie myśląc w tym czasie o tym,że nasze małżeństwo sypało się coraz to bardziej i szło ku końcowi. I do tej pory boli mnie myśl o tym,bo żyję w przekonaniu,że nigdy mnie nie kochał. Byłam osobą dość zaborczą i długo starałam się o jego sympatię. Później tłumaczył mi,że bał się związku ze mną,bo wiedział,że „zakocha się po uszy i nic go przed tym nie obroni”. Kilka razy zostawiał mnie,bo ONA tego od niego wymagała,bo to było jej widzi-mi-się i odchodził. Młoda byłam,głupia, jak wrócił – dawałam kolejną i kolejną szansę. Po 6ciu latach razem nagle ona się pojawia, wracają jego uczucia. Co to znaczy? Prawda jest taka,że ona nigdy nie chciała z nim być, napatoczyłam się ja i zostałam taką „zapchaj-dziurą” w miejscu,gdzie został brak po niej. Takie pocieszenie, zastępstwo. A kiedy pojawiła się iskierka nadziei,żeby zdobyć -  w moment żona i córka przestały się liczyć. Nie ważne były wspólnie spędzona lata, nieważna była maleńka, cudowna istotka, która w moim mniemaniu – zrodziła się z miłości. Nic nie było ważne. I nawet jeśli prawdę mówi,że NIGDY z nią nie spał, nie zdradził, dla mnie to była gorsza zdrada od tych wcześniejszych, przelotnych fizyczności. Cały ten epizod z nią przekreślił wszystko,co było między nami. Wszystko wydało mi się kłamstwem, jakąś kpiną, zagraniem. Jego uczucia do innej kobiety były o wiele gorsze niż jednorazowy stosunek z obcą mu kobietą. Gyby wyszedł do baru i w tolalecie przeleciał obcą kobietę byłaby większa szansa na wybaczenie mu i pojednanie po tym, niż po uczuciach jakie wciąż żywił do swojej dawnej miłości, bo one tliły się nie od tego dnia, nie od tygodnia wcześniej, a od zawsze i nie było w tym wszystkim miejsca na miłość do mnie. Chyba sam sobie to uświadomił już wcześniej,bo od dawna już i tak na pytanie czy mnie kocha po prostu nie odpowiadał.

 

Polak polakowi za granicą…

05 gru

Pamiętam jak pierwszy raz wyjeżdżałam za granicę… Każdy mnie ostrzegał nie przed obcokrajowcami, a przed polakami. I na początku nawet myślałam,że się mylili,że te czasy już minęły,że to nie jest możliwe,żeby polak był wrogiem polakowi na obczyźnie. Po dłuższej obserwacji moje zdanie jednak uległo zmienie.
Na początku ja po prostu nie kwalifikowałam się jako wróg. Pierwszy raz, młoda , przestraszona – nikomu nie zagraża przecież. W różne miejsca do pracy trafiałam i z różnymi ludźmi przyszło mi pracować. Pierwszy raz pamiętam jak polka bez przerwy mnie pospieszała,choć był to mój pierwszy dzień i naprawdę dawałam z siebie wszystko… Po kilku „szybciej,szybciej” w końcu przestałam pracować i obserwowałam ją,aż przeniesiono mnie do pracy na inną linię,co było sukcesem. Inaczej pewnie w ruch poszłoby wszystko co pod ręką,byle trafić tym w nią,albo choćby blisko – co by się przestraszyła. No tak, przed ludźmy w tym miejscu przestrzegał mnie każdy,bo tam się strasznie o swoje posadki boją… A ja przecież byłam (jak nazwano to w firmie, w które pracowałam) ekipą specjalną na 4 godziny do szybkiej pomocy i nie zamierzałam tam zostać ani 5 minut dłużej,bo taka praca…to już bym wolała w naszej polskiej biedronce.
Ja trzymałam się z dala od reszty pracowników firmy, prywatnie miałam kontakt po pracy z grupką ludzi, a z większością dalej utrzymuje kontakt choć od roku już nie pracujemy i nie mieszkamy razem. A do reszty po prostu dystans. Kilka razy słyszałam o sobie kilka ciekawostek, ale te były nawet odrobinę zabawne, a tych zainteresowanych moim życiem zapraszałam na herbatkę i pogawędkę co by informacje czerpali u źródła, a nie z wyobraźni. Wtedy plotki ustawały migiem.

W pracy jak ktoś kogoś nie lubił, a miał odrobinę lepsze stosunki z pracodawcą,to osoba pracę z miejsca traciła. Były kłamstwa, pomówienia i najzwyklejsze w świecie kablowanie. Niektórzy innym nawet liczyli ilość wyjść do ubikacji w trakcie pracy, nie licząc się z zapaleniem pęcherza,czy miesiączką u kobiety. Znieczulica zupełna. Oosby starsze traktowane z góry,bo przecież wolniejsze odrobinę i trzeba „za nie robić”. Nikt nie pomyślał,żeby tej czy tamtemu dać spokój,bo dziecko ma na utrzymaniu i dom, nieeee… totalny brak empatii. Większość (bo nie każdy oczywiście) gnała za swoim, po trupach do celu, nie zważając na nic i na nikogo. Nie mogę powiedzieć,że w moim przypadku nie było układów i układzików, które czasem pomagały mi bardzo i raz nawet zdarzyło się,że przyszłam na miejsce innej dziewczyny tylko dlatego,że wiedziałam do kogo zadzwonić i powiedzieć,że wróciłam i chętnie wrócę na swoje stare stanowisko. Raz niestety musiałam tak postąpić, ok stało się. Inaczej płakałabym noc w noc w poduszkę i w końcu wróciła do polski. Praca z grupą młodych polek i rozchwianych bułgarów okazała się torturą, a bułgarki o wiele gorsze i bardziej zazdrosne o wszystko niż jakakolwiek polka.

Ostatnio spotkałam się jednak z czymś co uważam za jeszcze gorsze. Bo praca pracą – pieniądze, każdy kto wyjeżdża za granicę do pracy – chce pracować i stara się trzymać danej mu pracy. Mowa jednak o osobach, które wyjeżdżają za granicę nie tylko by pracować,ale by po prostu żyć. Zakładają rodziny za granicą, rozpoczynają nowe życie, odmienne od polskiego,bo każdy kraj jest zupełnie inny. Przychodzi nam obeznać się z innymi procedurami, innym prawem, obowiązkami. KAŻDY jednak (niezależnie od tego ile mieszka poza Polską) znajdował się w tym samym miejscu, w którym znajdują się osoby, które dopiero do kraju przyjechały. Każdy przeżywał swój początek, potrzebował pomocy i powoli stawiając krok za krokiem zapoznawał się z rzeczywistością, w której przyszło mu żyć. Szkoda tylko,że wiele osób po tych kilku latach pobytu zapomina jak to jest być nowym, jak to jest nie znać języka.  Aż nóż się w kieszeni otwiera, kiedy czytasz czy słyszysz jak jedna kobieta do drugiej mówi „jak nie rozumiesz,to masz pecha. Naucz się jezyka”, a to tylko dlatego,że jest za granicą kilka lat, poznała język, a przez pierwszy rok miała życzliwych ludzi dookoła, którzy pomagali jak mogli,żeby ot kobieta mogła się zaklimatyzować w nowym kraju.
I nikt nie patrzy na to,że jedna język wchłonie, druga potrzeuje więcej czasu, inna rozumie,ale nie czyta i nie pisze w obcym języku i przy pismach urzędowych czasem ma problem. Ale taka jedna, druga czy trzecia uważa się za lepszą zapominając przy tym,że jeszcze jakiś czas temu była takim samym „świeżaczkiem” i tak samo prosiła o pomoc. Jeśli nie chcesz pomóc – przemilcz, ale czemu odrazu w chamski sposób pokazywać,że czuję się lepszym człowiekiem od drugiego człowieka.
Ja żyję w Holandii, rozumiem dużo po niderlandzku,ale nie mówię – czekam,aż jakiś cud sprawi,że blokada minie i przemówię. Posługuję się angielskim (co nie czyni mnie jednak lepszą od tych osób, które mówią tylko po polsku). Jeśli ktoś ma problem i trzeba pomocy, a jestem w stanie pomóc – pomogę. Nie wywyższam się tylko dlatego,że żyję z holendrem, a moje dziecko jest dwujęzyczne. Nie potrzebuję pomocy „z zewnątrz” bo mój partner wszystko co trzeba przełoży mi na angielski, co nie zmienia faktu,że innym pomogę,choćbym nawet jemu miała podsunąć jakieś pismo do przetłumaczenia „na chłopski rozum”.
Dziwi mnie i brzydzi jad jednego człowieka do drugiego, wywyższanie się i poniżanie innych i żeby to jeszcze polak polakowi w ten sposób… Ciężko o przyjaźń między polakami poza granicami kraju, a szkoda,bo mogłoby nam się lżej żyć na obczyźnie. Od każdej reguły jest jednak jakiś wyjątek i nie ma sensu odrazu każdego skreślać, ale czujność trzeba zachować, o taak, to na pewno.

Zachęcam do dyskusji. Pewnie wiele osób ma coś do powiedzenia w tym temacie. Zapewne 95% tych, którzy na obczyźnie byli bądź są spotkali się już z różnymi rodzajami „przyjaźni”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii polacy za granicą, zycie