RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘uczucia’

Dlaczego ludzie się rozstają?

10 gru

Wczoraj mój ex znów przypomniał sobie,że za mną tęskni i znów wyciągał wspomnienia z przeszłości powtarzając,że był ze mną szczęśliwy, a zarazem głupi,bo nie potrafił tego okazać.
Wiadomo,że przeszłość nie pozostaje nikomu obojętna,więc od tej jego paplaniny zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak właściwie stało się tak,jak się stało. Dużo było złego, ale już wcześniej. Jakoś się wybaczało, odbudowywało zaufanie krok po kroku i powoli szło razem do przodu. No właśnie – razem. Co więc przesądziło o tym,że czas pójść do przodu osobno?
Mąż ogółem był głupiutki, mówią,że dlatego iż młody. Nie wiem czy wiek odegrał tu jakieś znaczenie,czy po prostu przyzwyczajenia i to,co z domu wyniesione.
Uważał,że złapałam go, wpadł w to po uszy i skoro nie może uciec,to chociaż sobie poużywa. Rutyna go nudziła,choć nie mogę powiedzieć,że mnie monotonia nie dobija. Ależ oczywiście,że dobija! Nikt tego nie lubi w związku. Tylko ja w odróżnieniu do niego zmian szukałam w naszym związku. Interesowało mnie to, jak można poprawić naszą relację, a nie jak odreagować na boku. Proponowałam wspólne wyjścia, wyjazdy, czy choćby spędzenie w domu wieczorem razem. Każdy jednak wieczór kończył się tak samo… Ja oglądałam telewizję, a on trwonił czas przy komputerze. Wprowadzanie zmian i poprawianie naszej relacji nie szło mi więc najlepiej.

Wybaczyłam jedną kobietę, z którą spotykał się ukradkiem pracując w innym mieście. Nie dopytywałam się co wydarzyło się w Norwegii choć jedna sytuacja mnie zaskoczyła. Wrócił w nocy, odebrałam go noca ze stacji z moim wielkim bruzchem ledwo mieszcząc się za kierownicą auta. Wymęczony był,aż żal było patrzeć. A cieszyłam się niezmiernie z jego powrotu. Następnego dnia kiedy spał, pocałowałam go. Obudził się, wytrzeszczył oczy i zapytał „a …(imię męskie) gdzie?!” . Później wyjaśnił,że wydawało mu się,że jestem jakąś tam dziewczyną, którą poznał w Norwegii, a ten mężczyzna, o którego zapytał,to jej chłopak. Dziwne,że akurat nasunęło mu się na myśl i wydało prawdopodobne,że całuje go inna kobieta,niż jego przyszła żona. Nie drążyłam tematu, odpuściłam. Dziś nie wiem dlaczego…. w końcu to było przed ślubem, można było przycisnąć i może nawet przełożyć ślub?
Później była koleżanka, która po nocach wypisywała sms nazywając go „Misieńkiem”. Następnie te spotkania z inną. Później w pociągu spędził 10 godzin z jakąś dziewczyną, mi pisząc,że się przespi, a tak naprawdę poświęcał jej czas, numer telefonu zapisał pod jakąś głupią nazwą. Później były wyjazdy służbowe, a tam zawsze jakaś… Przez miesiąc nieobecności odezwał się do nas 5 razy , na moment. Śledząc jego konto bankowe widziałam,że nocą płacił w lokalach… Ale wybaczałam… Choć pisały, dobijały się.
Później będąc w Holandii doszłam do wniosku,że z nim niby źle,ale bez niego gorzej. Wróciłam z myślą naprawy związku. A on tymczasem oddał wszystko co mieliśmy i przyszło mi mieszkać z teściami, z którymi najdłużej wytrzymałam 2 tygodnie pod jednym dachem. On wiedział,że to się tak skończy, że się wyniosę od nich, ale nie zaczekał,aż zrobię to dobrowolnie, tylko któregoś pięknego dnia będąc w pracy wysłał mi sms,że mam spakować siebie i córkę i wynieść się nim wróci z pracy. A później zaproponował wspólne wakacje, a później to już nie wspólne, a tylko córkę chciął wziąć. Na pewno sam z nią jechać nie chciał…
W trakcie wakacji (ostatecznie zdecydowałam się jechać, bojąc się o córkę) zapytałam, na którym łóżku śpimy… No tak, były trzy do wyboru. Na co usłyszałam „Ja nie wiem, na którym ty śpisz…”. Ooooo… W porządku, posłałam tylko sobie i córce – razem, a on wybrał łóżko najdalej od nas.
Co wieczór wychodził i rozmawiał ponad godzinę przez telefon. Z kim? Z kolegą podobno… Po jednej z kłótni byłam przerażona, bałam się go bo wpadł w furię… Zadzwoniłam do jego matki prosząc,żeby go uspokoiła,bo daleko od domu i nie mam gdzie pójść z córką… A ona w ramach rewanżu chyba, zadzwoniła do mojej matki i prosiła,żeby mnie z dzieckiem z domu wyrzuciła. Wiedziała,że po tej aferze już na pewno nie zejdę się z mężem, chciała mnie na siłe sprowadzić do ich domu, tylko nie wiem po co? Odwdzięczyć się za synka?
Na tydzień, może dwa później…W rocznicę naszego ślubu okazało się,że pod moją nieobecność spotykał się z inną kobietą. I to właśnie zaważyło… Wcześniejsze wyskoki jakoś znosiłam, wybaczałam. Tym razem jednak więź między nami była słaba, a ta wiadomość zerwała zupełnie to,co jeszcze było między nami. Zapytałam,czy miała styczność z naszą córką – „nie”. Nie dawało mi to spokoju, najbardziej bałam się,że wprowadził w życie córki inną kobietę,pod moją nieobecność. Pokazałam jej zdjęcie „Oooo ciocia, która z nami zamek z piasku budowała nad wodą”. I wtedy pękłam. Zadzwoniłam do niego,by poinformować,że nie wiem czy jestem w stanie wybaczyć to co zrobił i kolejne kłamstwo. Drżałam i czułam,że to koniec, jego głos przyprawiał mnie o mdłości, a każde kolejne słowo wydawało się kłamstwem, każde. Nie wierzyłam w nic co mówił.
Teraz myśl o tej kobiecie sprawia,że się denerwuję. Drażni mnie jej imię, nazwisko i wszystko co z nią związane. Obwiniam ją za rozpad naszego małżeństwa. Choć tak naprawdę to sie zbierało latami,aż w końcu jedna sytuacja okazała się o jedną za dużo… I wyszło na jaw,że te rozmowy wieczorne podczas wakacji, które miały nas zbliżyć – to rozmowy z nią. Kiedy to wszystko wyszło na jaw czułam się jak nigdy dotąd. Drżałam, nie mogłam złapać oddechu. Wcześniej nigdy tego nie doświadczyłam mimo tego,co robił. Myślę,że tak w moim przypadku wyglądało rozdarcie od środka, wszystko pękło, nie zostało nic. Od tego momentu on już nie był dla mnie ważny. On starał się mnie uspokoić, załagodzić sytuację,ale każda próba rozmowy nasilała drżenie, problem z oddychaniem.  Patrzyłam na niego i czułam obrzydzenie, nienawiść… Każda próba wybaczenia kończyła się niepowodzeniem. To był moment, kiedy miałam dość.
Myślę,że każdy ma jakieś granice wytrzymałości i cierpliwości. Moje zostały przekroczone i to z hukiem.
W tym momencie uważam,że incydenty z przeszłości,te wcześniejsze miały jakiś udział w podjęciu takiej, a nie innej decyzji, ale to ostatnie wydarzenie było tym decydującym.
Ludzie rozstają się,kiedy jest już naprawdę dość, kiedy nie ma już sił by wybaczać i dążyć do zmian na lepsze. Jedni wytrzymują dłużej, inni krócej. Każde wydarzenie, każdy ból jaki sprawiamy osobie, z którą jesteśmy na zawsze zostaje, każde kolejne wysysa z nas siłę i chęć walki o związek. Jak balon… każde złe wydarzenie jest jak powietrze nadmuchujące balon… Jedn raz, drugi trzeci i kolejne…. aż w końcu balon pęka… I nie da się go już złożyć, posklejać, naprawić. A nowy dostajemy bardzo rzadko… Niewielu ludzi ma tyle siły w sobie,żeby dać drugą szansę z nowym kredytem zaufania.
Każdy jest kowalem własnego losu i każdy dostaje to,na co zasługuje. Na wszystko pracujemy sami i nic nie dostaniemy za darmo. Nie da się przeżyć życia z drugą osobą, nie zważając na jej dobro i uczucia. Każdy ma taki swój balonik i musi zadbać,by nie pękł. Nikt nikomu nie powie jak pojemny jest balon i ile zdoła wytrzymać, więc może warto zadbać,aby pozostał nie nadmuchany?

 
 

Moc wypowiedzianych słów.

12 lis

Jako okrutna ex żona jestem pełna podziwu dla mojego ex męża, który mimo moich wad, niedoskonałości, które to wypominał mi na każdym kroku – wciąż nalega na mój powrót, a i datę rozwodu chce przesunąć (jeszcze jej nawet nie znając). Łudzi się,że wrócę. Ostatnio stwierdził,że przecież wiem,że miał problemy z okazywaniem uczuć. Ależ oczywiście,że wiem… W końcu nie potrafił określić co do mnie czuje nawet gdy pytałam o to wprost. Uznał też,że wiem,że moge na niego liczyć i zawsze mi pomoże jeśli będę potrzebowała pomocy i zawsze będzie za mną. Nigdy nie pomagał, nigdy nie był za mną… Nie rozumiem skąd więc pomysł,że „przecież wiem”. Podobno nikogo i nigdy nie pokocha tak jak mnie,bo to ja jestem TĄ kobietą (cokolwiek miałoby to oznaczać). I dobrze,że nikogo tak nie pokocha, bo to nie była miłość, oby potrafił pokochać prawdziwie. Kiedy po raz kolejny wyjaśniłam mu,że dla nas nie ma już szans i że musiałabym zmysły postradać,żeby wrócić do niego to uznał,iż mogłabym postradać…. Ręce opadają… Bo miał swój czas. Czas, w którym mógł sie wykazać jako ojciec i mąż. Nie zrobił tego i musi z tym teraz żyć.

Ostatnio dużo słyszę o mężach, którzy zapomnieli czym jest szacunek do kobiety. Ja rozumiem,że w nerwach można wiele powiedzieć,ale przychodzi też czas skruchy, przyznania się do błędu i przeprosin. A większość „tych” mężczyzn co gorsze nie widzi swojej winy i nie uważa,że słowa mogą zranić. Ot zwykła paplanina, nic nie znacząca, bo słowa się ulatniają, nie zostawiają ran(podobno). Nic bardziej mylnego! Każde słowo zostaje gdzieś głęboko, a gdyby tego było mało, każde takie zapamiętane słowo burzy spokój w związku,bo nawet jeśli ten oto mężczyzna przez chwilę jest dobry – kobieta pamięta,że zranił, poniżył i nie potrafi cieszyć się chwilą szczęścia.Nie, my nie żyjemy z minuty na minutę. Jesteśmy pamiętliwe. Każde złe słowo zostaje odnotowane w pamięci, głęboko. Nie? Zastanów się przez chwilę, jeśli kiedykolwiek usłyszałaś złe słowa od swojego mężczyzny – właśnie w myślach mogłaś usłyszeć je ponownie. „Nie pamiętam” znaczy jedynie,że bronimy się przed tym, nie chcemy pamiętać .
Moim zdaniem to brak szacunku do kobiety powoduje u mężczyzny przekonanie,że kobietę można słownie obrazić, poniżyć. O ranieniu fizycznym nie wspominając – niewiele mi o tym wiadomo, na całe moje szczęście nigdy nie miałam z tym bezpośredniej styczności, choć przyglądałam się życiu przyjaciółki, którą bił jej własny ojciec,ale o tym innym razem.
Jeśli mężczyzna nie szanuje kobiety (lub na odwrót) marne są szanse,żeby ot szacunek powrócił. Nie powraca, prawie nigdy. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć,żeby mój ex mąż mnie szanował. Umacniał mnie w przekonaniu,że jestem nikim, poniżał i obrażał, a ja modliłam się o chorobę, nie o grypę… O chorobę, która dałaby mu do myślenia, która dałaby mi moment,że on troszczył by się o mnie i bał,że może mnie stracić… Miałam w głowie głupie myśli. Myślałam,że wtedy doceni,bo poczuje mój brak,że się mną zaopiekuje i przestanie zbywać każdy mój jakikolwiek ból słowami,że „dam radę”. Tak, często to słyszałam, tak było najłatwiej. Po co pomóc mi nieść zakupy, skoro dam radę? Po co mi przespać się po zmianie nocnej w pracy, skoro i bez snu dam radę? Po co zejść na dół i pomóc mi wnieść wózek i córką na górę,skoro sama dam sobie radę? Ze wszystkim dawałam sobie radę i na myśl mu nie przyszło,że może można by było mnie wyręczyć z tego,czy tamtego. Dać mi chwilę wytchnienia, nawet jeśli dawałam radę (bo musiałam). Kiedy już zaczęły się wyzwiska ciężko było ugryźć się w język i wymykały się z ust częściej i częściej… I wiedziałam,że czas kiedy byłam ważna, szanowana i kochana już nie wróci. Słów wypowiedzianych nie można cofnąć. Słowa mają moc, o której niektórzy nawet nie mają pojęcia. Dlatego warto czasem przemilczeć. Zastanowić się chwilę dłużej, bo nie wszystko co ślina na język przyniesie powinno być wypowiedziane.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii malzenstwo, uczucia, Związek, zycie

 

Historia pewnej zwykłej, katolickiej rodziny.

14 paź

Po ostaniej rozmowie z przyjaciółką doszłam do wniosku,że niektórzy mają problemy, mają w życiu trudniej niż ja… Wiele z tych osób to te osoby, które wcześniej wiodły życie niemalże idealne. Ona, jej partner, później już mąż, zakochani tak,że w ogień by za sobą poszli… No,ale od początku. Pozwolę sobie przytoczyć trochę wspomnień z uwagi na anonimowość… Od rozmowy z nią nie daje mi to wszystko spokoju.

Rodzina 7-osobowa, matka, ojciec i piątka dorosłych dzieci, no – poza najmłodszą, nastolatka, dość trudna, wymagała pomocy psychologa, nauczania indytidualnego w wieku gimnazjalnym. Ogólnie normalna dziewczyna, tylko nerwowa i słaba psychicznie,a do tego chorowita. Kilka operacji przez jajniki płatające figle, długi okres rekonwalescencji. Matka – drobna kobieta, bardzo miła, przyjemna.Na starość zabrali do siebie dziadka od strony ojca, pod opiekę. Nie pracowała, zajmowała się Dziadkiem, pamiętała o lekach, diecie, regularnych posiłkach. Ojciec – nerwowy, wybuchowy,ale kochający żonę – mąż, ojciec może nie najlepszy (z uwagi na wybuchowość i nerwowość), ale rodzina w komplecie. Była tam i moja przyjaciółka(później określana jako A), jej starszy brat i starsze dwie siostry. No więc mamy całą siódemkę. Najstarsza siostra po burzliwych kłótniach z rodzicami wyprowadziła się do swojego mężczyzny – rodzice nie akceptowali go, uważali,że należy do sekty, do tego miał byłą żonę i dużą już wtedy córkę. Reszta jak przystało na porządną katolicką rodzinę co niedzielę i każde święto wybierała się razem do kościoła na mszę.
Pojawił się chłopak mojej przyjaciółki,który nie spodobał się mamie. Jak dziś pamiętam kiedy ze łzami w oczach prosiła mnie o pomoc,żeby coś zrobić,by ich rozdzielić. Jaka to była dziwna prośba! Do tego niemożliwa do spełnienia. W końcu zaakceptowali tego mężczyznę w życiu ich córki. Druga zaś z córek pozostałych w domu w międzyczasie zaręczyła się i wyznaczyła datę ślubu, przyszli małżonkowie wpłacili zaliczkę i dni odliczali do Ślubu.
Ja pochłonięta byłam moją ciążą,o której wiedzieli wtedy nieliczni i szkołą – którą trzeba było jakimś cudem skończyć mimo ciąży. Pewnego dnia jak zazwyczaj zakupiłyśmy z drugą przyjaciółką (B.) trochę słodkości i z kartami do gry odwiedziłyśmy A. Z przyjaciółką B. spędzałam o wiele więcej czasu. A. zajęta była swoim związkiem, często bywała poza miastem, a do tego jej luby nie koniecznie wtedy za nami przepadał. Uważał,że młodsze jesteśmy i mieszamy A. w głowie, może i miał rację. Tak więc B. wiedziała już,że jestem w ciąży, była ze mną i ojcem mojej córki u lekarza. Zawsze była gdzieś w pobliżu. Bałam się wspomnieć o ciąży A. , była moją sąsiadką, a co jeśli doszłoby do jej rodziców i nagle do moich? Sama chciałam powiedzieć swoim rodzicom, nie chciałam osiedlowej poczty pantoflowej, miałam 18 lat i 1,5 roku szkoły wciąż przed sobą, bałam się reakcji rodziców, tym bardziej jeśli powiedziałby im ktoś inny! Tak więc coś pół słowem wspomniałyśmy A.,że mamy pewną niespodziankę dla niej,ale zaczekamy z tym na lepszy moment. Tego dnia ostatni raz widziałam matkę A. Zmarła kilka tygodni później. Ból głowy okazał się być spowodowany tętniakiem. Byłam na tyle pochłonięta swoim życiem,że dowiedziałam się od tym od moich rodziców. Dopiero wtedy skontaktowałam się z przyjaciółką, bojąc się tego co powie. Co prawda wtedy jeszcze jej mama żyła,ale już było ciężko, jej narządy wewnętrzne powoli kończyły swoją pracę…Okazało się,że Dziadkiem nikt nie potrafi opiekować się wystarczająco dobrze, nikt nie chciał swojego życia podporządkować pod potrzeby Dziadka.Kiedyś mieli załatwienia, poproszono mnie,żebym zajrzała do Dziadka, zostawili mi klucz, a ja bałam się pójść bo co jeśli Dziadek się przestraszy,że ktoś się do mieszkania włamuje? Poszłam, a Dziadek oglądał telewizję,chyba się mnie spodziewał. Dziadek stał się nagle kulą u nogi, znaleźli mu więc miejsce w Domu Spokojnej Starości,gdzie w bólach i mękach zmarł kilka miesięcy później.
Ojciec się załamał po stracie żony i uznał,że najlepszym rozwiązaniem będzie inna kobieta. Na początku wszystkim ulżyło. Liczyli na to,że kobieta korzystnie wpłynie na ojca,że odstawi on alkohol,który nie współgrał z tabletkami,które miały za zadanie go wyciszać. Początkowo owszem tak też było, kobieta sprowadziła go na ziemię, uspokoił się i nawet wyglądał na szczęśliwego. Niemalże przestał pić,bo ona tego nie lubiła. Później chyba było jej wszystko jedno,bo znów zaczął wracać do popijania po tabletkach.
Starsza siostra pryzjaciółki wzięła ślub, choć był moment,że chciała wszystko odwołać. Pomogło jej zastanowienia się nad sensem odwołania uroczystości, proste pytanie „Czy Twoja mama chciałaby,żebyś teraz z tego zrezygnowała?”. Wzięli więc ślub. Rok później ślub wzięła moja przyjaciółka, a w ślad za nią – miesiąc po miesiącu, młodsza siostra i starszy brat. Tak oto cała piątka założya swoje rodziny, zostwiając ojca troszkę samemu sobie. On całkowicie poddał się „uczuciu” do nowej kobiety. Na tyle bardzo się „pokochali”,że przestała bronić mu picia, a on zażądał od własnych dzieci zrzeczenia się praw do mieszkania.  Rozpętały się kłótnie, ostatecznie jedynym dzieckiem,jakie zostało przy ojcu była starsza siostra A. w zestawie z jej mężem. Reszta zwiała od „nienormalnego” ojca. Było słychać wrzaski, kłótnie i inne głośne dźwięki  (jak się później okazywało,to stoły i krzesła „latały”). Nowa kobieta na przekór córce swojego partnera w mieszkaniu starała się wprowadzić własne warunki,swój ład i porządek, zmieniając nawyki i to co wpoiła wcześniej matka. Były więc dyskusje, kłótnie i krzyki. Na nic, ojciec był zbyt zakochany. Niedługo później okazało się,że ojciec ma niezłośliwego raka, ot jedna ranka na twarzy po goleniu, która zamiast się zagoić ropiała, sączyła się i powiększała. Uporał się i z tym i podobno miał przestać pić. Później pod wpływem alkoholu wpadł do wykopu pod fundamenty, ucierpiały plecy i było podejrzenie,że chodził nie będzie,ale chodzi, udało się, uraz nie był tak groźny jak się wydawało na początku. Wypadki w pracy, bo niby nikt nie widział,że przychodził chwiejnym krokiem. Ludzie myśleli,że wyświadczają przysługę milcząc,że pod wpływem jest, bo przecież załamany chłopina, żonę stracił,dzieci się odwróciły od niego, a jeszcze jakby pracę stracił,to już by się nie wygrzebał z tego dołka. Każdy podejmuje decyzje i robi to,co uważa za słuszne,oni więc uznali,że zostawią go biednego i nie będą nękać przełożonym.
Po ślubie A. i jej mąż C. starali się o dziecko i nic im po staraniach… Z błyskiem w oku zerkali na moją córkę, myślę – w głębi zazdroszcząc pociechy. C. do tego czasu zdążył zaakceptować mnie i B. Raz,że już wiedział,że z naszą przyjaźnią nie wygra, a dwa do tego momentu i my trochę dorosłyśmy, ustatkowałyśmy się i zauwazyłyśmy,że C. to wcale nie taki zły facet jak się wszystkim początkowo wydawało. Był całkiem dobrym wujkiem dla mojej córci. Uwielbiała go, teraz niestety kontakt mamy minimalny….ale przecież ja nie o tym.
W międzyczasie A. i C. w końcu dorobili się dzieciaczka. Mieszkali wtedy u rodziców C. Dziadkowie (rodzice C.) od dawna naciskali na wnuka,bo przecież jeszcze dziadkami nie byli.  Ciąża była zagrożona, był szpital, leki. Po dwóch latach starań – naprawdę przeżywali koszmar bojąc się każdego dnia o maleństwo, które nosiła pod sercem. W tym samym czasie młodsza siostra zaszła w ciążę,ale niestety serduszko dziecka szybko przestało bić i konieczny był zabieg.  Tym bardziej w A. wzrastał strach o dziecko, widząc,że dbanie o siebie i ciążę czasem nie pomaga,bo „serce przecież może po prostu przestać bić”. Kiedy Maleństwo przyszło na świat ich stosunki z rodzicami C. zmieniły się, nie – oczywiście,że nie na lepsze. Było gorzej i gorzej. Tak też zostali zmuszeni do przeprowadzki to ojca A. , który w najlepsze upijał się i awanturował w domu. Wytrzymali tydzień. Kiedy to pod wpływem alkoholu i leków próbował wyszarpnąć im z rąk Małą i wrzeszczał do zięcia,że nie potrafi zadbać o swoje kobiety. Wrócili więc do rodziców C.
A. „dla dobra sprawy” podporządkowała sobie życie pod rytm życia całej rodziny. Nie mając pomocy z niczyjej strony dodatkowo gotowała i sprzątała dla wszystkich, nie słysząc za to ani jednego dobrego słowa. Jedyne co mogła usłyszeć „czemu ugotowałaś to,a nie coś innego?”. Teściowa dnie potrafiła przesiedzieć u drugiej synowej,dzwoniąc jedynie do A. żeby ugotowała i pranie zrobiła. A co z tego,że dziecko chore, co z tego,że dziecko marudzi,bo ząbki się wyżynają – gotuj i sprzątaj dla całej 8-osobowej rodziny + jeszcze dla męża i dziecka. W końcu z mężem zaczęło się psuć, nacisk ze strony matki i żony, stał się nerwowy, krzyczał, mniej pomagał przy córce. Wtedy A. pękła, wykrzyczała wszystko, nie udało się w ten sposób oczyścić atmosfery. Usłyszała przelotem jakieś groźby ze strony teściowej, jakoby „miała jej jeszcze pokazać” i zostali wyrzuceni. Tak, kazali im się wyprowadzić z malutką i aktualnie chorą córką. Poszli więc do jej „zwariowanego” ojca, który akurat miał gorszy dzień i mając za złe C. w ręce trzymał nóż. Nie, matko – nie zranił go,choć groził.  No i nie ma dokąd pójść.

Podsumowując – jedna, drobnej postury kobieta trzymała całą rodzinę w całości, czyniła ją dobrą rodziną… Kiedy tylko jej zabrakło – coś pękło, rodzina posypała się na drobne części. Nie zostało nic. Zupełnie nic.
Z rodziny jakże katolickiej pozostali ludzie z problemami, nie potrafiący dojść do porozumienia. Ojciec o kościele zapomniał ,syn i najstarsza córka są świadkami jehowy i mówią o tym głośno (myślę,że sekta, o której wspominano w przypadku mężczyzny najstarszej córki to właśnie świadkowie jehowy uznani przez nich-katolików sektą). Najmłodsza wygrzebała się z problemów natury psychicznej, ma męża, straciła dziecko i przezyła już wiele mimo młodego wieku. Średnia córka twardo trwa przy ojcu mimo momentów,kiedy musi barykadować się w pokoju,by nie wszedł i nie skrzywdził (nie raz,ani nie dwa pokazywała siniaki jakie w trakcie awanrtur „dostała w prezencie” od ojca). Trwa tak przy nim pilnując mieszkania, na które chęć ma kobieta ojca. A. zaś – moja przyjaciółka, mimo dobrego męża i długo wyczekiwanego dziecka nie może zaznać spokoju i dać się ponieść radości, szczęściu z posiadania własnej rodziny,bo nie stać ich na własne mieszkanie, nie mają też nikogo z kim mogliby mieszkać bez żadnych stresów.
Tak ot ta katolicka rodzina, którą brano za wzór jest w rozsypce. Koszmar rozgrywa się od ponad czterech lat i nie ma sposobu,by te wszystko posklejać. Spotkała ich podła rzeczywistość,na którą nie ma lekarstwa.

 
 

„Ty naprawdę jesteś ANIOŁEM !! „

08 paź

Kiedy poznałam mojego eM naszym miejscem spotkań był skype. Rozmawialiśmy ze sobą bardzo,ale to bardzo często. Nie uważałam jednak,że mogłabym się z nim związać.Niby za młody, ale nie,że młodszy… W moim wieku co go jednak dyskwalifikowało w przedbiegach,bo mój ex też jest w moim wieku i zarzekałam się,że nigdy więcej taki młody,bo niedojrzały,bo poznałam się na jednym,co skreśliło całą resztę. On zaś także bez owijania w bawełnę powiedział mi,że w jego oczach nie jestem kobietą „do związku” bo z jednego związku wyszłam dopiero jedną nogą. Tak więc nasze rozmowy miały nie prowadzić ku niczemu, ot po prostu miło się rozmawiało.
W końcu od słowa do słowa nadszedł moment,że mogliśmy się spotkać.Początkowo dzieliło nas 1500kilometrów, wydawało się to nie do przebycia,poza tym – po co? Rozmawiało sie dobrze, nawet bardzo dobrze -  za pośrednictwem Internetu. Okazało się,że aż za dobrze, by się nie spotkać. Nim jednak do tego doszło, wspomniałam,że jestem aniołem i poprosiłam,żeby uważał,bo jeśli nie to się zakocha. Mieliśmy ubaw i z bycia aniołem i zakochania, o którym przecież nie było mowy ! Zapewnił mnie,że jestem bezpieczna – miłości nie będzie.
Od mojego przyjazdu nie czekaliśmy ani dnia. Nie patrząc na przebyte 1500kilometrów, nie zważając na te 15 godzin w aucie, ani na okrutny ból z głowy ze zmęczenia po siedmiu godzinach prowadzenia auta – zebrałam się i godzinę po przybyciu wybrałam się na spotkanie z mężczyzną, z którym łączyło mnie wiele rozmów. Najpierw ten pierwszy kontakt wzrokowy, uśmiech. Później sześć godzin rozmowy – tak, po prostu rozmowy. Mieliśmy wciąż wiele do powiedzenia, opowiedzenia. I tyle pytań. Znajomość internetową mogliśmy porównać w życiem rzeczywistym. Niektóre wyobrażenia o drugiej osobie były trafne, inne w ogóle nie miały nic wspólnego z prawdą. Zaskoczenie i swoboda, którą mogliśmy się cieszyć dzięki wcześniejszym długim rozmowom. Do dziś bez problemu jestem w stanie opisać nasze spotkanie, na którym pierwszy raz powiedział,że mnie kocha. Niewielki park końcem lata, wieczór… Najpierw rundka dookoła parku, wodzenia wzrokiem za dziko żyjącymi królikami, kilka nieudanych prób sfotografowania tych kicających stworzonek… W końcu usiedliśmy na ławce, rozmowa o przeszłości,o tym co nas doprowadziło do momentu, w którym właśnie się znajdowaliśmy. I padło z jego ust „Nigdy bym Cię nie skrzywdził,bo Cię kocham”. Pamiętam jak dziś zaskoczenie,ale nie moje – jego.. Ups! Uczucia same wymknęły się na zewnątrz, przypadkiem wypadły z ust i… trafiły we mnie. Chwila zmieszania, niezręczna cisza, objął mnie i wróciliśmy do rozmowy pomijając fakt,że właśnie wyznał mi miłość choć wcześniej obiecał,że się nie zakocha. No tak, Anioły tak mają… Łatwo je pokochać.

Później nadeszła rozłąka i ten nasz związek-nie-związek nie mijał, miłość także nie… W między czasie i ja się poddałam uczuciu, przestałam je odganiać od siebie. Tak,tak – Anioły też potrafią kochać. Uczucie tak naprawdę dopuściłam do siebie w ostatnią noc spędzoną razem. Obserwowałam go śpiącego w myślach słysząc piosenkę,którą od kilku dni słuchaliśmy często (Maroon 5 – Daylight). Zrozumiałam,że obok niego chcę zasypiać każdej nocy, budzić się obok niego każdego dnia, mieć go przy sobie,być przy nim mimo wszystko, na zawsze. Podczas mojej nieobecności niejednokrotnie nabijaliśmy się z zakochania mimo ostrzeżeń, wytykał mi,że jestem Aniołem i wszystko stało się za moją sprawą. Czasem w żartach przepowiadałam mu pogodę, przepraszałam za opady śniegu i obiecywałam podjęcie próby o zmianę pogody, starania o wysłanie odrobiny słońca do niego. Kiedy pogoda się poprawiała on miał ubaw,że to moja sprawka, dziękował. Naprawdę mieliśmy masę zabawy z tekstu o byciu Aniołem.
Ale co z tym Aniołem?

Któregoś dnia po moim powrocie rozmawialiśmy o mnie, mojej rodzinie. Wspomniałam o moim rodzeństwie i w końcu o dwóch zmarłych tragicznie siostrach. O mnie ptaki jeszcze nie śpiewały, kiedy one przyszły na świat. Rok różnicy w wieku między nimi. Zmarły tragicznie… w pożarze. Około czterdzieści lat temu. Jedna z nich urodzona 21go dnia miesiąca, druga 29go. Moja starsza siostra urodziła się 21go, ja zaś – 29go. Nie wiem jak to się stało,że nigdy wcześniej z moim eM o tym nie rozmawiałam. Może szczerze mówiąc po prostu nie jest to istotny fakt z mojego życia,bo mi daleko było to przyjścia na świat kiedy to się stało, miałam dobre kilka lat jak rodzice opowiedzieli mi tę historię, dopiero rok temu dowiedziałam się,że to były okolice świąt -  rok temu moja mama przyznała się,co jest przyczyną niechęci do świąt Bożego Narodzenia. I ogólnie dziwnie czuję,że mnie to nie dotyczy, nigdy nie rozmawialiśmy o dacie wypadku, nie obchodziliśmy tego dnia w jakiś specjalny sposób, by nadać temu dniu szczególne znaczenie – no tak, nie ma tu nic do świętowania…ale,żeby uczcić pamięć czy cokolwiek – nie, nie robiliśmy tego. Owszem każdego roku w Dzień Zmarłych odwiedzaliśmy ich grób na Cmentarzu, podczas corocznej Mszy ku pamięci Dziadka (od trzech lat również ku pamięci Babci)  wspominano o śmierci dziewczynek – nic więcej. Mój ojciec wciąż nie jest pogodzony z tym co się stało, mówi głośno,że wierzy w Boga,ale ma żal,bo dwoje niewinnych dzieci (wtedy w wieku 3ech i 4ech lat) zmarło tragicznie w bólu i cierpieniu. I nie ma tłumaczenia,że dobrych ludzi Bóg bierze do siebie,że to jakiś zaszczyt NA PEWNO NIE. To nie powinno się wydarzyć. Ale może wtedy nie byłoby mnie i mojej siostry? Bardzo prawdopodobne,choć wcale nie pewne. Przez te daty mam wrażenie,że jesteśmy tu na zastępstwo, za nasze starsze siostry. eM słuchał z zaciekawieniem i skomentował bardzo krótko :
„Ty naprawdę jesteś ANIOŁEM !!”

Może jest w tym odrobina prawdy?? Może jest we mnie cząstka Aniołka, który odszedł z tego świata za wcześnie…

 
Komentarze (20)

Napisane w kategorii śmierć, uczucia, Związek, zycie

 

Mężczyzna jakich mało.

21 wrz

Zerkałam dziś rano na mojego mężczyznę z ogromną radością. Nie wiedział,że tacy mężczyźni istnieją. Dopuszczałam myśl,że pewnie jest gromadka szczęściar,które spotkały mężczyznę dobrego, twardego z odrobinką romantyzmu, okazującego uczucia, dającego ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Ja niestety nigdy wcześniej tego nie zaznałam i myślałam,że albo wyginęli,albo wszyscy zostali już dawno zajęci przez te sprytniejsze kobiety, którym udało się ich „dorwać”.

Mojego eM. poznałam przez internet. Znajomość opierała się na rozmowach. Uwielbiałam z nim romawiać. Zawsze miał coś do powiedzenia, coś zabawnego, ciekawego. Z moim byłym mężem już nie rozmawialiśmy od dawna, już zapominałam powoli jak brzmi jego szczery śmiech, a uśmiech widywałam czasem jak odwiedzaliśmy jego rodziców. Tak, tam jakoś był weselszy. Pewnie tam było jego miejsce.Ogólnie to mąż już żył swoim życiem, a mi rozmówca umilał codzienne życie. Po rozstaniu z mężem nadeszło mieszkanie osobno. Miałam wtedy więcej czasu na ucinanie pogawędek za pośrednictwem Internetu. A ów „znajomy” coraz bardziej otwierał się przede mną. Rozmawialiśmy codziennie, później doszła kamera i te jego oczy, w których było widać szczęście. Nie wiem jak to opisać. Pierwszy raz szczęście w oczach zauwazyłam u znajomej, ten błysk, roześmiane oczy, kiedy poznałam jej męża – zrozumiałam… Oboje mieli szczęście w oczach, tworzyli świetne, zgrane i zgodne małżenstwo z kilkuletnim już stażem, bezdzietne,bo życie nie pozwalało jeszcze na dziecko, któremu chcieli zaoferować więcej,niż w tamtym momencie mieli. Kiedy zobaczyłam oczy mojego eM. byłam zaskoczona, ten sam błysk co u znajomych, taka niewinna twarz. Był taki interesujący ! I kiedyś uderzyła mnie ogromna chęć poznania go osobiście. Tak po prostu,żeby go zobaczyć, porozmawiać. Nie nastawiałam się na żaden związek ! O nie… Uważałam,że jak nowy związek to z kimś kilka lat starszym, dojrzalszym i przede wszystkim jeszcze nie teraz.

Życie dało nam możliwość spotkania się mimo dzielących nas kilometrów. Podeszłam do niego, a moje zdziwienie było wielkie. Niższy niż przypuszczałam, miejszy jakiś i „ooo matko, kilka drobnych, cudownych piegów!”. Uśmiech ten sam, oczy te same, tylko jeszcze bardziej niebieskie! I ja, lekko nieśmiała. niepewna i zestresowana. Pierwsze spotkanie trwało 6 godzin !! Dwa miesiące wcześniej rozmawialiśmy przez Internet, wiedzieliśmy o sobie dużo, tematów do rozmów było mnóstwo ! I ten pierwszy pocałunek, pamiętam do dziś (jeśli to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie,bo pierwszy pocałunek z moim mężem, zimą 9 lat temu też dobrze pamiętam). I nie wiedzać czemu myślałam,że to było pierwsze i ostatnie spotkanie. Następnego dnia się nie widzieliśmy – miał już plany. Wtedy to już byłam przekonana o porażce. Ale ten jeden wieczór osobno wynagrodził mi kolejnego wieczoru,a  później już nic nie mogło powstrzymać nas od spotkania. Widywaliśmy się codziennie przez 4 miesiące.

Dużo wydarzeń miało miejsce po tych 4ech miesiącach,musiałam wrócić, ale kontakt utrzymywaliśmy i rozmawialiśmy w dalszym ciągu codziennie. Nie wiedziałam,czy życie pozwoli nam związać się ze sobą jednocześnie wiedząc,że nie mogę pozwolić sobie na stratę tak wartościowego człowieka. Wcześniej już poznałam jego rodzinę, zaakceptowali mnie razem z moją przeszłością, bez żadnych wyrzutów, podtekstów czy wypominków.

Życie ostatecznie połączyło nasze drogi. Mieszkamy razem od 5ciu miesięcy. W końcu mamy z córką mężczyznę w nasyzm życiu,który o nas dba i nasze dobro stawia na pierwszym miejscu. Nikomu nie pozwoli nas skrzywdzić. Jest opiekuńczy, romentyczny i zabawny, a mimo to silny, odpowiedzialny i dojrzały. Jest moim ideałem!

Każdego ranka,przed pracą żegna się tak,jakby miał już nie wrócić. Uwielbiam,kiedy po śniadaniu wraca do sypialni,żeby dać mi trochę ciepła. Przytula mnie i przypomina,że mnie kocha. Nie wychodzi z domu bez pożegnania „Bo,co jeśli coś się wydarzy i już nigdy się nie zobaczymy?”. Oczywiście ma swoje wady i „odchyłki” jak każdy, nie jest nieskazitelny, ale potrafimy radzić sobie z wadami, potrafimy o nich rozmawiać i starać się je minimalizować, pracujemy nad sobą każdego dnia. Dzięki wzajemnej empatii potrafimy tworzyć dobry, partnerski związek, w którym brak miejsca na ranienie drugiej osoby. Zdarzają się kłótnie! Oczywiście,że tak ! Atmosfera czasem musi się oczyścić, poza tym mimo starań,moje napięcie przedmiesiączkowe daje o sobie znać co miesiąc,ale potrafimy rozmawiać. O wszystkim… To daje nam możliwość szybkiego zakończenia każdego sporu i zrozumienia drugiej osoby. Odległość nauczyła nas rozmawiać ze sobą, od rozmów się zaczęło, dzięki rozmowom poznawaliśmy się każdego dnia coraz lepiej i to się nie zmieniło. Rozmowa jest nieodłączną częścią naszego związku. Dzięki temu znamy swoje oczekiwania i potrzeby, możemy więc bez tracenia czasu na domysły czynić nasz związek lepszym.

Czasem trzeba przejść długą, trudną drogę,żeby w końcu móc być spokojnym i szczęśliwym.
Byłemu jestem wdzięczna za każdą dobrą chwilę, za cudowną córkę i widzę jaką wyciągnęłam dzięki nauce na błędach, tak samo jego jak i moich.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii uczucia, Związek