RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘teściowie’

Historia pewnej zwykłej, katolickiej rodziny.

14 paź

Po ostaniej rozmowie z przyjaciółką doszłam do wniosku,że niektórzy mają problemy, mają w życiu trudniej niż ja… Wiele z tych osób to te osoby, które wcześniej wiodły życie niemalże idealne. Ona, jej partner, później już mąż, zakochani tak,że w ogień by za sobą poszli… No,ale od początku. Pozwolę sobie przytoczyć trochę wspomnień z uwagi na anonimowość… Od rozmowy z nią nie daje mi to wszystko spokoju.

Rodzina 7-osobowa, matka, ojciec i piątka dorosłych dzieci, no – poza najmłodszą, nastolatka, dość trudna, wymagała pomocy psychologa, nauczania indytidualnego w wieku gimnazjalnym. Ogólnie normalna dziewczyna, tylko nerwowa i słaba psychicznie,a do tego chorowita. Kilka operacji przez jajniki płatające figle, długi okres rekonwalescencji. Matka – drobna kobieta, bardzo miła, przyjemna.Na starość zabrali do siebie dziadka od strony ojca, pod opiekę. Nie pracowała, zajmowała się Dziadkiem, pamiętała o lekach, diecie, regularnych posiłkach. Ojciec – nerwowy, wybuchowy,ale kochający żonę – mąż, ojciec może nie najlepszy (z uwagi na wybuchowość i nerwowość), ale rodzina w komplecie. Była tam i moja przyjaciółka(później określana jako A), jej starszy brat i starsze dwie siostry. No więc mamy całą siódemkę. Najstarsza siostra po burzliwych kłótniach z rodzicami wyprowadziła się do swojego mężczyzny – rodzice nie akceptowali go, uważali,że należy do sekty, do tego miał byłą żonę i dużą już wtedy córkę. Reszta jak przystało na porządną katolicką rodzinę co niedzielę i każde święto wybierała się razem do kościoła na mszę.
Pojawił się chłopak mojej przyjaciółki,który nie spodobał się mamie. Jak dziś pamiętam kiedy ze łzami w oczach prosiła mnie o pomoc,żeby coś zrobić,by ich rozdzielić. Jaka to była dziwna prośba! Do tego niemożliwa do spełnienia. W końcu zaakceptowali tego mężczyznę w życiu ich córki. Druga zaś z córek pozostałych w domu w międzyczasie zaręczyła się i wyznaczyła datę ślubu, przyszli małżonkowie wpłacili zaliczkę i dni odliczali do Ślubu.
Ja pochłonięta byłam moją ciążą,o której wiedzieli wtedy nieliczni i szkołą – którą trzeba było jakimś cudem skończyć mimo ciąży. Pewnego dnia jak zazwyczaj zakupiłyśmy z drugą przyjaciółką (B.) trochę słodkości i z kartami do gry odwiedziłyśmy A. Z przyjaciółką B. spędzałam o wiele więcej czasu. A. zajęta była swoim związkiem, często bywała poza miastem, a do tego jej luby nie koniecznie wtedy za nami przepadał. Uważał,że młodsze jesteśmy i mieszamy A. w głowie, może i miał rację. Tak więc B. wiedziała już,że jestem w ciąży, była ze mną i ojcem mojej córki u lekarza. Zawsze była gdzieś w pobliżu. Bałam się wspomnieć o ciąży A. , była moją sąsiadką, a co jeśli doszłoby do jej rodziców i nagle do moich? Sama chciałam powiedzieć swoim rodzicom, nie chciałam osiedlowej poczty pantoflowej, miałam 18 lat i 1,5 roku szkoły wciąż przed sobą, bałam się reakcji rodziców, tym bardziej jeśli powiedziałby im ktoś inny! Tak więc coś pół słowem wspomniałyśmy A.,że mamy pewną niespodziankę dla niej,ale zaczekamy z tym na lepszy moment. Tego dnia ostatni raz widziałam matkę A. Zmarła kilka tygodni później. Ból głowy okazał się być spowodowany tętniakiem. Byłam na tyle pochłonięta swoim życiem,że dowiedziałam się od tym od moich rodziców. Dopiero wtedy skontaktowałam się z przyjaciółką, bojąc się tego co powie. Co prawda wtedy jeszcze jej mama żyła,ale już było ciężko, jej narządy wewnętrzne powoli kończyły swoją pracę…Okazało się,że Dziadkiem nikt nie potrafi opiekować się wystarczająco dobrze, nikt nie chciał swojego życia podporządkować pod potrzeby Dziadka.Kiedyś mieli załatwienia, poproszono mnie,żebym zajrzała do Dziadka, zostawili mi klucz, a ja bałam się pójść bo co jeśli Dziadek się przestraszy,że ktoś się do mieszkania włamuje? Poszłam, a Dziadek oglądał telewizję,chyba się mnie spodziewał. Dziadek stał się nagle kulą u nogi, znaleźli mu więc miejsce w Domu Spokojnej Starości,gdzie w bólach i mękach zmarł kilka miesięcy później.
Ojciec się załamał po stracie żony i uznał,że najlepszym rozwiązaniem będzie inna kobieta. Na początku wszystkim ulżyło. Liczyli na to,że kobieta korzystnie wpłynie na ojca,że odstawi on alkohol,który nie współgrał z tabletkami,które miały za zadanie go wyciszać. Początkowo owszem tak też było, kobieta sprowadziła go na ziemię, uspokoił się i nawet wyglądał na szczęśliwego. Niemalże przestał pić,bo ona tego nie lubiła. Później chyba było jej wszystko jedno,bo znów zaczął wracać do popijania po tabletkach.
Starsza siostra pryzjaciółki wzięła ślub, choć był moment,że chciała wszystko odwołać. Pomogło jej zastanowienia się nad sensem odwołania uroczystości, proste pytanie „Czy Twoja mama chciałaby,żebyś teraz z tego zrezygnowała?”. Wzięli więc ślub. Rok później ślub wzięła moja przyjaciółka, a w ślad za nią – miesiąc po miesiącu, młodsza siostra i starszy brat. Tak oto cała piątka założya swoje rodziny, zostwiając ojca troszkę samemu sobie. On całkowicie poddał się „uczuciu” do nowej kobiety. Na tyle bardzo się „pokochali”,że przestała bronić mu picia, a on zażądał od własnych dzieci zrzeczenia się praw do mieszkania.  Rozpętały się kłótnie, ostatecznie jedynym dzieckiem,jakie zostało przy ojcu była starsza siostra A. w zestawie z jej mężem. Reszta zwiała od „nienormalnego” ojca. Było słychać wrzaski, kłótnie i inne głośne dźwięki  (jak się później okazywało,to stoły i krzesła „latały”). Nowa kobieta na przekór córce swojego partnera w mieszkaniu starała się wprowadzić własne warunki,swój ład i porządek, zmieniając nawyki i to co wpoiła wcześniej matka. Były więc dyskusje, kłótnie i krzyki. Na nic, ojciec był zbyt zakochany. Niedługo później okazało się,że ojciec ma niezłośliwego raka, ot jedna ranka na twarzy po goleniu, która zamiast się zagoić ropiała, sączyła się i powiększała. Uporał się i z tym i podobno miał przestać pić. Później pod wpływem alkoholu wpadł do wykopu pod fundamenty, ucierpiały plecy i było podejrzenie,że chodził nie będzie,ale chodzi, udało się, uraz nie był tak groźny jak się wydawało na początku. Wypadki w pracy, bo niby nikt nie widział,że przychodził chwiejnym krokiem. Ludzie myśleli,że wyświadczają przysługę milcząc,że pod wpływem jest, bo przecież załamany chłopina, żonę stracił,dzieci się odwróciły od niego, a jeszcze jakby pracę stracił,to już by się nie wygrzebał z tego dołka. Każdy podejmuje decyzje i robi to,co uważa za słuszne,oni więc uznali,że zostawią go biednego i nie będą nękać przełożonym.
Po ślubie A. i jej mąż C. starali się o dziecko i nic im po staraniach… Z błyskiem w oku zerkali na moją córkę, myślę – w głębi zazdroszcząc pociechy. C. do tego czasu zdążył zaakceptować mnie i B. Raz,że już wiedział,że z naszą przyjaźnią nie wygra, a dwa do tego momentu i my trochę dorosłyśmy, ustatkowałyśmy się i zauwazyłyśmy,że C. to wcale nie taki zły facet jak się wszystkim początkowo wydawało. Był całkiem dobrym wujkiem dla mojej córci. Uwielbiała go, teraz niestety kontakt mamy minimalny….ale przecież ja nie o tym.
W międzyczasie A. i C. w końcu dorobili się dzieciaczka. Mieszkali wtedy u rodziców C. Dziadkowie (rodzice C.) od dawna naciskali na wnuka,bo przecież jeszcze dziadkami nie byli.  Ciąża była zagrożona, był szpital, leki. Po dwóch latach starań – naprawdę przeżywali koszmar bojąc się każdego dnia o maleństwo, które nosiła pod sercem. W tym samym czasie młodsza siostra zaszła w ciążę,ale niestety serduszko dziecka szybko przestało bić i konieczny był zabieg.  Tym bardziej w A. wzrastał strach o dziecko, widząc,że dbanie o siebie i ciążę czasem nie pomaga,bo „serce przecież może po prostu przestać bić”. Kiedy Maleństwo przyszło na świat ich stosunki z rodzicami C. zmieniły się, nie – oczywiście,że nie na lepsze. Było gorzej i gorzej. Tak też zostali zmuszeni do przeprowadzki to ojca A. , który w najlepsze upijał się i awanturował w domu. Wytrzymali tydzień. Kiedy to pod wpływem alkoholu i leków próbował wyszarpnąć im z rąk Małą i wrzeszczał do zięcia,że nie potrafi zadbać o swoje kobiety. Wrócili więc do rodziców C.
A. „dla dobra sprawy” podporządkowała sobie życie pod rytm życia całej rodziny. Nie mając pomocy z niczyjej strony dodatkowo gotowała i sprzątała dla wszystkich, nie słysząc za to ani jednego dobrego słowa. Jedyne co mogła usłyszeć „czemu ugotowałaś to,a nie coś innego?”. Teściowa dnie potrafiła przesiedzieć u drugiej synowej,dzwoniąc jedynie do A. żeby ugotowała i pranie zrobiła. A co z tego,że dziecko chore, co z tego,że dziecko marudzi,bo ząbki się wyżynają – gotuj i sprzątaj dla całej 8-osobowej rodziny + jeszcze dla męża i dziecka. W końcu z mężem zaczęło się psuć, nacisk ze strony matki i żony, stał się nerwowy, krzyczał, mniej pomagał przy córce. Wtedy A. pękła, wykrzyczała wszystko, nie udało się w ten sposób oczyścić atmosfery. Usłyszała przelotem jakieś groźby ze strony teściowej, jakoby „miała jej jeszcze pokazać” i zostali wyrzuceni. Tak, kazali im się wyprowadzić z malutką i aktualnie chorą córką. Poszli więc do jej „zwariowanego” ojca, który akurat miał gorszy dzień i mając za złe C. w ręce trzymał nóż. Nie, matko – nie zranił go,choć groził.  No i nie ma dokąd pójść.

Podsumowując – jedna, drobnej postury kobieta trzymała całą rodzinę w całości, czyniła ją dobrą rodziną… Kiedy tylko jej zabrakło – coś pękło, rodzina posypała się na drobne części. Nie zostało nic. Zupełnie nic.
Z rodziny jakże katolickiej pozostali ludzie z problemami, nie potrafiący dojść do porozumienia. Ojciec o kościele zapomniał ,syn i najstarsza córka są świadkami jehowy i mówią o tym głośno (myślę,że sekta, o której wspominano w przypadku mężczyzny najstarszej córki to właśnie świadkowie jehowy uznani przez nich-katolików sektą). Najmłodsza wygrzebała się z problemów natury psychicznej, ma męża, straciła dziecko i przezyła już wiele mimo młodego wieku. Średnia córka twardo trwa przy ojcu mimo momentów,kiedy musi barykadować się w pokoju,by nie wszedł i nie skrzywdził (nie raz,ani nie dwa pokazywała siniaki jakie w trakcie awanrtur „dostała w prezencie” od ojca). Trwa tak przy nim pilnując mieszkania, na które chęć ma kobieta ojca. A. zaś – moja przyjaciółka, mimo dobrego męża i długo wyczekiwanego dziecka nie może zaznać spokoju i dać się ponieść radości, szczęściu z posiadania własnej rodziny,bo nie stać ich na własne mieszkanie, nie mają też nikogo z kim mogliby mieszkać bez żadnych stresów.
Tak ot ta katolicka rodzina, którą brano za wzór jest w rozsypce. Koszmar rozgrywa się od ponad czterech lat i nie ma sposobu,by te wszystko posklejać. Spotkała ich podła rzeczywistość,na którą nie ma lekarstwa.

 
 

Nim powiesz „tak”…

12 wrz

Szukając informacji o rozwodach bez orzeczenia o winie natrafiłam na kilka wpisów odnośnie sytuacji kobiet-rozwódek. Jak to było, co się stało, dlaczego małżeństwo nie przetrwało. Zaskoczyła mnie ilość wypowiedzi, w których dużą rolę w rozpadzie małżeństwa odgrywała teściowa/teść, a nawet reszta rodziny.

 

„Nie widziałaś co brałaś?”
Ależ oczywiście,że widziałam ! Co za pytanie… Nie, nie wzięłam ślubu ze względu na ciążę, nie wzięłam ślubu,bo ktoś mnie zmuszał, ja po prostu chciałam. W tamtym czasie miałam u boku dobrego mężczyznę, który dbał o mnie i bronił przed wszelkim złem. Były chwile dobre i złe, ale mimo to nie wyobrażałam sobie rozstania, życia bez niego. Prawda jest taka,że po ślubie ludzie się zmieniają. Nie tylko mężczyźni,ale i kobiety(oczywiście nie każdy się zmienia!). W życiu są sytuacje, które nas zmieniają. Osobiście uważam,że ślub jest jedną z takich sytuacji. Mężczyzna zazwyczaj (nie zawsze!) rości sobie wtedy wyłączne prawo do kobiety, zapominając przy tym o jednym – to,że jest żoną wcale nie znaczy,że będzie dzielnie znosić to co złe i mimo wszystko zostanie przy boku takiego męża. Kobieta zmienia się z narzeczonej na żonę, a żona… Tak! Żona wymaga! A jak prośby, rozkazy nie skutkują,to  stroi się „fochy”. Chyba z tego właśnie biorą się dowcipy o żonach, małżeństwach i dlatego można natknąć się na „dowcipne” rysunki przedstawiające np. żonę z wałkiem w ręce w pogoni za małżonkiem. Zmieniają się nasze oczekiwania wobec drugiej osoby, a o części z tych oczekiwań nie mieliśmy pojęcia przed ślubem. Choćby podział obowiązków. Jakoś to działało przed ślubem, ale teraz „od tego jest żona, a od tego mąż” i ciężko jakoś zamazać granicę kobieta/mężczyzna w związku. Ale nie o tym dzisiaj…. Po prostu lepiej poprzedzić pytanie, które może znów paść,czy nie wiedziałam kogo brałam na męża, czy nie znałam jego rodziny itp.

 

Nadszedł moment kiedy szala goryczy się przelała i uznałam,że ani mnie ze strony męża, ani jego z mojej strony nic miłego już spotkać nie może. Mimo prób ratowania związku wciąż było skakanie sobie do oczu, wypominanie dawnych błędów, żale i wyrzuty. Wydarzyło się chyba za dużo,żeby móc to jakoś przyjąć, pogodzić się z tym i wrzucić do worka z napisem „przeszłość”. Każdy zły skrawek tej „przeszłości” bolał wciąż z taką samą mocą,jak gdy był „teraźniejszością”.

Rozstanie nadchodziło wielkimi krokami i wyjątkowo głośno tupiąc, więc nie dało się tego ukryć. Zaczął się szereg pytań „dlaczego? kto zawinił? co się stało? dlaczego taka decyzja? czy nie ma już dla nas szans?”
Przyznam szczerze – cierpiałam, miałam już wyobrażenie przyszłości lżejszej niż przeszłość, spokojnej, wesołej, bez poniżania, bez mężczyzny,który mnie nie szanował, ale cierpiałam na myśl,że to już naprawdę koniec,że już naprawdę nie potrafię znów wybaczyć.
Mąż był w rozsypce. On to chyba nie rozumiał powagi sytuacji, póki nie zaczęłam działać. Póki nie zaczęłam głośno mówić o krzywdach jakie mi wyrządził.
Przyszedł dzień i na jego spowiedź. Rodzice go zapytali co się stało, dlaczego dzieje się źle. Powiedział o wszystkim… O innych kobietach , o tym,że się nami nie interesował, że żył własnym życiem, nie dbał o nas, nie szanował, że wyolbrzymiał problemy kiedy żalił się matce,że to on był zły,że nawet proponował mi aborcję przy podejrzeniu ciąży, że to jego wina,że wie,że to on wszystko zepsuł i chce to naprawić, chce mi wynagrodzić wszystkie krzywdy.
I tak żył ze świadomością,że jego winy w tym więcej niż czyjejkolwiek. I cierpiał. Zjawiał się u nas, prosił, płakał, przepraszał, a jak słyszał zarzuty z mojej strony – spuszczał głowę, przytakiwał, jakby naprawdę wierzył,że zawinił. Kiedy mówiłam,że to już nie ma sensu,że idzie do rozwodu,że ja tak żyć nie będę,że na domiar złego jego rodzina przeciwko mnie, że ja nie będę rywalizowała całe życie z jego matką,że niech sobie żyje z nimi,skoro do tej pory każde jej słowo było wiele ważniejsze niż moje,że NIE i już, wtedy znów wybuchał, wyzywał mnie. Taki ot mężczyzna i taka ot podła teściowa. Bo kiedy on przyznawał się do winy, ona rzucała oskarżenia w moją stronę. I knuła jak się mnie pozbyć możliwe szybko z życia jej synka. Oby jej się nowa synowa lepsza trafiła,niż ja.
Mogłam pójść do niej z dowodem, mieć wypisane CZARNO NA BIAŁYM,że skłamał, zdradził, a ona i tak patrząc mi w oczy mówiła „On na pewno nie… wydaje ci się,coś ci się pomyliło”. A jak z domu nas wyrzucił, to jeszcze sms wysłała,że to wszystko moja wina,bo ja nic od siebie nie daje. W sensie,że co? Że siebie mu nie oddaję,bo się brzydzę? Poza tym co to w ogóle za pomysł wtrącania swojego zdania we wszystko? Miałaś swoje życie, mogłaś decydować, a teraz daj żyć swoim dzieciom. I mogę z całkowitym przekonaniem powiedzieć to dziś, kiedy już NAS nie ma,że gdyby nie jego rodzina – nasze małżeństwo by przetrwało. Bo mimo jego wad, byłam w stanie o to walczyć, ale jeśli Twoja walka jest bagatelizowana tylko dlatego,że MAMUSIA podpowiada inaczej, to ile będziesz walczyć? Co mnie interesuje jej wzorzec rodziny? Każdą mamusię, która synka spod swych skrzydeł nie chce wypuścić powinno się na jakieś szkolenie wysyłać „Jak być dobrą teściową i nie doprowadzić do rozpadu związku własnego dziecka”. Patrz teraz kobieto podła, jak sama skrzywdziłaś własne dziecko. Odsuwa się od Ciebie? Nie dzwoni? Nie pisze? A to mi niespodzianka. Podziwiam go za to, w końcu zrozumiał. Tyle dobrego po rozpadzie małżeństwa dla niego. W końcu zobaczył,że matka to intrygantka nie zważająca na niczyje uczucia.

A jego ojciec? Niewiele lepszy. Kiedyś jakoś doszło do jego rozmowy z moim tatą. Co usłyszał mój ojciec z ust mojego teścia w ramach obrony mojego męża? „Wiesz jak to jest… Jak suka nie da to i pies nie weźmie”. Raz,że porównanie po prostu obrzydliwe. Mężczyznę do psa przyrównać, a co tu jeszcze mówić – syna do psa,który bierze jak tylko jakaś da. Dodatkowo jak widać ta jego dzika teoria mu pasuje! Ciekawa jestem tylko,czy jeśli kiedyś, jakimś trafem spotka to jego córkę, jeśli jej mąż zacznie ją poniżać i zdradzać , zostawiając samą ze wszystkim, czy i jego zdradę z głupim uśmiechem wyjaśni w ten sposób „Słuchaj córeczko, wiesz jak to jest… Jak suka nie da to i pies nie weźmie”. W moim zrozumieniu „nie wiń jego, to przez tą co dała, inaczej by nie wziął”. I żyj córko z takim dalej, mając nadzieję,że żadna więcej nie zechce dać. No bo jak zechce,to przecież wziąć trzeba!

Jak przy takich rodzicach może wychować się dobry, wartościowy mężczyzna?!

Nim powiesz „tak” upewnij się,że nie wkroczysz tym na wojenną ścieżkę z jego rodziną,bo ciężko taką wojnę wygrać. A nawet jeśli,to niesmak pozostaje na długo.