RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘rozstanie’

Historia pewnej zwykłej, katolickiej rodziny.

14 paź

Po ostaniej rozmowie z przyjaciółką doszłam do wniosku,że niektórzy mają problemy, mają w życiu trudniej niż ja… Wiele z tych osób to te osoby, które wcześniej wiodły życie niemalże idealne. Ona, jej partner, później już mąż, zakochani tak,że w ogień by za sobą poszli… No,ale od początku. Pozwolę sobie przytoczyć trochę wspomnień z uwagi na anonimowość… Od rozmowy z nią nie daje mi to wszystko spokoju.

Rodzina 7-osobowa, matka, ojciec i piątka dorosłych dzieci, no – poza najmłodszą, nastolatka, dość trudna, wymagała pomocy psychologa, nauczania indytidualnego w wieku gimnazjalnym. Ogólnie normalna dziewczyna, tylko nerwowa i słaba psychicznie,a do tego chorowita. Kilka operacji przez jajniki płatające figle, długi okres rekonwalescencji. Matka – drobna kobieta, bardzo miła, przyjemna.Na starość zabrali do siebie dziadka od strony ojca, pod opiekę. Nie pracowała, zajmowała się Dziadkiem, pamiętała o lekach, diecie, regularnych posiłkach. Ojciec – nerwowy, wybuchowy,ale kochający żonę – mąż, ojciec może nie najlepszy (z uwagi na wybuchowość i nerwowość), ale rodzina w komplecie. Była tam i moja przyjaciółka(później określana jako A), jej starszy brat i starsze dwie siostry. No więc mamy całą siódemkę. Najstarsza siostra po burzliwych kłótniach z rodzicami wyprowadziła się do swojego mężczyzny – rodzice nie akceptowali go, uważali,że należy do sekty, do tego miał byłą żonę i dużą już wtedy córkę. Reszta jak przystało na porządną katolicką rodzinę co niedzielę i każde święto wybierała się razem do kościoła na mszę.
Pojawił się chłopak mojej przyjaciółki,który nie spodobał się mamie. Jak dziś pamiętam kiedy ze łzami w oczach prosiła mnie o pomoc,żeby coś zrobić,by ich rozdzielić. Jaka to była dziwna prośba! Do tego niemożliwa do spełnienia. W końcu zaakceptowali tego mężczyznę w życiu ich córki. Druga zaś z córek pozostałych w domu w międzyczasie zaręczyła się i wyznaczyła datę ślubu, przyszli małżonkowie wpłacili zaliczkę i dni odliczali do Ślubu.
Ja pochłonięta byłam moją ciążą,o której wiedzieli wtedy nieliczni i szkołą – którą trzeba było jakimś cudem skończyć mimo ciąży. Pewnego dnia jak zazwyczaj zakupiłyśmy z drugą przyjaciółką (B.) trochę słodkości i z kartami do gry odwiedziłyśmy A. Z przyjaciółką B. spędzałam o wiele więcej czasu. A. zajęta była swoim związkiem, często bywała poza miastem, a do tego jej luby nie koniecznie wtedy za nami przepadał. Uważał,że młodsze jesteśmy i mieszamy A. w głowie, może i miał rację. Tak więc B. wiedziała już,że jestem w ciąży, była ze mną i ojcem mojej córki u lekarza. Zawsze była gdzieś w pobliżu. Bałam się wspomnieć o ciąży A. , była moją sąsiadką, a co jeśli doszłoby do jej rodziców i nagle do moich? Sama chciałam powiedzieć swoim rodzicom, nie chciałam osiedlowej poczty pantoflowej, miałam 18 lat i 1,5 roku szkoły wciąż przed sobą, bałam się reakcji rodziców, tym bardziej jeśli powiedziałby im ktoś inny! Tak więc coś pół słowem wspomniałyśmy A.,że mamy pewną niespodziankę dla niej,ale zaczekamy z tym na lepszy moment. Tego dnia ostatni raz widziałam matkę A. Zmarła kilka tygodni później. Ból głowy okazał się być spowodowany tętniakiem. Byłam na tyle pochłonięta swoim życiem,że dowiedziałam się od tym od moich rodziców. Dopiero wtedy skontaktowałam się z przyjaciółką, bojąc się tego co powie. Co prawda wtedy jeszcze jej mama żyła,ale już było ciężko, jej narządy wewnętrzne powoli kończyły swoją pracę…Okazało się,że Dziadkiem nikt nie potrafi opiekować się wystarczająco dobrze, nikt nie chciał swojego życia podporządkować pod potrzeby Dziadka.Kiedyś mieli załatwienia, poproszono mnie,żebym zajrzała do Dziadka, zostawili mi klucz, a ja bałam się pójść bo co jeśli Dziadek się przestraszy,że ktoś się do mieszkania włamuje? Poszłam, a Dziadek oglądał telewizję,chyba się mnie spodziewał. Dziadek stał się nagle kulą u nogi, znaleźli mu więc miejsce w Domu Spokojnej Starości,gdzie w bólach i mękach zmarł kilka miesięcy później.
Ojciec się załamał po stracie żony i uznał,że najlepszym rozwiązaniem będzie inna kobieta. Na początku wszystkim ulżyło. Liczyli na to,że kobieta korzystnie wpłynie na ojca,że odstawi on alkohol,który nie współgrał z tabletkami,które miały za zadanie go wyciszać. Początkowo owszem tak też było, kobieta sprowadziła go na ziemię, uspokoił się i nawet wyglądał na szczęśliwego. Niemalże przestał pić,bo ona tego nie lubiła. Później chyba było jej wszystko jedno,bo znów zaczął wracać do popijania po tabletkach.
Starsza siostra pryzjaciółki wzięła ślub, choć był moment,że chciała wszystko odwołać. Pomogło jej zastanowienia się nad sensem odwołania uroczystości, proste pytanie „Czy Twoja mama chciałaby,żebyś teraz z tego zrezygnowała?”. Wzięli więc ślub. Rok później ślub wzięła moja przyjaciółka, a w ślad za nią – miesiąc po miesiącu, młodsza siostra i starszy brat. Tak oto cała piątka założya swoje rodziny, zostwiając ojca troszkę samemu sobie. On całkowicie poddał się „uczuciu” do nowej kobiety. Na tyle bardzo się „pokochali”,że przestała bronić mu picia, a on zażądał od własnych dzieci zrzeczenia się praw do mieszkania.  Rozpętały się kłótnie, ostatecznie jedynym dzieckiem,jakie zostało przy ojcu była starsza siostra A. w zestawie z jej mężem. Reszta zwiała od „nienormalnego” ojca. Było słychać wrzaski, kłótnie i inne głośne dźwięki  (jak się później okazywało,to stoły i krzesła „latały”). Nowa kobieta na przekór córce swojego partnera w mieszkaniu starała się wprowadzić własne warunki,swój ład i porządek, zmieniając nawyki i to co wpoiła wcześniej matka. Były więc dyskusje, kłótnie i krzyki. Na nic, ojciec był zbyt zakochany. Niedługo później okazało się,że ojciec ma niezłośliwego raka, ot jedna ranka na twarzy po goleniu, która zamiast się zagoić ropiała, sączyła się i powiększała. Uporał się i z tym i podobno miał przestać pić. Później pod wpływem alkoholu wpadł do wykopu pod fundamenty, ucierpiały plecy i było podejrzenie,że chodził nie będzie,ale chodzi, udało się, uraz nie był tak groźny jak się wydawało na początku. Wypadki w pracy, bo niby nikt nie widział,że przychodził chwiejnym krokiem. Ludzie myśleli,że wyświadczają przysługę milcząc,że pod wpływem jest, bo przecież załamany chłopina, żonę stracił,dzieci się odwróciły od niego, a jeszcze jakby pracę stracił,to już by się nie wygrzebał z tego dołka. Każdy podejmuje decyzje i robi to,co uważa za słuszne,oni więc uznali,że zostawią go biednego i nie będą nękać przełożonym.
Po ślubie A. i jej mąż C. starali się o dziecko i nic im po staraniach… Z błyskiem w oku zerkali na moją córkę, myślę – w głębi zazdroszcząc pociechy. C. do tego czasu zdążył zaakceptować mnie i B. Raz,że już wiedział,że z naszą przyjaźnią nie wygra, a dwa do tego momentu i my trochę dorosłyśmy, ustatkowałyśmy się i zauwazyłyśmy,że C. to wcale nie taki zły facet jak się wszystkim początkowo wydawało. Był całkiem dobrym wujkiem dla mojej córci. Uwielbiała go, teraz niestety kontakt mamy minimalny….ale przecież ja nie o tym.
W międzyczasie A. i C. w końcu dorobili się dzieciaczka. Mieszkali wtedy u rodziców C. Dziadkowie (rodzice C.) od dawna naciskali na wnuka,bo przecież jeszcze dziadkami nie byli.  Ciąża była zagrożona, był szpital, leki. Po dwóch latach starań – naprawdę przeżywali koszmar bojąc się każdego dnia o maleństwo, które nosiła pod sercem. W tym samym czasie młodsza siostra zaszła w ciążę,ale niestety serduszko dziecka szybko przestało bić i konieczny był zabieg.  Tym bardziej w A. wzrastał strach o dziecko, widząc,że dbanie o siebie i ciążę czasem nie pomaga,bo „serce przecież może po prostu przestać bić”. Kiedy Maleństwo przyszło na świat ich stosunki z rodzicami C. zmieniły się, nie – oczywiście,że nie na lepsze. Było gorzej i gorzej. Tak też zostali zmuszeni do przeprowadzki to ojca A. , który w najlepsze upijał się i awanturował w domu. Wytrzymali tydzień. Kiedy to pod wpływem alkoholu i leków próbował wyszarpnąć im z rąk Małą i wrzeszczał do zięcia,że nie potrafi zadbać o swoje kobiety. Wrócili więc do rodziców C.
A. „dla dobra sprawy” podporządkowała sobie życie pod rytm życia całej rodziny. Nie mając pomocy z niczyjej strony dodatkowo gotowała i sprzątała dla wszystkich, nie słysząc za to ani jednego dobrego słowa. Jedyne co mogła usłyszeć „czemu ugotowałaś to,a nie coś innego?”. Teściowa dnie potrafiła przesiedzieć u drugiej synowej,dzwoniąc jedynie do A. żeby ugotowała i pranie zrobiła. A co z tego,że dziecko chore, co z tego,że dziecko marudzi,bo ząbki się wyżynają – gotuj i sprzątaj dla całej 8-osobowej rodziny + jeszcze dla męża i dziecka. W końcu z mężem zaczęło się psuć, nacisk ze strony matki i żony, stał się nerwowy, krzyczał, mniej pomagał przy córce. Wtedy A. pękła, wykrzyczała wszystko, nie udało się w ten sposób oczyścić atmosfery. Usłyszała przelotem jakieś groźby ze strony teściowej, jakoby „miała jej jeszcze pokazać” i zostali wyrzuceni. Tak, kazali im się wyprowadzić z malutką i aktualnie chorą córką. Poszli więc do jej „zwariowanego” ojca, który akurat miał gorszy dzień i mając za złe C. w ręce trzymał nóż. Nie, matko – nie zranił go,choć groził.  No i nie ma dokąd pójść.

Podsumowując – jedna, drobnej postury kobieta trzymała całą rodzinę w całości, czyniła ją dobrą rodziną… Kiedy tylko jej zabrakło – coś pękło, rodzina posypała się na drobne części. Nie zostało nic. Zupełnie nic.
Z rodziny jakże katolickiej pozostali ludzie z problemami, nie potrafiący dojść do porozumienia. Ojciec o kościele zapomniał ,syn i najstarsza córka są świadkami jehowy i mówią o tym głośno (myślę,że sekta, o której wspominano w przypadku mężczyzny najstarszej córki to właśnie świadkowie jehowy uznani przez nich-katolików sektą). Najmłodsza wygrzebała się z problemów natury psychicznej, ma męża, straciła dziecko i przezyła już wiele mimo młodego wieku. Średnia córka twardo trwa przy ojcu mimo momentów,kiedy musi barykadować się w pokoju,by nie wszedł i nie skrzywdził (nie raz,ani nie dwa pokazywała siniaki jakie w trakcie awanrtur „dostała w prezencie” od ojca). Trwa tak przy nim pilnując mieszkania, na które chęć ma kobieta ojca. A. zaś – moja przyjaciółka, mimo dobrego męża i długo wyczekiwanego dziecka nie może zaznać spokoju i dać się ponieść radości, szczęściu z posiadania własnej rodziny,bo nie stać ich na własne mieszkanie, nie mają też nikogo z kim mogliby mieszkać bez żadnych stresów.
Tak ot ta katolicka rodzina, którą brano za wzór jest w rozsypce. Koszmar rozgrywa się od ponad czterech lat i nie ma sposobu,by te wszystko posklejać. Spotkała ich podła rzeczywistość,na którą nie ma lekarstwa.

 
 

Nim powiesz „tak”…

12 wrz

Szukając informacji o rozwodach bez orzeczenia o winie natrafiłam na kilka wpisów odnośnie sytuacji kobiet-rozwódek. Jak to było, co się stało, dlaczego małżeństwo nie przetrwało. Zaskoczyła mnie ilość wypowiedzi, w których dużą rolę w rozpadzie małżeństwa odgrywała teściowa/teść, a nawet reszta rodziny.

 

„Nie widziałaś co brałaś?”
Ależ oczywiście,że widziałam ! Co za pytanie… Nie, nie wzięłam ślubu ze względu na ciążę, nie wzięłam ślubu,bo ktoś mnie zmuszał, ja po prostu chciałam. W tamtym czasie miałam u boku dobrego mężczyznę, który dbał o mnie i bronił przed wszelkim złem. Były chwile dobre i złe, ale mimo to nie wyobrażałam sobie rozstania, życia bez niego. Prawda jest taka,że po ślubie ludzie się zmieniają. Nie tylko mężczyźni,ale i kobiety(oczywiście nie każdy się zmienia!). W życiu są sytuacje, które nas zmieniają. Osobiście uważam,że ślub jest jedną z takich sytuacji. Mężczyzna zazwyczaj (nie zawsze!) rości sobie wtedy wyłączne prawo do kobiety, zapominając przy tym o jednym – to,że jest żoną wcale nie znaczy,że będzie dzielnie znosić to co złe i mimo wszystko zostanie przy boku takiego męża. Kobieta zmienia się z narzeczonej na żonę, a żona… Tak! Żona wymaga! A jak prośby, rozkazy nie skutkują,to  stroi się „fochy”. Chyba z tego właśnie biorą się dowcipy o żonach, małżeństwach i dlatego można natknąć się na „dowcipne” rysunki przedstawiające np. żonę z wałkiem w ręce w pogoni za małżonkiem. Zmieniają się nasze oczekiwania wobec drugiej osoby, a o części z tych oczekiwań nie mieliśmy pojęcia przed ślubem. Choćby podział obowiązków. Jakoś to działało przed ślubem, ale teraz „od tego jest żona, a od tego mąż” i ciężko jakoś zamazać granicę kobieta/mężczyzna w związku. Ale nie o tym dzisiaj…. Po prostu lepiej poprzedzić pytanie, które może znów paść,czy nie wiedziałam kogo brałam na męża, czy nie znałam jego rodziny itp.

 

Nadszedł moment kiedy szala goryczy się przelała i uznałam,że ani mnie ze strony męża, ani jego z mojej strony nic miłego już spotkać nie może. Mimo prób ratowania związku wciąż było skakanie sobie do oczu, wypominanie dawnych błędów, żale i wyrzuty. Wydarzyło się chyba za dużo,żeby móc to jakoś przyjąć, pogodzić się z tym i wrzucić do worka z napisem „przeszłość”. Każdy zły skrawek tej „przeszłości” bolał wciąż z taką samą mocą,jak gdy był „teraźniejszością”.

Rozstanie nadchodziło wielkimi krokami i wyjątkowo głośno tupiąc, więc nie dało się tego ukryć. Zaczął się szereg pytań „dlaczego? kto zawinił? co się stało? dlaczego taka decyzja? czy nie ma już dla nas szans?”
Przyznam szczerze – cierpiałam, miałam już wyobrażenie przyszłości lżejszej niż przeszłość, spokojnej, wesołej, bez poniżania, bez mężczyzny,który mnie nie szanował, ale cierpiałam na myśl,że to już naprawdę koniec,że już naprawdę nie potrafię znów wybaczyć.
Mąż był w rozsypce. On to chyba nie rozumiał powagi sytuacji, póki nie zaczęłam działać. Póki nie zaczęłam głośno mówić o krzywdach jakie mi wyrządził.
Przyszedł dzień i na jego spowiedź. Rodzice go zapytali co się stało, dlaczego dzieje się źle. Powiedział o wszystkim… O innych kobietach , o tym,że się nami nie interesował, że żył własnym życiem, nie dbał o nas, nie szanował, że wyolbrzymiał problemy kiedy żalił się matce,że to on był zły,że nawet proponował mi aborcję przy podejrzeniu ciąży, że to jego wina,że wie,że to on wszystko zepsuł i chce to naprawić, chce mi wynagrodzić wszystkie krzywdy.
I tak żył ze świadomością,że jego winy w tym więcej niż czyjejkolwiek. I cierpiał. Zjawiał się u nas, prosił, płakał, przepraszał, a jak słyszał zarzuty z mojej strony – spuszczał głowę, przytakiwał, jakby naprawdę wierzył,że zawinił. Kiedy mówiłam,że to już nie ma sensu,że idzie do rozwodu,że ja tak żyć nie będę,że na domiar złego jego rodzina przeciwko mnie, że ja nie będę rywalizowała całe życie z jego matką,że niech sobie żyje z nimi,skoro do tej pory każde jej słowo było wiele ważniejsze niż moje,że NIE i już, wtedy znów wybuchał, wyzywał mnie. Taki ot mężczyzna i taka ot podła teściowa. Bo kiedy on przyznawał się do winy, ona rzucała oskarżenia w moją stronę. I knuła jak się mnie pozbyć możliwe szybko z życia jej synka. Oby jej się nowa synowa lepsza trafiła,niż ja.
Mogłam pójść do niej z dowodem, mieć wypisane CZARNO NA BIAŁYM,że skłamał, zdradził, a ona i tak patrząc mi w oczy mówiła „On na pewno nie… wydaje ci się,coś ci się pomyliło”. A jak z domu nas wyrzucił, to jeszcze sms wysłała,że to wszystko moja wina,bo ja nic od siebie nie daje. W sensie,że co? Że siebie mu nie oddaję,bo się brzydzę? Poza tym co to w ogóle za pomysł wtrącania swojego zdania we wszystko? Miałaś swoje życie, mogłaś decydować, a teraz daj żyć swoim dzieciom. I mogę z całkowitym przekonaniem powiedzieć to dziś, kiedy już NAS nie ma,że gdyby nie jego rodzina – nasze małżeństwo by przetrwało. Bo mimo jego wad, byłam w stanie o to walczyć, ale jeśli Twoja walka jest bagatelizowana tylko dlatego,że MAMUSIA podpowiada inaczej, to ile będziesz walczyć? Co mnie interesuje jej wzorzec rodziny? Każdą mamusię, która synka spod swych skrzydeł nie chce wypuścić powinno się na jakieś szkolenie wysyłać „Jak być dobrą teściową i nie doprowadzić do rozpadu związku własnego dziecka”. Patrz teraz kobieto podła, jak sama skrzywdziłaś własne dziecko. Odsuwa się od Ciebie? Nie dzwoni? Nie pisze? A to mi niespodzianka. Podziwiam go za to, w końcu zrozumiał. Tyle dobrego po rozpadzie małżeństwa dla niego. W końcu zobaczył,że matka to intrygantka nie zważająca na niczyje uczucia.

A jego ojciec? Niewiele lepszy. Kiedyś jakoś doszło do jego rozmowy z moim tatą. Co usłyszał mój ojciec z ust mojego teścia w ramach obrony mojego męża? „Wiesz jak to jest… Jak suka nie da to i pies nie weźmie”. Raz,że porównanie po prostu obrzydliwe. Mężczyznę do psa przyrównać, a co tu jeszcze mówić – syna do psa,który bierze jak tylko jakaś da. Dodatkowo jak widać ta jego dzika teoria mu pasuje! Ciekawa jestem tylko,czy jeśli kiedyś, jakimś trafem spotka to jego córkę, jeśli jej mąż zacznie ją poniżać i zdradzać , zostawiając samą ze wszystkim, czy i jego zdradę z głupim uśmiechem wyjaśni w ten sposób „Słuchaj córeczko, wiesz jak to jest… Jak suka nie da to i pies nie weźmie”. W moim zrozumieniu „nie wiń jego, to przez tą co dała, inaczej by nie wziął”. I żyj córko z takim dalej, mając nadzieję,że żadna więcej nie zechce dać. No bo jak zechce,to przecież wziąć trzeba!

Jak przy takich rodzicach może wychować się dobry, wartościowy mężczyzna?!

Nim powiesz „tak” upewnij się,że nie wkroczysz tym na wojenną ścieżkę z jego rodziną,bo ciężko taką wojnę wygrać. A nawet jeśli,to niesmak pozostaje na długo.

 
 

Rozwód.

10 wrz

No i stało się… Zadzwonił adwokat i przeczytał mi pozew rozwodowy, który sporządził… Przeczytał mi krótki opis mojego życia, naszego życia. Rozdrapał wszelkie zabliźnione rany! Przypomniał,że życie nam nie wyszło…
Stałam tak z telefonem przy uchu i słuchałam jak streszcze moje dawne życie małżeńskie. Jak z mocą napiera, wytyka krzywdy jakie wyrządził mój mąż. Jego głos jakby nadał tym wspomnieniom inny, bardziej dramatyczny wyraz. Nawet z tego wszystkiego nie pamiętam co dokładnie mówił, moja pamięć zgubiła kilka, może kilkanaście zdań, a on i tak mówił,że czyta w skrócie to co napisał. Głowa mnie boli, a myśli wirują. Moje małżeństwo teraz naprawdę się kończy.
Skupiam się dalej na tym,co Pan Mecenas ma mi do powiedzenia. I wtedy wpada mi w ucho „ograniczenie praw rodzicielskich pozwanemu” no i ukłucie… On się wścieknie. Niestety, tak musi być. Jakoś może by się dało to pogodzić,gdybyśmy mieszkali w tym samym mieście, choćby w tym samym kraju,ale niestety nie. Później mi mówi,że jest jedna Sędzina,co to domaga się ustalenia kontaktów. „Co Pani proponuje? Może np. pierwszy weekend w miesiącu?” , o zgrozo… że jak? „Nie, tak się nie da… Ja nie chcę go tutaj, córki on zabrać też nie może” , zaproponował więc pierwszy weekend miesiąca w obecności matki, co i tak uznał za niewykonalne „ale musimy coś napisać, bo ta Sędzina jest przekonana,że jest nakaz Sądu Najwyższego o konieczności ustalenia kontaktów”. I mówił,że na wniosek obydwojga rodziców można by zaniechać ustalania kontaktów,ale mój mąż na to nie pójdzie, nie mam szans na żadne układy czy porozumienia z mężem.
Mimo,iż nie chcę orzekać o winie, ten pozew brzmi jednoznacznie WINNY. I nie wspomniał,że teraz z kimś jestem, że żyję z innym mężczyzną. Skupiamy się na tym, co robił mąż, co doprowadziło do rozpadu małżeństwa, a nie na tym,co jest teraz.
Na koniec wspomina o obojętności ojca na dziecko o braku pomocy w utrzymaniu dziecka… Takie to zagmatwane wszystko i okropne. W tym pozwie zawarł wszystko,co doprowadziło nas do miejsca, w którym teraz jesteśmy.
Witaj, koszmarze. Otwiera się przede mną moje prywatne piekło na ziemii. Przetrwam to i mam nadzieję,że razem z Nowym Rokiem będę świętowała moje NOWE ŻYCIE.

 

„Spotyka się teraz z N…”

06 wrz

Rozmawiałam z naszą wspólną znajomą. Moją i mojego ex. Nie wiem w sumie,czy informacje,które jej przekazuję trafiają do niego w takim tempie w jakim informacje o nim trafiają do mnie. W sumie mało ważne, grunt,że ja wiem dużo…
Dzisiaj coś zeszło na jego temat… Powiedziałam,że w sumie się dogadaliśmy, ona potwierdziła fakt umówienia się na spotkanie w Ambasadzie. Wszystko po mojej myśli… Wspominam,że może chłopak dojrzewa w końcu. Ona opowiedziała mi jaką kłótnię słyszała. On vs. jego matka… Miała ból,że tyle za granicą siedzi,a  nic nie ma… No ma tupet, temu się życie posypało, rozwód to kosztowna PRZYJEMNOŚĆ, a ta by jeszcze pieniądze z niego ciągnęła… Co za babsko! A po części pewnie poszło o sprawę dokomentu dla córki,bo to była rozmową chwilę po tym,jak do Ambasady dzwonił i obiecał tę sprawę załatwić do końca. Ona to nie zna umiaru.
No i tak plotkujemy jak na kobiety „przystało” i mówię,że chcę,żeby mu się ułożyło,że mam nadzieję,że nauczył się czegoś na błędach,że nasz rozpad małżeństwa czegoś go nauczy. No i mówi,że nie sądzi… A później dodaje „Spotyka się z N…. taka fryzjerka z drugiego bloku… normalna dziewczyna, ale nie da sobie wejść na głowę…” , oczywiście od razu dostaję namiar na jej profil… Ukazuje mi się czarnowłosa 20 letnia dziewczyna z mocnym, ależ jak mocnym(!!) makijażem i kolczyk w okolicy ust… No tak, a on przecież ostatnio dorobił się kolczyka w języku… No nic… „To coś” styczności z moim dzieckiem nie będzie miało póki wygląda jak kobieta lekkich obyczajów. Chodzi o to,że jak dobiera partnerkę i chce ją wprowadzić w życie dziecka,to musi dobierać z głową… Ma dziecko, a jego potencjalna partnerka powinna być odrobinę dojrzała, ta nie wygląda. A jej profil świadczy o nieskończoności imprez zwanych przez nią „mega melanżami” … Nie podoba mi się to. Cieszę się więc,że jesteśmy daleko od siebie, bardzo się cieszę.
Tak czy siak dziwnie przyjmuje się taką informację… Kiedy to minie? Kiedy ta przeszłość da mi odpocząć??

Od rana ukochany ból migrenowy… Głowa mi pęka… A teraz jeszcze ta informacja… Ale może chociaż przestanie mi wspierać,że mnie kocha. Są plusy sytuacji…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii dziecko, rozstanie, Związek, zycie

 

Mąż… na papierze.

03 wrz

Odbyłam wczoraj niespełna 30-minutową rozmowę z byłym mężem pod nieobecność córki,co by nie dopuścić do tego,żeby słyszała o czym rozmawiamy.
Przeprosił co prawda za niedzielną rozmowę, wypierając się jednak iż nazwał mnie GŁUPIĄ. „Nie powiedziałej TEJ GŁUPIEJ, powiedziałem GŁUPOLOWI”. Jak dla mnie różnicy nie ma, głupia to głupia niezależnie od tego,którego z dwóch podanych słów użyjesz. Interesowało go bardzo,czy zamierzam orzec o jego winie. Nie, nie zamierzam. Nie chce mi się w to bawić, nic mi po tym, a do tego cena pełnomocnika pewnie podwoiła by się,albo potroiła nawet  ! A na to więcej pieniędzy wydawać nie chcę, nie opłaca mi się. Poza tym nie chcę słuchać wymyślonych przez męża historii o tym,iż wina leży po mojej stronie,bo ja kogoś w Holandii znalazłam. Zapomina dodać,iż wtedy już twierdził,że nic do mnie nie czuje, nie chciał być ze mną, proponował rozwód, a w najgorszym przypadku – otwraty związek, że już nie mieszkaliśmy razem,bo oddał wszystko czego się dorobiliśmy i że to było już po tym,kiedy z jego ust usłyszałam słowo aborcja.
Czego on więc wymagał ode mnie? Był moim mężem, to fakt, nadal jest… NA PAPIERZE! A nijak ma się to do rzeczywistości, do życia razem. Na papierze to może i jest moim mężem,ale życiowo to jest niestety jednym z moich wrogów , jedynym z najpodlejszych osób jakie przeplatały się przez moje życie.
„Świadomy(a) praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z (imię i nazwisko pani młodej / pana młodego) i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.”
Nie było ani zgodne, ani szcześliwe i jak się okazało – trwałe też nie było. Jedyne co pozostało trwałe,to akt małżeństwa, kartka urzędowego papieru,mówiąca o tym,iż z panny staję się mężatką i przyjmuję jego nazwisko.
Podstawową zasadą małżeństwa jest równość praw i obowiązków. Może i by tak było, bo mój ex, młody człowiek – nadawał się może do „wychowania” , do wypracowania jakiegoś kompromisu, „systemu”, ale… Przecież jest jeszcze jego matka, która miała już swój „system” i wmówiła synkowi,że TAK W DOMU POWINNO BYĆ. A jak? No więc, kobieta – mimo,iż pracuje, ma po pracy ugotować, posprzątać, zająć się domem i dzieckiem – niezależnie od tego,czy chora, zmęczona, czy pracuje ciężej od męża czy nie. Mąż początkowo nie brał tego do siebie, czasem coś ugotował,pomógł posprzątać,czy wykąpał córkę, ale co doszło to do KOCHANEJ mamusi, to zaraz dostawał rempremendę,że tak być nie powinno,że co za żona, skoro ON GOTUJE. Ugotował może 5 razy podczas naszego wspólnego życia. A ugotował,bo sam chciał. Niejednokrotnie pytał ją jak coś przyrządzić, wiadomo – smaku się uczymy, smak wynosimy z domu. Chciał więc przpisy od matki,żeby żona mogła mu ugotować. Raz zapytał o jedno z dań, a ta zerknęła na mnie „A czego to Ty wiecznie pytasz? Żona Ci powinna gotować”. No błagam! Jakby conajmniej nie po to pytał,żebym ja ugotowała.
No więc, początkowo było i sprawiedliwie i dobrze, on zajmował się jednym pokojem (jeśli o sprzątanie chodzi), a ja kuchnią, łazienką, przedpokojem, ubikacją i pokojem córki. Sprawiedliwie,co? Ale lepsze coś niż nic. Później jednak i ten jeden pokój zaczął mu ciążyć okrutnie i zaczęły się wyrzuty nie z tej ziemii ! Bo „TY NIC NIE ROBISZ”.
Później były jego wyjazdy, byłam sama z córką i wszystkimi obowiązkami, a jeszcze i jedyne auto jakie mieliśmy, któro na pewno się przydawało,bo córki przedszkole było w odmiennym końcu miasta niż moja praca – starał się zabierać, skazując nas zimą na komunikację miejską, a jeszcze jego matka twierdziła,iże auto mi niepotrzebne,przecież są autobusy i zawsze mogę kogoś poprosić o pomoc. No tak , ja wiecznie z dzieckiem na łasce innych, a on pan  i władca. Dodam,że on jako jedyny zawsze jeździł autem na wyjazdy służbowe, inni wybierali pociąg, autobus. Czasem sobie jakiegoś kolegę zabierał – dla rozrywki.
Z czasem naprawdę miałam dość. Był sknerą okrutnym. Z moich pieniędzy płaciliśmy za mieszkanie i rachunki, a z jego mieliśmy żyć. Niestety moje potrzeby i potrzeby dziecka zawsze były nieważne, dosłownie NIC kupić nie mogłam bez konsultacji z nim. Poczynając od ubrań , a na głupim tuszu do rzęs kończąc. Jako kobiecie nie należało mi się nic. Nie byłam tego warta. Więc ani równość praw,ani obowiązków.
A gdzie wierność? Uczciwość? Zaspokajanie potrzeb rodziny? Wpólne rozstrzyganie o sprawach ważny dla rodziny? Każdą decyzję podejmował sam, ja byłam stawiana „przed faktem dokonanym”, nie miałam prawa głosu, nie mogłam mieć swojego zdania. Byłam nikim. Liczył się on i jego matka. Jej zdanie było priorytetem, moje było niczym.
Nigdy nikomu nie mówiłam o tym jak było naprawdę… To niby były błahostki,ale z czasem czułam sie ubezwłasnowolnionia. Nie miałam prawa wziąć kluczy do auta i pojechać gdzieś,jeśli on mi na to nie pozwolił. A pozwalał bardzo rzadko ! Nie mogłam nawet wykąpać się dopóki córka nie zasnęła – musiałam czekać,aż zmoży ją sen. Jeśli wbrew jego zakazon zamykałam się w łazience – on zezwalał na to,żeby dziecko stukało i kopało mi w drzwi, krzyczało,że chce wejść, a on zamykał się w pokoju i grał w swoje idiotyczne gry komputerowe, nie interesując się własnym dzieckiem ! Nie mogłam nigdzie wyjść – poza pracą lub spacerem z dzieckiem. Jeśli chciałam wyjść sama – spotykałam się z dezaprobatą. A każdorazowa próba wyjścia kończyła się jego słowami „To ja wyjdę, a Ty zaproś znajomych do domu”. I ostatecznie to ja zostawałam w domu z dzieckiem, pozbawiona możliwości wyjścia, oderwania się choć na chwilę. I jeszcze kwestia,że coś chciałam, coś było mi potrzebne, coś mi się spodobało. Jestem kobietą, taką samą jak inne kobiety. Też mam potrzeby, też lubię zakupy, nowe rzeczy. Jeśli czegoś chciałam, nawet jeśli chodziło o jakiś drobiazg z okazji walentynek,czy rocznicy, było to możliwe do osiągnięcia tylko jedną drogą. O tym też wcześniej nie myslałam, nie zastanawiałam się nad tym – przecież był moim mężem! Teraz już wiem,czemu przestałam lubić sex… Jeśli własnemu małżonkowi musisz w ten sposób odpłacać za każdy drobiazg, za każdą zgodę na cokolwiek, za choćby głupia farbę do włosów to przestajesz traktować sex jak coś dobrego, traktujesz to jako zapłatę, przemiotowo. Bezsens zupełny wkradł mi się do życia. A zrozumiałam to,dopiero jak od tego uciekłam.

Już od dawna jest tylko MĘŻEM NA PAPIERZE.