RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘malzenstwo’

Dlaczego ludzie się rozstają?

10 gru

Wczoraj mój ex znów przypomniał sobie,że za mną tęskni i znów wyciągał wspomnienia z przeszłości powtarzając,że był ze mną szczęśliwy, a zarazem głupi,bo nie potrafił tego okazać.
Wiadomo,że przeszłość nie pozostaje nikomu obojętna,więc od tej jego paplaniny zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak właściwie stało się tak,jak się stało. Dużo było złego, ale już wcześniej. Jakoś się wybaczało, odbudowywało zaufanie krok po kroku i powoli szło razem do przodu. No właśnie – razem. Co więc przesądziło o tym,że czas pójść do przodu osobno?
Mąż ogółem był głupiutki, mówią,że dlatego iż młody. Nie wiem czy wiek odegrał tu jakieś znaczenie,czy po prostu przyzwyczajenia i to,co z domu wyniesione.
Uważał,że złapałam go, wpadł w to po uszy i skoro nie może uciec,to chociaż sobie poużywa. Rutyna go nudziła,choć nie mogę powiedzieć,że mnie monotonia nie dobija. Ależ oczywiście,że dobija! Nikt tego nie lubi w związku. Tylko ja w odróżnieniu do niego zmian szukałam w naszym związku. Interesowało mnie to, jak można poprawić naszą relację, a nie jak odreagować na boku. Proponowałam wspólne wyjścia, wyjazdy, czy choćby spędzenie w domu wieczorem razem. Każdy jednak wieczór kończył się tak samo… Ja oglądałam telewizję, a on trwonił czas przy komputerze. Wprowadzanie zmian i poprawianie naszej relacji nie szło mi więc najlepiej.

Wybaczyłam jedną kobietę, z którą spotykał się ukradkiem pracując w innym mieście. Nie dopytywałam się co wydarzyło się w Norwegii choć jedna sytuacja mnie zaskoczyła. Wrócił w nocy, odebrałam go noca ze stacji z moim wielkim bruzchem ledwo mieszcząc się za kierownicą auta. Wymęczony był,aż żal było patrzeć. A cieszyłam się niezmiernie z jego powrotu. Następnego dnia kiedy spał, pocałowałam go. Obudził się, wytrzeszczył oczy i zapytał „a …(imię męskie) gdzie?!” . Później wyjaśnił,że wydawało mu się,że jestem jakąś tam dziewczyną, którą poznał w Norwegii, a ten mężczyzna, o którego zapytał,to jej chłopak. Dziwne,że akurat nasunęło mu się na myśl i wydało prawdopodobne,że całuje go inna kobieta,niż jego przyszła żona. Nie drążyłam tematu, odpuściłam. Dziś nie wiem dlaczego…. w końcu to było przed ślubem, można było przycisnąć i może nawet przełożyć ślub?
Później była koleżanka, która po nocach wypisywała sms nazywając go „Misieńkiem”. Następnie te spotkania z inną. Później w pociągu spędził 10 godzin z jakąś dziewczyną, mi pisząc,że się przespi, a tak naprawdę poświęcał jej czas, numer telefonu zapisał pod jakąś głupią nazwą. Później były wyjazdy służbowe, a tam zawsze jakaś… Przez miesiąc nieobecności odezwał się do nas 5 razy , na moment. Śledząc jego konto bankowe widziałam,że nocą płacił w lokalach… Ale wybaczałam… Choć pisały, dobijały się.
Później będąc w Holandii doszłam do wniosku,że z nim niby źle,ale bez niego gorzej. Wróciłam z myślą naprawy związku. A on tymczasem oddał wszystko co mieliśmy i przyszło mi mieszkać z teściami, z którymi najdłużej wytrzymałam 2 tygodnie pod jednym dachem. On wiedział,że to się tak skończy, że się wyniosę od nich, ale nie zaczekał,aż zrobię to dobrowolnie, tylko któregoś pięknego dnia będąc w pracy wysłał mi sms,że mam spakować siebie i córkę i wynieść się nim wróci z pracy. A później zaproponował wspólne wakacje, a później to już nie wspólne, a tylko córkę chciął wziąć. Na pewno sam z nią jechać nie chciał…
W trakcie wakacji (ostatecznie zdecydowałam się jechać, bojąc się o córkę) zapytałam, na którym łóżku śpimy… No tak, były trzy do wyboru. Na co usłyszałam „Ja nie wiem, na którym ty śpisz…”. Ooooo… W porządku, posłałam tylko sobie i córce – razem, a on wybrał łóżko najdalej od nas.
Co wieczór wychodził i rozmawiał ponad godzinę przez telefon. Z kim? Z kolegą podobno… Po jednej z kłótni byłam przerażona, bałam się go bo wpadł w furię… Zadzwoniłam do jego matki prosząc,żeby go uspokoiła,bo daleko od domu i nie mam gdzie pójść z córką… A ona w ramach rewanżu chyba, zadzwoniła do mojej matki i prosiła,żeby mnie z dzieckiem z domu wyrzuciła. Wiedziała,że po tej aferze już na pewno nie zejdę się z mężem, chciała mnie na siłe sprowadzić do ich domu, tylko nie wiem po co? Odwdzięczyć się za synka?
Na tydzień, może dwa później…W rocznicę naszego ślubu okazało się,że pod moją nieobecność spotykał się z inną kobietą. I to właśnie zaważyło… Wcześniejsze wyskoki jakoś znosiłam, wybaczałam. Tym razem jednak więź między nami była słaba, a ta wiadomość zerwała zupełnie to,co jeszcze było między nami. Zapytałam,czy miała styczność z naszą córką – „nie”. Nie dawało mi to spokoju, najbardziej bałam się,że wprowadził w życie córki inną kobietę,pod moją nieobecność. Pokazałam jej zdjęcie „Oooo ciocia, która z nami zamek z piasku budowała nad wodą”. I wtedy pękłam. Zadzwoniłam do niego,by poinformować,że nie wiem czy jestem w stanie wybaczyć to co zrobił i kolejne kłamstwo. Drżałam i czułam,że to koniec, jego głos przyprawiał mnie o mdłości, a każde kolejne słowo wydawało się kłamstwem, każde. Nie wierzyłam w nic co mówił.
Teraz myśl o tej kobiecie sprawia,że się denerwuję. Drażni mnie jej imię, nazwisko i wszystko co z nią związane. Obwiniam ją za rozpad naszego małżeństwa. Choć tak naprawdę to sie zbierało latami,aż w końcu jedna sytuacja okazała się o jedną za dużo… I wyszło na jaw,że te rozmowy wieczorne podczas wakacji, które miały nas zbliżyć – to rozmowy z nią. Kiedy to wszystko wyszło na jaw czułam się jak nigdy dotąd. Drżałam, nie mogłam złapać oddechu. Wcześniej nigdy tego nie doświadczyłam mimo tego,co robił. Myślę,że tak w moim przypadku wyglądało rozdarcie od środka, wszystko pękło, nie zostało nic. Od tego momentu on już nie był dla mnie ważny. On starał się mnie uspokoić, załagodzić sytuację,ale każda próba rozmowy nasilała drżenie, problem z oddychaniem.  Patrzyłam na niego i czułam obrzydzenie, nienawiść… Każda próba wybaczenia kończyła się niepowodzeniem. To był moment, kiedy miałam dość.
Myślę,że każdy ma jakieś granice wytrzymałości i cierpliwości. Moje zostały przekroczone i to z hukiem.
W tym momencie uważam,że incydenty z przeszłości,te wcześniejsze miały jakiś udział w podjęciu takiej, a nie innej decyzji, ale to ostatnie wydarzenie było tym decydującym.
Ludzie rozstają się,kiedy jest już naprawdę dość, kiedy nie ma już sił by wybaczać i dążyć do zmian na lepsze. Jedni wytrzymują dłużej, inni krócej. Każde wydarzenie, każdy ból jaki sprawiamy osobie, z którą jesteśmy na zawsze zostaje, każde kolejne wysysa z nas siłę i chęć walki o związek. Jak balon… każde złe wydarzenie jest jak powietrze nadmuchujące balon… Jedn raz, drugi trzeci i kolejne…. aż w końcu balon pęka… I nie da się go już złożyć, posklejać, naprawić. A nowy dostajemy bardzo rzadko… Niewielu ludzi ma tyle siły w sobie,żeby dać drugą szansę z nowym kredytem zaufania.
Każdy jest kowalem własnego losu i każdy dostaje to,na co zasługuje. Na wszystko pracujemy sami i nic nie dostaniemy za darmo. Nie da się przeżyć życia z drugą osobą, nie zważając na jej dobro i uczucia. Każdy ma taki swój balonik i musi zadbać,by nie pękł. Nikt nikomu nie powie jak pojemny jest balon i ile zdoła wytrzymać, więc może warto zadbać,aby pozostał nie nadmuchany?

 
 

Moc wypowiedzianych słów.

12 lis

Jako okrutna ex żona jestem pełna podziwu dla mojego ex męża, który mimo moich wad, niedoskonałości, które to wypominał mi na każdym kroku – wciąż nalega na mój powrót, a i datę rozwodu chce przesunąć (jeszcze jej nawet nie znając). Łudzi się,że wrócę. Ostatnio stwierdził,że przecież wiem,że miał problemy z okazywaniem uczuć. Ależ oczywiście,że wiem… W końcu nie potrafił określić co do mnie czuje nawet gdy pytałam o to wprost. Uznał też,że wiem,że moge na niego liczyć i zawsze mi pomoże jeśli będę potrzebowała pomocy i zawsze będzie za mną. Nigdy nie pomagał, nigdy nie był za mną… Nie rozumiem skąd więc pomysł,że „przecież wiem”. Podobno nikogo i nigdy nie pokocha tak jak mnie,bo to ja jestem TĄ kobietą (cokolwiek miałoby to oznaczać). I dobrze,że nikogo tak nie pokocha, bo to nie była miłość, oby potrafił pokochać prawdziwie. Kiedy po raz kolejny wyjaśniłam mu,że dla nas nie ma już szans i że musiałabym zmysły postradać,żeby wrócić do niego to uznał,iż mogłabym postradać…. Ręce opadają… Bo miał swój czas. Czas, w którym mógł sie wykazać jako ojciec i mąż. Nie zrobił tego i musi z tym teraz żyć.

Ostatnio dużo słyszę o mężach, którzy zapomnieli czym jest szacunek do kobiety. Ja rozumiem,że w nerwach można wiele powiedzieć,ale przychodzi też czas skruchy, przyznania się do błędu i przeprosin. A większość „tych” mężczyzn co gorsze nie widzi swojej winy i nie uważa,że słowa mogą zranić. Ot zwykła paplanina, nic nie znacząca, bo słowa się ulatniają, nie zostawiają ran(podobno). Nic bardziej mylnego! Każde słowo zostaje gdzieś głęboko, a gdyby tego było mało, każde takie zapamiętane słowo burzy spokój w związku,bo nawet jeśli ten oto mężczyzna przez chwilę jest dobry – kobieta pamięta,że zranił, poniżył i nie potrafi cieszyć się chwilą szczęścia.Nie, my nie żyjemy z minuty na minutę. Jesteśmy pamiętliwe. Każde złe słowo zostaje odnotowane w pamięci, głęboko. Nie? Zastanów się przez chwilę, jeśli kiedykolwiek usłyszałaś złe słowa od swojego mężczyzny – właśnie w myślach mogłaś usłyszeć je ponownie. „Nie pamiętam” znaczy jedynie,że bronimy się przed tym, nie chcemy pamiętać .
Moim zdaniem to brak szacunku do kobiety powoduje u mężczyzny przekonanie,że kobietę można słownie obrazić, poniżyć. O ranieniu fizycznym nie wspominając – niewiele mi o tym wiadomo, na całe moje szczęście nigdy nie miałam z tym bezpośredniej styczności, choć przyglądałam się życiu przyjaciółki, którą bił jej własny ojciec,ale o tym innym razem.
Jeśli mężczyzna nie szanuje kobiety (lub na odwrót) marne są szanse,żeby ot szacunek powrócił. Nie powraca, prawie nigdy. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć,żeby mój ex mąż mnie szanował. Umacniał mnie w przekonaniu,że jestem nikim, poniżał i obrażał, a ja modliłam się o chorobę, nie o grypę… O chorobę, która dałaby mu do myślenia, która dałaby mi moment,że on troszczył by się o mnie i bał,że może mnie stracić… Miałam w głowie głupie myśli. Myślałam,że wtedy doceni,bo poczuje mój brak,że się mną zaopiekuje i przestanie zbywać każdy mój jakikolwiek ból słowami,że „dam radę”. Tak, często to słyszałam, tak było najłatwiej. Po co pomóc mi nieść zakupy, skoro dam radę? Po co mi przespać się po zmianie nocnej w pracy, skoro i bez snu dam radę? Po co zejść na dół i pomóc mi wnieść wózek i córką na górę,skoro sama dam sobie radę? Ze wszystkim dawałam sobie radę i na myśl mu nie przyszło,że może można by było mnie wyręczyć z tego,czy tamtego. Dać mi chwilę wytchnienia, nawet jeśli dawałam radę (bo musiałam). Kiedy już zaczęły się wyzwiska ciężko było ugryźć się w język i wymykały się z ust częściej i częściej… I wiedziałam,że czas kiedy byłam ważna, szanowana i kochana już nie wróci. Słów wypowiedzianych nie można cofnąć. Słowa mają moc, o której niektórzy nawet nie mają pojęcia. Dlatego warto czasem przemilczeć. Zastanowić się chwilę dłużej, bo nie wszystko co ślina na język przyniesie powinno być wypowiedziane.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii malzenstwo, uczucia, Związek, zycie

 

Nim powiesz „tak”…

12 wrz

Szukając informacji o rozwodach bez orzeczenia o winie natrafiłam na kilka wpisów odnośnie sytuacji kobiet-rozwódek. Jak to było, co się stało, dlaczego małżeństwo nie przetrwało. Zaskoczyła mnie ilość wypowiedzi, w których dużą rolę w rozpadzie małżeństwa odgrywała teściowa/teść, a nawet reszta rodziny.

 

„Nie widziałaś co brałaś?”
Ależ oczywiście,że widziałam ! Co za pytanie… Nie, nie wzięłam ślubu ze względu na ciążę, nie wzięłam ślubu,bo ktoś mnie zmuszał, ja po prostu chciałam. W tamtym czasie miałam u boku dobrego mężczyznę, który dbał o mnie i bronił przed wszelkim złem. Były chwile dobre i złe, ale mimo to nie wyobrażałam sobie rozstania, życia bez niego. Prawda jest taka,że po ślubie ludzie się zmieniają. Nie tylko mężczyźni,ale i kobiety(oczywiście nie każdy się zmienia!). W życiu są sytuacje, które nas zmieniają. Osobiście uważam,że ślub jest jedną z takich sytuacji. Mężczyzna zazwyczaj (nie zawsze!) rości sobie wtedy wyłączne prawo do kobiety, zapominając przy tym o jednym – to,że jest żoną wcale nie znaczy,że będzie dzielnie znosić to co złe i mimo wszystko zostanie przy boku takiego męża. Kobieta zmienia się z narzeczonej na żonę, a żona… Tak! Żona wymaga! A jak prośby, rozkazy nie skutkują,to  stroi się „fochy”. Chyba z tego właśnie biorą się dowcipy o żonach, małżeństwach i dlatego można natknąć się na „dowcipne” rysunki przedstawiające np. żonę z wałkiem w ręce w pogoni za małżonkiem. Zmieniają się nasze oczekiwania wobec drugiej osoby, a o części z tych oczekiwań nie mieliśmy pojęcia przed ślubem. Choćby podział obowiązków. Jakoś to działało przed ślubem, ale teraz „od tego jest żona, a od tego mąż” i ciężko jakoś zamazać granicę kobieta/mężczyzna w związku. Ale nie o tym dzisiaj…. Po prostu lepiej poprzedzić pytanie, które może znów paść,czy nie wiedziałam kogo brałam na męża, czy nie znałam jego rodziny itp.

 

Nadszedł moment kiedy szala goryczy się przelała i uznałam,że ani mnie ze strony męża, ani jego z mojej strony nic miłego już spotkać nie może. Mimo prób ratowania związku wciąż było skakanie sobie do oczu, wypominanie dawnych błędów, żale i wyrzuty. Wydarzyło się chyba za dużo,żeby móc to jakoś przyjąć, pogodzić się z tym i wrzucić do worka z napisem „przeszłość”. Każdy zły skrawek tej „przeszłości” bolał wciąż z taką samą mocą,jak gdy był „teraźniejszością”.

Rozstanie nadchodziło wielkimi krokami i wyjątkowo głośno tupiąc, więc nie dało się tego ukryć. Zaczął się szereg pytań „dlaczego? kto zawinił? co się stało? dlaczego taka decyzja? czy nie ma już dla nas szans?”
Przyznam szczerze – cierpiałam, miałam już wyobrażenie przyszłości lżejszej niż przeszłość, spokojnej, wesołej, bez poniżania, bez mężczyzny,który mnie nie szanował, ale cierpiałam na myśl,że to już naprawdę koniec,że już naprawdę nie potrafię znów wybaczyć.
Mąż był w rozsypce. On to chyba nie rozumiał powagi sytuacji, póki nie zaczęłam działać. Póki nie zaczęłam głośno mówić o krzywdach jakie mi wyrządził.
Przyszedł dzień i na jego spowiedź. Rodzice go zapytali co się stało, dlaczego dzieje się źle. Powiedział o wszystkim… O innych kobietach , o tym,że się nami nie interesował, że żył własnym życiem, nie dbał o nas, nie szanował, że wyolbrzymiał problemy kiedy żalił się matce,że to on był zły,że nawet proponował mi aborcję przy podejrzeniu ciąży, że to jego wina,że wie,że to on wszystko zepsuł i chce to naprawić, chce mi wynagrodzić wszystkie krzywdy.
I tak żył ze świadomością,że jego winy w tym więcej niż czyjejkolwiek. I cierpiał. Zjawiał się u nas, prosił, płakał, przepraszał, a jak słyszał zarzuty z mojej strony – spuszczał głowę, przytakiwał, jakby naprawdę wierzył,że zawinił. Kiedy mówiłam,że to już nie ma sensu,że idzie do rozwodu,że ja tak żyć nie będę,że na domiar złego jego rodzina przeciwko mnie, że ja nie będę rywalizowała całe życie z jego matką,że niech sobie żyje z nimi,skoro do tej pory każde jej słowo było wiele ważniejsze niż moje,że NIE i już, wtedy znów wybuchał, wyzywał mnie. Taki ot mężczyzna i taka ot podła teściowa. Bo kiedy on przyznawał się do winy, ona rzucała oskarżenia w moją stronę. I knuła jak się mnie pozbyć możliwe szybko z życia jej synka. Oby jej się nowa synowa lepsza trafiła,niż ja.
Mogłam pójść do niej z dowodem, mieć wypisane CZARNO NA BIAŁYM,że skłamał, zdradził, a ona i tak patrząc mi w oczy mówiła „On na pewno nie… wydaje ci się,coś ci się pomyliło”. A jak z domu nas wyrzucił, to jeszcze sms wysłała,że to wszystko moja wina,bo ja nic od siebie nie daje. W sensie,że co? Że siebie mu nie oddaję,bo się brzydzę? Poza tym co to w ogóle za pomysł wtrącania swojego zdania we wszystko? Miałaś swoje życie, mogłaś decydować, a teraz daj żyć swoim dzieciom. I mogę z całkowitym przekonaniem powiedzieć to dziś, kiedy już NAS nie ma,że gdyby nie jego rodzina – nasze małżeństwo by przetrwało. Bo mimo jego wad, byłam w stanie o to walczyć, ale jeśli Twoja walka jest bagatelizowana tylko dlatego,że MAMUSIA podpowiada inaczej, to ile będziesz walczyć? Co mnie interesuje jej wzorzec rodziny? Każdą mamusię, która synka spod swych skrzydeł nie chce wypuścić powinno się na jakieś szkolenie wysyłać „Jak być dobrą teściową i nie doprowadzić do rozpadu związku własnego dziecka”. Patrz teraz kobieto podła, jak sama skrzywdziłaś własne dziecko. Odsuwa się od Ciebie? Nie dzwoni? Nie pisze? A to mi niespodzianka. Podziwiam go za to, w końcu zrozumiał. Tyle dobrego po rozpadzie małżeństwa dla niego. W końcu zobaczył,że matka to intrygantka nie zważająca na niczyje uczucia.

A jego ojciec? Niewiele lepszy. Kiedyś jakoś doszło do jego rozmowy z moim tatą. Co usłyszał mój ojciec z ust mojego teścia w ramach obrony mojego męża? „Wiesz jak to jest… Jak suka nie da to i pies nie weźmie”. Raz,że porównanie po prostu obrzydliwe. Mężczyznę do psa przyrównać, a co tu jeszcze mówić – syna do psa,który bierze jak tylko jakaś da. Dodatkowo jak widać ta jego dzika teoria mu pasuje! Ciekawa jestem tylko,czy jeśli kiedyś, jakimś trafem spotka to jego córkę, jeśli jej mąż zacznie ją poniżać i zdradzać , zostawiając samą ze wszystkim, czy i jego zdradę z głupim uśmiechem wyjaśni w ten sposób „Słuchaj córeczko, wiesz jak to jest… Jak suka nie da to i pies nie weźmie”. W moim zrozumieniu „nie wiń jego, to przez tą co dała, inaczej by nie wziął”. I żyj córko z takim dalej, mając nadzieję,że żadna więcej nie zechce dać. No bo jak zechce,to przecież wziąć trzeba!

Jak przy takich rodzicach może wychować się dobry, wartościowy mężczyzna?!

Nim powiesz „tak” upewnij się,że nie wkroczysz tym na wojenną ścieżkę z jego rodziną,bo ciężko taką wojnę wygrać. A nawet jeśli,to niesmak pozostaje na długo.

 
 

Rozwód.

10 wrz

No i stało się… Zadzwonił adwokat i przeczytał mi pozew rozwodowy, który sporządził… Przeczytał mi krótki opis mojego życia, naszego życia. Rozdrapał wszelkie zabliźnione rany! Przypomniał,że życie nam nie wyszło…
Stałam tak z telefonem przy uchu i słuchałam jak streszcze moje dawne życie małżeńskie. Jak z mocą napiera, wytyka krzywdy jakie wyrządził mój mąż. Jego głos jakby nadał tym wspomnieniom inny, bardziej dramatyczny wyraz. Nawet z tego wszystkiego nie pamiętam co dokładnie mówił, moja pamięć zgubiła kilka, może kilkanaście zdań, a on i tak mówił,że czyta w skrócie to co napisał. Głowa mnie boli, a myśli wirują. Moje małżeństwo teraz naprawdę się kończy.
Skupiam się dalej na tym,co Pan Mecenas ma mi do powiedzenia. I wtedy wpada mi w ucho „ograniczenie praw rodzicielskich pozwanemu” no i ukłucie… On się wścieknie. Niestety, tak musi być. Jakoś może by się dało to pogodzić,gdybyśmy mieszkali w tym samym mieście, choćby w tym samym kraju,ale niestety nie. Później mi mówi,że jest jedna Sędzina,co to domaga się ustalenia kontaktów. „Co Pani proponuje? Może np. pierwszy weekend w miesiącu?” , o zgrozo… że jak? „Nie, tak się nie da… Ja nie chcę go tutaj, córki on zabrać też nie może” , zaproponował więc pierwszy weekend miesiąca w obecności matki, co i tak uznał za niewykonalne „ale musimy coś napisać, bo ta Sędzina jest przekonana,że jest nakaz Sądu Najwyższego o konieczności ustalenia kontaktów”. I mówił,że na wniosek obydwojga rodziców można by zaniechać ustalania kontaktów,ale mój mąż na to nie pójdzie, nie mam szans na żadne układy czy porozumienia z mężem.
Mimo,iż nie chcę orzekać o winie, ten pozew brzmi jednoznacznie WINNY. I nie wspomniał,że teraz z kimś jestem, że żyję z innym mężczyzną. Skupiamy się na tym, co robił mąż, co doprowadziło do rozpadu małżeństwa, a nie na tym,co jest teraz.
Na koniec wspomina o obojętności ojca na dziecko o braku pomocy w utrzymaniu dziecka… Takie to zagmatwane wszystko i okropne. W tym pozwie zawarł wszystko,co doprowadziło nas do miejsca, w którym teraz jesteśmy.
Witaj, koszmarze. Otwiera się przede mną moje prywatne piekło na ziemii. Przetrwam to i mam nadzieję,że razem z Nowym Rokiem będę świętowała moje NOWE ŻYCIE.

 

Chorowitek? Jak ręką odjął!

07 wrz

Kiedyś, za czasów przedszkola – córka chorowała nam często. Minimum raz w miesiącu zmagaliśmy się z chorobą. Często był to kaszel, nadmiar wydzieliny , wymioty przez syropy wykrztuśne, nienawidziłam ich podawać ! Kazano ostatnią – drugą dawkę podawać do godziny 16:00, nigdy nie podałam później… A mimo to przy podawaniu takiego syropu kończyło się na nocnych wymiotach. Najpierw był kaszel. Męczył i męczył. Brałam więc córkę na ręce, stukałam lekko w plecy, co by pomóc odkrztusić i wtedy zaczynały się wymioty. Dobrze,że córka mimo swojej maleńkości – świetnie radzi sobie z wymiotami do tej pory. Nie ma płaczu, krzyku. 3 letnie dziecko, potrafiło ocenic sytuację, powiedzieć – „Mamusiu, zaraz zwymiotuję„, by dać mi czas,żeby coś podłożyć, wziąć miskę,czy nawet pobiec z nią do ubikacji. Nie raz też,kiedy akurat była sama w pokoju – biegła choćby do kuchni,bo przecież z płytek lepiej pościerać niż wyczyścić dywan.
Co się działo z odpornością mojego maluszka? Podawałam tran, jakiś tam bananowy smak niby i piła chętnie. Nie jest niejadkiem, odżywiała się zdrowo, jadła normalne ilości. Uwielbia owoce. Gdzie nasza odporność była pytam? I czemu bywała raz słabsza, raz silniejsza…?
Córka chorowała ZAWSZE kiedy mąż miał wyjazdy służbowe. Tatuś musiał wyjechać, a Mamusia kończyła tym samym na zwolnieniu z powodu choroby córki. Jeśli gorączkowała nocą – ot tak, to tylko wtedy, kiedy on miał służbę i nie było go w nocy w domu. Oczywiście bywały też choróbska,kiedy tatuś był z nami,ale rzadziej i lżejsze. Nie podważam więc więzi ojca z córką! Oj tak,więź ogromna…była,kiedyś. Już nie ma.
Chorowała nam nasza panienka regularnie -co miesiąc. Pediatra doradzała szczepionkę na odporność, która „zadziała,albo nie… nigdy nie ma pewności” , bądź najzwyczajniej w świecie – rezygnację z przedszkola. Na szczepienie pokręciliśmy nosem, do dziś dnia nie wiem dlaczego, skoro nawet było tylko te 50% szans, to można przecież było spróbować, a nóż – mogło się powieść… Z przedszkola nie mogliśmy zrezygnować – oboje pracowaliśmy, nie było takiej możliwości. Poza tym córka lubiła swoje przedszkole, ja osobiście uważam,że to wspomaga rozwój dziecka, że przebywanie z rówieśnikami ma dobry wpływ na dziecko.
Co więc trzeba było zrobić,żeby dziecko  w końcu przestało chorować? Wystarczyło się…rozstać !
Stres, nerwy, smutek i żal,którego nawet się po dziecku nie spodziewamy – kryją się w środku i upośledzają system odpornościowy. Córka widziała co się dzieje, słyszała kłótnie, krzyki, wyzwiska, trzaskanie drzwiami, groźby… I choć nic nie wskazywało na to,że jakoś się tym przejmuje – nigdy o to nie pytała, ignorowała to – jednak każda kłótnia zostawiała jakiś ślad, a każda groźba odejścia,kończyła się chorobą na wieść,że „Tatuś musi jechać na szkolenie. Nie będzie go z nami tydzień/dwa/trzy/cztery.” I wtedy choroba gotowa… Tak jakby bała się,że ten tydzień czy dwa przerodzą się w „na zawsze”.
Kiedy rozstawałam się z mężem na dobre – tłumaczyliśmy córce,że tak musi być,że mamusia i tatuś nie chca się więcej kłócić,że tak będzie lepiej dla wszystkich,że nie może być inaczej,ale oboje ją kochamy i to się nigdy nie zmieni.
Od ostatecznego odejścia minęły zaledwie cztery miesiące, a w trakcie tych miesięcy córka była przeziębiona dwa razy, po dwa dni zaledwie. Może dlatego,że teraz ma stabilizację, nie widzi kłótni, nie słyszy krzyków, nie widzi łez?
Szukając przyczyn choroby gdzieś daleko, głęboko, czasem wystarczy rozejrzeć się dookoła, przeanalizować siebie, swoje zachowania, a nie posądzać automatycznie warunki pogodowe, zakatarzone dzieci w przedszkolu,czy dziko niską odporność organizmu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii dziecko, malzenstwo, zycie