RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘malzenstwo’

Cisza przed burzą ?

16 maj

Od około tygodnia znów nastała cisza i spokój. Ostatnio córka rozmawiała z tatą tydzień temu, a dzień później ja i od tego momentu przepadł. A to niespodzianka ! Znając życie, któregoś dnia zadzwoni w najbardziej nieodpowiednim momencie, ja nie odbiorę, a on znów wyśle mi wiadomość,że on dzwoni, a ja nie odbieram i co się znów dzieje. I znów będzie narzekał na mnie i wytykał mi,że utrudniam mu kontakt z córką. Ah, taki nasz standard, nawet jeśli jakoś się dogadujemy – przychodzi moment kiedy ja jestem winna. Winna jestem temu,że dzwoni, kiedy córki nie ma w domu, dzwoni kiedy ja jestem w pracy lub dzwoni,kiedy to mnie nie ma w domu. Ostatecznie to ja proponuję konkretny czas na wykonanie telefonu do dziecka, on wtedy umawia się na kolejną rozmowę telefoniczną, bądź skype, po czym albo zapomina, albo coś mu wypadło, nagle dostał telefon z pracy i musiał jechać, internetu nie było i takie tam różne inne, równie ciekawe wymówki (jak na poranek niedzielny bardzo wymyślne). Tak to już jest,ale nie ma się co martwić,bo idą wakacje, będzie miał na pewno jakiś interes do mnie,więc niedługo zacznie się przymilać i choć przez chwilę będzie słowny. Chociaż tyle ! Nie po to rozwiodłam się z tym człowiekiem,żeby znów musieć zastanawiać się co nim kieruje i jaki jest jego tok myślenia. W dalszym ciągu jest to dla mnie niezrozumiałe.

Ostatnio sporo myślałam o naszej wspólnej przeszłości i zastanawiałam się czy był choć cień szansy na „happy end”. Faktem jest,że jeśli bardzo się chce i wierzy się w zmianę człowieka na lepsze – łatwo można wybaczyć. Pozostaje więc tylko jedna kwestia, czy da się zapomnieć ? Czy naprawdę jest możliwe zapomnieć wszystkie upokorzenia, kłamstwa, całe ten ból, który ktoś nam sprawił ?
Jeśli o mnie chodzi, chyba jestem osobą zbyt pamiętliwą. Uważam,że każda kłótnia polegałaby na wyciąganiu z przeszłości tego,co zrobił, czym mnie zranił. I całe to życie, do końca już przeplatane by było żalem z przeszłości. I choćby mi nieba uchylił, przyszedłby moment załamania, na pewno. Podejrzliwość by mnie zżerała i nie miałabym żadnych szans by wygrać z uczuciem zazdrości. Zaufanie zdeptane w przeszłości nie pozwoliłoby mi wierzyć mu w 100% choćby przysięgał.
Wydaje mi się,że coś, co zostało ostatecznie unicestwione przez całą masę być może nieprzemyślanych nawet zachowań – nie zostanie nigdy odbudowane. Nigdy nie będzie takie jak było, żal pozostanie na zawsze. A czy takiego życia chcemy? Dla mnie to życie pełne fałszu, oszukiwanie samego siebie. Takie życie nie ma najmniejszego sensu. Żal zawsze wygra bitwę ze szczęściem. Zdepcze je przy każdej możliwej okazji. Nie ma to najmniejszego sensu. Dla nas nie było więc „happy endu”. Ani cienia szansy.

 

Podziwiam osoby, które potrafią wybaczyć i zapomnieć. Zacząć od nowa i żyć szczęśliwie nie patrząc w przeszłość.

 

Orzeczenie rozwodu na pierwszej rozprawie?

08 sie

Wojna została zakończona , a przynajmniej tak mi sie wydaje.

Do Sądu wybrałam sie z przyjaciółką. Potrzebowałam wsparcia, to akurat nie podlega dyskusjom – sama dotarlabym na miejsce zalana łzami i rozdygotana. Rozwód niósł ze sobą wiele dziwnych, czasami sprzecznych emocji. Cieszę sie, ze mialam obok kogoś, kto wierzył w powodzenie bardziej niż ja sama. Czekając na „spowiedź” z naszego wspólnego życia przed Sędzią poczułam uderzenie gorąca, kiedy zobaczyłam, ze nadchodzi przyczyna moich wszystkich problemów. Zerknął jedynie w nasza stronę z tym swoim cwanym uśmiechem. Zgodnie z prawdą szepnęłam do przyjaciółki, ze rozstanie mu służy, wyglądał o dziwo bardzo dobrze. Nieważne. W koncu zawołano nas do sali rozpraw. Sposob w jaki adwokat męża zaczęła przedstawiać ich stanowisko odrazu dał mi odrobinę przewagi. Na 2 tygodnie przed rozprawa Sedzina zwołała posiedzenie , spotkała sie z naszymi prawnikami i zasugerowała odpuszczenie orzekania o winie. Wtedy tez doszliśmy do porozumienia przez co termin rozprawy był bardzo szybki. Według tego co ustalono na posiedzeniu – mieliśmy szybko zamknąć sprawę, podtrzymać stanowiska przedstawione na posiedzeniu i szybciutko zakonczyc małżeństwo. Adwokat męża okazała sie waleczną kobieta. Nie zważając na poprzednie ustalenia zaczęła od tego, iż jednak podtrzymują wszystko co jest w ich odpowiedzi na pozew. Nim to powiedziała, mąż z cwana miną pokręcił do mnie głowa dając znak,ze jednak nie zamierza sie dogadać. Wtedy poleciały pierwsze łzy.

Sędzina nie kryła niezadowolenia, mogłabym powiedziec,ze była po prostu zła… Wspomniała o wymuszeniu szybkiego terminu i manipulacji. Nie tyczylo sie to mnie i mojego adwokata, my wywiazalismy sie z umowy. Poprawiliśmy pozew, odpuscilismy orzekanie o winie (w zanadrzu jednak mając ewentualne poprawki do pozwu i listę świadków – wlasnie na wypadek jesli ich odpowiedz na pozew zostanie podtrzymana). Oni zaś , najpierw godząc sie na to i owo, nagle wyskoczyli z orzekaniem o winie, żadnej próby dogadania sie, wszystko tak, jak napisali wczesniej. Po tym jak Sędzina wściekła dała do zrozumienia adwokatowi męża, ze nie tak miało byc- przeszła do pytania o paszport córki. Problem wynikł w trakcie pierwszej mowy adwokata męża. Mąż chciał, żebym podczas pobytu w Polsce (polecialam do Polski na 2 dni, na sam rozwód) wybrała sie z nim do Urzędu Wojewódzkiego w innym miescie niz mieszkamy i innym niz to, gdzie znajdował sie Sąd Okręgowy i wyrobiła z nim paszport dla córki. Ja oczywiście się z tym nie zgodziłam biorąc pod uwagę czas jakim dysponowałem, brak chęci spędzenia z nim czasu i …. Szczerze mówiąc… Prosiłam go o zgodę na paszport dla córki ponad rok, takiej zgody nie otrzymałam, wiec czemu mialam tracic teraz swój czas i nerwy,bo on tego chciał? Miał ponad rok,zeby wysłać mi zgodę, nie zrobił tego, a ja dłużej nie zamierzałam tańczyć jak mi zagra. Wyjaśniłam jak z mojej strony wyglada ta kwestia i nie została ona juz pozniej więcej poruszona. Ostatecznie Sędzina zarządziła przerwę i najzwyczajniej w świecie kazała nam sie dogadać. Dyskutowalismy kilka minut na korytarzu. Poruszaliśmy kwestie ograniczenia praw o czym mąż w ogóle nie chciał słuchać, ustalenia kontaktów (tu wściekałam sie kiedy adwokat męża nie dał dojść mu do słowa, tylko targowala sie ze mna jak jakas przekupa na targu o czas mojego dziecka!!) , wtedy tez jej profesjonalizm niemal mnie powalił, kiedy to położyła dłoń na klatce piersiowej mojego męża i zwracając sie do niego po imieniu powiedziała „ja bym sie zgodziła” (na ograniczenie praw). Wczesniej bowiem kwestia ograniczenia została poruszona. Mąż nie chciał ograniczonych praw, a dodatkowo życzył sobie, zeby podróż córki za granice wymagała jego pisemnej zgody. Sedzina uznała to za żart, skoro dziecko mieszka za granica i wiadomo,ze musi mieć możliwość swobodnego podrozwołania poza granice kraju, przy czym padło,ze maz chce miec cos do powiedzenia jesli np.zechce zabrac corke do stanow zjednoczonych, on chce miec możliwość po prostu sie na to nie zgodzić, nie chciał, żebym mogła bez jego zgody wyrabiać dziecku paszport/dowod, co tez uznała za niedorzeczne, bo jesli dziecko zechcialabym zabrać do stanów bez zgody ojca, miałabym na to 5 lat od wyrobienia jednego dokumentu do potrzeby wyrobienia nowego. Dodatkowo uznała tez, ze miedzy mna, a mężem jest duży konflikt przez co nie widzi mozliwosci powierzenia władzy rodzicielskiej obydwu z nas. Ograniczyła mu wiec prawa rodzicielskie do wspoldecydowania o kierunku kształcenia (do czego w praktyce nie dojdzie, córka chodzi juz do szkoły, a kiedy ją skończy , bedzie musiala sama wybrać co dalej). Kontakty zostały ściśle określone, alimenty o tej samej wysokości co zabezpieczenie na czas trwania sprawy , zwrot części kosztów sądowych dla mnie…

Nie pomogły mu próby wmówienia, ze odeszłam, bo poznałam kogoś innego, mój nowy związek nie miał żadnego wpływu na przebieg rozwodu. Na nic zdały sie kłamstwa, wszystkie próby zastraszania mnie… Wszystko poszło po mojej myśli. I dopiero kilka tygodni po rozprawie dopadły mnie wspomnienia tego dnia. Dopiero wtedy dotarło do mnie,ze poza jego panią adwokat były z nim jakieś inne dwie kobiety i dziecko w wieku 2,5 może 3ech lat(?) Nie przyjrzałam sie, nie mam pojęcia kto to był. Nawet na rozwód przyprowadził ze sobą stadko… Aaaaah, niezmiernie sie cieszę, ze mam to za sobą.

Dodatkowo mamy juz za sobą pierwsze wakacje, w które mógł zabrać córkę. Co prawda Sąd ustalił dla nich w tym roku dwa tygodnie , ostatecznie (jako,ze wstrzelil mi sie z data w sam środek mojego urlopu) były mąż zgodził sie na tydzien, po czym odwiózł córkę po 6 dniach, a po dwóch dzwonił i się skarżył – nie dawał sobie rady. To już nie ta sama, malutka , bezbronna 3 letnia dziewczynka, a niespełna 5 letnia , mądra i cwana panienka, ktora była przekonana, że z tata bedzie jej lepiej niz ze mna, ze on pozwoli na wszystko (sam coś wspominał,że pozwoli)… Pojechała więc z zamiarem opanowania świata i doszło miedzy nimi do starć, co ja mam z nią na codzień. Od jakiegoś czasu żyje w przekonaniu,ze jest juz dorosła i moze sama decydować o wszystkim co jej dotyczy. Ot zwykła 5 latka, ktora chce byc dorosła, co zaostrza fakt, ze w tym roku szkolnym bedzie najstarsza w grupie 1/2. Mała kombinatorka.

Rozwód na pierwszej rozprawie mając wspólne małoletnie dziecko? bez wątpienia TAK , ale…. Nie wszystkim moze pójść tak gładko. Zależy od Sędziego i upartosci malzonkow.

 

Zamiana nazwiska po rozwodzie okazała sie latwiejsza niz myślałam. Odebrałam uprawomocnienie wyroku i poszłam do Urzędu Stanu Cywilnego. Ogólnie rzecz biorąc – kierownik urzędu powinien miec juz w systemie kwestie rozwodu. Niestety nie dostali jeszcze uprawomocnionego wyroku, ale wystarczył mój. Co prawda musiałam go tam zostawić, ale moge go odebrac jak tylko dojdzie do nich informacja o orzeczeniu rozwodu. Napisałam wniosek o powrót do nazwiska noszonego przed zawarciem związku małżeńskiego . Uiściłam oplate skarbowa w wysokości 11 złotych i od ręki dostałam akt małżeństwa z adnotacja o rozwodzie i powrocie do nazwiska panieńskiego. Z tym aktem złożyłam wniosek o nowy dowód osobisty. Z pewnego punktu widzenia wyglada to jak ogromny krok wstecz, powrót do przeszłości, do tego co juz było , ale w rzeczywistości był to niezły trucht w przyszłość . Przebyłam ogromny dystans od dnia kiedy doszlam do wniosku,ze to małżeństwo nie ma juz cienia szans do dzis, kiedy leżę w łóżku obok wspaniałego mezczyzny, a za ściana śpi moja cudowna córeczka ,a ja ze spokojem i uśmiechem pisze tutaj o tym jak zamknęłam jeden rozdzial życia, by moc rozpoczac nowy, oby tym razem lepszy.

 

Koniec nadchodzi wielkimi krokami.

08 cze

Udało mi się w końcu poznać długo oczekiwaną datę naszej rozprawy rozwodowej. Informację dostałam na dwa tygodnie przed rozprawą i teraz odliczamy dni. W międzyczasie małżonek wraz z mecenasem złożył w Sądzie odpowiedź na mój pozew. Po przeczytaniu 8 stronnicowych „wypocin” męża i jego adwokata długo nie mogłam wyjść z szoku. Mąż pięknie poprzekręcał fakty, wyparł się kilku wyskoków i powołał na silną więź z córką jaka rzekomo miała miejsce 3 lata temu. Zapomniał jednak o tym,że przez ostatnie 3 lata wiele się zmieniło. Ostatecznie poszedł jednak po rozum do głowy, albo miał też chwilę niepoczytalności,bo odpuścił sobie wojnę i znaleźliśmy (a przynajmniej tak mi się wydaje) kompromis. Prawda jest taka,że mój prawie były mąż mógł brać to,co mu się oferuje, albo z własnej głupoty znów stracić wszystko. Póki co pozostaje mi wierzyć,że podczas rozprawy nie będzie żadnych niespodzianek. Mąż odstąpił od orzekania o mojej winie, nie chce też zabrać już córki, ale np. chce płacić mniej.
Sama myśl o rozprawie przywołuje ból głowy. Nie tego oczekiwałam po naszym małżeństwie godząc się wyjść za niego. Nie spodziewałam się,że przyjdzie nam spotkać się w sądzie i tłumaczyć z naszego nieudanego pożycia małżeńskiego. W złych momentach myślałam,że „po burzy zawsze świeci słońce”, ale jak się okazało – myliłam się.

Ta moja porażka nauczyła mnie jednak wiele, doprowadziła mnie tutaj,gdzie teraz jestem. Dzięki temu jestem teraz szczęśliwa i potrafię to szczęście doceniać. Sądzę,że nic nie dzieje się bez przyczyny i oczywiście – po tej burzy zaświeciło słońce ! Już nie dla nas razem,ale dla każdego z osobna i tak jest lepiej dla naszej trójki. Mam tylko nadzieję,że z czasem znajdziemy z mężem sposób na swobodne porozumiewanie się bez wylewania żalu przy każdej rozmowie. Oby po wyjściu z sali sądowej napięcie minęło i obyśmy mogli podać sobie ręce w geście pojednania i rozejść się każdy w swoją stronę i nigdy,ale to nigdy więcej,żeby żadne z nas nie zakłóciło spokoju i szczęścia drugiego.

 

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii malzenstwo, rozstanie, rozwód

 

„Nigdy Cię nie zdradziłem”

05 lut

Sprawa rozwodu powoli ruszyła do przodu. Po 5 miesiącach oczekiwań dopiero przyznano nam zabezpieczenie alimentacyjne na czas trwania sprawy. Od maja 2013r. razem z córką odeszłam od męża, od tej pory nie zapytał ani razu,czy dziecko ma wszystko,czy niczego jej nie brakuje. Nigdy nie przesłał dla niej żadnych pieniędzy, ani prezentu na urodziny czy święta. Po prostu nic. Stawiał jedynie wymagania i awanturował się kiedy nie godziłam się na jego warunki.
List z Sądu poszedł do jego rodziców, podobno go nie odebrali,bo nie mogli (sam prosił,żeby podać jego adres zameldowania w Polsce, nie podał swojego aktualnego miejsca pobytu – nie było więc innej możliwości jak uraczać listami z Sądu jego rodziców). Twierdzi,że nie listy nie odebrali,ale bardzo dobrze wiedział ile musi przelać i do kiedy, najwyraźniej wiedział także o rosnących odsetkach w razie spóźnienia się z wpłatą,bo 5 dni od listu pieniądze były na moim koncie.
Ale wróćmy do momentu,kiedy dowiedział się,że był list,że chodzi o alimenty. Oburzył się okrutnie, bo przecież dlaczego on na dziecko ma płacić?! Do tej pory nie płacił i było fajnie, znów mógł szaleć i pieniądze mogły topić mu się w rękach, a teraz wpadło nowe zobowiązanie i trzeba się tym martwić. Dodam jeszcze,że jak na Polskie realia, suma całkiem przyzwoita została nam przyznana. W międzyczasie zdążył powiadomić policję,że nie wie co dzieje się z dzieckiem, choć wygląda na to,że nikt się tym nie zajął,bo póki co odwiedzin policji jeszcze nie mieliśmy. Córka boi się policji, zawsze jak są w pobliżu ona bardzo się stresuje, więc jeśli przyjdą, zafunduje to stres córce, za co podziękuję mojemu ex, bo znów ani przez moment nie pomyślał o dziecku. Oczywiście mamy kontakt i wie,że dziecku nic złego się nie dzieje. Takiemu nie wytłumaczysz,że zemsta na mnie dotyka też córkę.

Wielce oburzony pisał mi różne głupoty, starał się wyprowadzić mnie z równowagi, prowokował do kłótni, a ja w takich momentach czuję się bezsilna i nie potrafię dotrzeć do niego, wyjaśnić,że postępuje głupio, idiotycznie wręcz i powinien sie zastanowić zanim coś napisze. Sięgnęłam więc po pomoc. W jego rodzinie mam jednego sprzymierzeńca, który w gruncie rzeczy zawsze był poniekąd wzorem do naśladowania dla mojego męża. Poprosiłam o wsparcie… O zwykłą rozmowę z moim ex, wytłumaczenie mu,że robi źle, że musi się z tym pogodzić, przestać walczyć,bo nic mu to nie da,bo tylko pogarsza sytuację. Wieczorem tego dnia dostałam informację od brata mojego ex,że z nim rozmawiał, wyjaśnił jak najlepiej potrafił,że rozwody się zdarzają i świat się na tym nie kończy, a teraz nie pozostaje nic jak sie po ludzku i z kulturą dogadać i wziąć na siebie odpowiedzialność za to co się zrobiło, zaakceptować skutki czynów i przejść przez to bez kłótni,bo ucierpi na tym nie tylko nasza dwójka,ale i córka. Nastęonego dnia rano dostałam wiadomość od ex,że chce się dogadać, że nie będzie już walczył ze mną.
Porozmawialiśmy, on próbował się dowiedzieć co go czeka na rozprawie, bał się odebrania praw, utrudnionych kontaktów. Miał kilka swoich pomysłów co do tego,ale kolidowały one z moimi. Próbował stawiać na swoim, a po chwili się opamiętywał i odpuszczał. Mam nadzieję,że jesteśmy na dobrej drodze do zakończenia szybko i sprawnie tego małżeństwa.

 

Zawsze mi powtarza,że nigdy mnie nie zdradził. Nie mam jednak powodów,żeby mu wierzyć. Nie docierało i do tej pory nie dociera do niego,że dla mnie zdrada to nie tylko fizyczność.
Zastanawiam się nad tym jeszcze bardziej po przeczytaniu wpisu na jednym z blogów (
http://dylematywrednejbaby.blog.pl/2014/01/18/zdradzil-czy-nie-zdradzil/
). Sama nie wiem co jest dla mnie gorsze. Czy fakt,że patrzył na inne, obce kobiety i w głowie wertował myśli jakby ją brał,gdyby mógł, czy fakt,że pod moją nieobecność spotykał się, niby po przyjacielsku ze swoją dawną miłością, rozmawiał z nią o swoich uczuciach- czego nie robił ze mną od dawna, że ponowienie znajomości z nią ożywiło dawne uczucia,że nastąpił moment kiedy czuł się przez nią odrzucony i jej mówił o tych uczuciach o tym,że go to smuci, nie myśląc w tym czasie o tym,że nasze małżeństwo sypało się coraz to bardziej i szło ku końcowi. I do tej pory boli mnie myśl o tym,bo żyję w przekonaniu,że nigdy mnie nie kochał. Byłam osobą dość zaborczą i długo starałam się o jego sympatię. Później tłumaczył mi,że bał się związku ze mną,bo wiedział,że „zakocha się po uszy i nic go przed tym nie obroni”. Kilka razy zostawiał mnie,bo ONA tego od niego wymagała,bo to było jej widzi-mi-się i odchodził. Młoda byłam,głupia, jak wrócił – dawałam kolejną i kolejną szansę. Po 6ciu latach razem nagle ona się pojawia, wracają jego uczucia. Co to znaczy? Prawda jest taka,że ona nigdy nie chciała z nim być, napatoczyłam się ja i zostałam taką „zapchaj-dziurą” w miejscu,gdzie został brak po niej. Takie pocieszenie, zastępstwo. A kiedy pojawiła się iskierka nadziei,żeby zdobyć -  w moment żona i córka przestały się liczyć. Nie ważne były wspólnie spędzona lata, nieważna była maleńka, cudowna istotka, która w moim mniemaniu – zrodziła się z miłości. Nic nie było ważne. I nawet jeśli prawdę mówi,że NIGDY z nią nie spał, nie zdradził, dla mnie to była gorsza zdrada od tych wcześniejszych, przelotnych fizyczności. Cały ten epizod z nią przekreślił wszystko,co było między nami. Wszystko wydało mi się kłamstwem, jakąś kpiną, zagraniem. Jego uczucia do innej kobiety były o wiele gorsze niż jednorazowy stosunek z obcą mu kobietą. Gyby wyszedł do baru i w tolalecie przeleciał obcą kobietę byłaby większa szansa na wybaczenie mu i pojednanie po tym, niż po uczuciach jakie wciąż żywił do swojej dawnej miłości, bo one tliły się nie od tego dnia, nie od tygodnia wcześniej, a od zawsze i nie było w tym wszystkim miejsca na miłość do mnie. Chyba sam sobie to uświadomił już wcześniej,bo od dawna już i tak na pytanie czy mnie kocha po prostu nie odpowiadał.

 

Muzułmanin? „Nie jednemu psu na imię Burek”.

21 sty

Takie nastały czasy,że wielu ludzi szuka szczęścia poza granicami kraju, a co za tym idzie – mamy coraz to więcej związków z obcokrajowcami. Dwie bliskie mi osoby związały się z  wyznawcami islamu. Pierwsza myśl zawsze jest taka sama. Tym ludziom ciężko zaufać, mają swoją religię, która przecież bardzo różni się od naszej. Do tego dochodzi kwestia,że to dwie kobiety związały się z muzumaninem, a przecież wiadome jest ile taka ot kobieta, katoliczka do tego znaczy dla wyznawcy islamu. Czemu więc te związki? A no dlatego,że „nie jednemu psu na imię Burek” i tak oto kobieta, póki na własnym przykładzie nie sprawdzi – nie uwierzy.

Jedna z przyjaciółek poznała muzułmanina podczas praktyk studenckich. Pracowali razem i przypadli sobie do gustu. Osobiście podczas opowieści o wspaniałym tunezyjczyku ciągle byłam przekonana,że to nie jest „historia na dłużej”. Z całego serca życzyłam jej jak najlepiej i kiedy upracie dażyła do stworzenia normalnego związku z tym mężczyzną – wspierałam ją. Ostrzegałam, ale zarazem starałam się nie szufladkować, dałam więc mu jakiś kredyt zaufania. Po około 3ech latach wzięli ślub. Ślub cywilny, ale nie w Polce… w Tunezji. Oczywiście zostałam zaproszona na uroczystość i przyjęcie, ale nie mogłam sobie na to pozwolić. Jej rodzina (najbliższa) oczywiście była tam razem z nią i cieszyła się jej szczęściem. Takie życie niestety,że się rozjechałyśmy, ale w końcu udało nam się spotkać. Zdjęcia ze ślubu i wesela nie bardzo przypadły mi do gustu. Zachowano bowiem całą tradycję muzułmańską, od wspólnych wieczorów (panieński i kawalerski), po dziwny wieczór w białyhc strojach i wieczór w sukni ze złota, depilację całego ciała, tatuaż z henny na dłoni… Osobiście sama mieszkam poza graniami kraju, ale diametralne odbieganie od polskich tradycji wciąż sprawa mi coś na miarę bólu, bólu wenętrznego,bo jednak ma się to wpojone, do tego się przywykło. Nigdy jednak nie pytałam o jej odczucia względem zupełnie innej ceremonii zaślubin niż te, do jakich przywykła. Była jednak mimo wszystko szczęśliwa. Później dopiero zaczęły się problemy – wiza. Przy drugim podejściu udało się uzyskać wizę i mąż w końcu mógł przyjechać do żony. Wtedy kolejny stres, załatwianie karty czasowego pobytu, kontrola w domu z samego rana,czy aby na pewno związek nie jest fikcyjny… Ja nie jestem osobą, która mogła by temu podołać, ale oni dali radę. Mój ostatni dzień w Polsce poświęciłam więc młodej parze, wybrałam się z nimi do Urzędu Wojewódzkiego jako tłumacz męża mojej przyjaciółki. Cały wywiad polega na szeregu pytań. Pytania o ich wspólne życie od początku związku,aż po moment, w którym aktualnie się znajdowali, jako załącznik zdjęcia z wspólnie spędzonego czasu. Po jakimś czasie dostałam wiadomość,że przyznano mu kartę czasowego pobytu na dwa lata. Teraz oczekują dziecka i w dalszym ciągu są szczęśliwi, a on dzielnie znosi polskie świąteczne tradycje.

 

W 2012 roku podczas pracy w Holandii poznałam pewną dziewczynę. Okazało się,że jest znajomą mojego brata. Bardzo szybko okazało się,że mamy wiele wspólnego i naprawdę świetnie się dogadywałyśmy. W mgnieniu okna wiedziałyśmy o sobie prawie wszystko i mogłyśmy sobie zaufać.
Opowiedziała mi też o swoim związku z męzczyżną, który pochodzi z Afganistanu. Opowiadała o nim w samych superlatywach. Był muzułmaninem żyjącym w Holandii, razem z braćmi posiadał Agencję Pracy, mówił po holendersku, angielsku i po polsku(nie wspominając o języku ojczystym).
Była w niego zapatrzona. Wteyd byli ze sobą dopiero 2 miesiące. W czasie kolejnych dwóch miesięcy ich związek stawał się coraz bardziej skomplikowany. On nie okazywał ani grama szacunku uważając,że przecież może znaleźć sobie lepszą. Odwiedzał ją tylko wtedy, kiedy nie miał nic innego do roboty, wyzywał i odtrącał kiedy tylko miał gorszy dzień. Przejżała niby na oczy, zakończyła to, usunęła jego numer i około tygodnia trwała tak bez kontaktu z nim, ale w końcu on zadzwonił… Przeprosił, przyjechał, a ona uwierzyła w te piękne słówka. Znała moje zdanie, jednak nie mogłam podjąć decyzji za nią. Wróciłam do Polski. W międzyczasie dzwoniła, mówiła,że się rozstali,że to koniec,że on jej nie szanuje, nie kocha. Po dwóch tygodniach wróciłam, a ich relacja była jak chorągiewka na wietrze. Raz dobrze, raz źle, a raz nie było nic i błędne koło się zataczało. Ona słuchała coraz więcej wyzwisk, obelg, płakała, a on później wracał i zawsze tak odwrócił sytuację,że to ona czuła się winna. Wróciłam do Polski na dwa miesiące, a w tym czasie ona usunęła swoje konto na portalu społecznościowym i nasz kontakt poniekąd się urwał. Kiedy wróciłam do Holandii, następnego dnia się spotkałyśmy. Zmieniła się, znacznie schudła i już nie miała tego błysku w oczach. Dalej była z tą swoją „miłością” ,ale było gorzej. On popadł w długi. Dlaczego? Kasyno było jedynym miejscem w jakie ją zabierał. Powiedział też, że nigdy z nią nie zamieszka, nigdy się z nią nie ożeni, nie przedstawi jej swoim rodzicom i nie zaakceptuje jej dziecka. Czemu? Bo tak nakazuje wiara, a rodzice  nie tolerują nic,czego koran zabroni. A ona liczyła na wielką przemianę,  przecież w Polsce pod opieką jej rodziców była jej córeczka, wtedy 5 letnia , a ona bardzo chciała zabrać ją w końcu do siebie. W międzyczasie wyszło też,że jeden z jego braci związał się z polką, która mieszka z nimi, sprząta , gotuje, a w zamian ma gdzie mieszkać, dostaje jakiś grosz na swoje potrzeby, a jak rodzice przyjeżdżali w odwiedziny, to dziewczyna brata (wtedy 18 letnia dziewczyna) była przewożona do znajomych do Belgii. Przeszła też na islam, założyła burkę dla niego…
Moja dobra znajoma oświadczyła mi,że się przeprowadza do miasta oddalonego ode mnie ponad 40km. Dlaczego? On naciskał, ale nie tylko na to… Bardzo nie odpowiadała mu jej znajomość ze mną. Przeprowadziła się i słuch po niej zaginął. Jak kamień w wodę. Numer telefonu nie odpowiadał, adresu nie znałam, wiedziałam tylko gdzie pracuje, więc mogłam wspólnych znajomych podpytać,czy wszystko z nią ok… Nie chciałam się narzucać, byłam przekonana,że sama podjęła tę decyzją chcąc ratować ten związek, a raczej chory układ.
Spotkałam ich raz przypadkiem w sklepie, przedstawiła mi go, a ja oznajmiłam,że ręki mu przecież nie podam. Dla mnie był najgorszym co mogło ją spotkać. To był ostatni raz kiedy ją widziałam. Na twarzy miała wypisany żal, smutek. Było widać,że chce coś powiedzieć,coś więcej niż „cześć” , ale przecież on stał obok i niestety – znał polski.
Niedawno znów sie odezwała. I w końcu mogłyśmy się spotkać. Nie jedna osoba mówiła mi „po co zwracasz sobie głowę? zaraz znów zniknie, tylko nerwy niepotrzebne.”. No tak, zazwyczaj jak się odezwała, a później znów przepadła, miewałam sny o niej, martwiłam się, źle sypiałam… Ale postanowiłam,że się z nią spotkam. Była ważną osobą dla mnie i zawsze czułam,że ona potrzebuje pomocy,że w tym układzie jest coś więcej niż rzekome uczucie, którym go daży. Jakie wielkie uczucie by nie było , każdy dochodzi do momentu kiedy powie „dość” i zerwie to,co jest zupełnie bezproduktywne, nie daje szczęścia i przynosi jedynie cierpienie. Dlatego byłam przekonana,że jest coś więcej. Podczas tego spotkania, po 1,5 roku od ostatniego przypadkowego wpadnięcia na siebie w sklepie było dość…dziwnie (?). Potrzebowałyśmy kilku dłuższych chwil,żeby się rozgadać i żeby mogło być jak dawniej. Kiedy ją poznałam wygląła jak kuleczka, ważyła wtedy sporo więcej ode mnie, okrągła,ale ładna kobieta… A teraz? Waży pewnie z 20 kg. mniej niż wtedy… Stres… Okazało się,że związek z afganistańczykiem jest na wykończeniu. Zapytałam więc czy on ją kiedykolwiek szantażował, zmuszał do czegoś. „Mówił mi,że on jest szefem i jak nie będę słuchać to mnie zabije. A jak podczas rozmowy telefonicznej w złości się rozłączałam,to oddzwaniał i pytał,czy naprawdę jestem tak odważna,żeby to robić.”
No więc teraz wiemy już,że związek był chorym układem, za jaki go miałam i mam nadzieję,że teraz jest na dobrej drodze,żeby się raz na zawsze wyrwać z tego. Ja życzę jej jak najlepiej i jestem tutaj, będę dla niej zawsze,kiedy będzie mnie potrzebowała. Było co było, znikała, nie wiedziałam nawet czasem,czy żyje, ale teraz wiem,że mnie potrzebuje i ja nie zawiodę. Mam nadzieję,że ma to za sobą i teraz już będzie stawiała jedynie kroki do przodu, zamknie ten rozdział i NIGDY do tego nie wróci.

Czasem tak to bywa,że jak kobieta się nie sparzy,to nie uwierzy. Setki razy jej powtarzałam,że to żadna miłość kiedy jedno czerpie korzyści, a drugie tylko na tym traci – i czas, nerwy, zdrowie, przyjaciół. Tłumaczyła go religią. Religia religią, a człowieczeństwo człowieczeństwem. On zachowywał się jak zwierze, samiec alfa, a ona podwładna.
Jeśli jest prawdziwa miłość nic nie jest w stanie tego zaburzyć, wiarę i tradycję można pogodzić. Trzeba jednak znać swoją wartość i nie dać się wciągnąć w coś,co nie daje nam szczęścia, co wymaga od nas wiele i nie daje w zamian nic. Niezależnie od religii można stworzyć związek partnerski, jeśli tego się właśnie chce. Jeśli chce się związku, zobowiązań, wspólnego życia. A jeśli nie, to przecież najlepiej zrzucić winę na bak elastyczności poglądowej rodziców, zapiski te i owe, wiarę czy pochodzenie.
Jeden jest dobry, drugi niestety nie. Grunt,żeby to rozpoznać za wczasu i nie wepchać się w bagno, z którego później naprawdę bardzo ciężko się wydostać.
Nie szufladkujmy ludzi, ale obserwujmy bacznie, analizujmy i nie popadajmy w skrajności, a unikniemy wielu złych decyzji.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii malzenstwo, uczucia, Związek