RSS
 

Polak polakowi za granicą…

05 gru

Pamiętam jak pierwszy raz wyjeżdżałam za granicę… Każdy mnie ostrzegał nie przed obcokrajowcami, a przed polakami. I na początku nawet myślałam,że się mylili,że te czasy już minęły,że to nie jest możliwe,żeby polak był wrogiem polakowi na obczyźnie. Po dłuższej obserwacji moje zdanie jednak uległo zmienie.
Na początku ja po prostu nie kwalifikowałam się jako wróg. Pierwszy raz, młoda , przestraszona – nikomu nie zagraża przecież. W różne miejsca do pracy trafiałam i z różnymi ludźmi przyszło mi pracować. Pierwszy raz pamiętam jak polka bez przerwy mnie pospieszała,choć był to mój pierwszy dzień i naprawdę dawałam z siebie wszystko… Po kilku „szybciej,szybciej” w końcu przestałam pracować i obserwowałam ją,aż przeniesiono mnie do pracy na inną linię,co było sukcesem. Inaczej pewnie w ruch poszłoby wszystko co pod ręką,byle trafić tym w nią,albo choćby blisko – co by się przestraszyła. No tak, przed ludźmy w tym miejscu przestrzegał mnie każdy,bo tam się strasznie o swoje posadki boją… A ja przecież byłam (jak nazwano to w firmie, w które pracowałam) ekipą specjalną na 4 godziny do szybkiej pomocy i nie zamierzałam tam zostać ani 5 minut dłużej,bo taka praca…to już bym wolała w naszej polskiej biedronce.
Ja trzymałam się z dala od reszty pracowników firmy, prywatnie miałam kontakt po pracy z grupką ludzi, a z większością dalej utrzymuje kontakt choć od roku już nie pracujemy i nie mieszkamy razem. A do reszty po prostu dystans. Kilka razy słyszałam o sobie kilka ciekawostek, ale te były nawet odrobinę zabawne, a tych zainteresowanych moim życiem zapraszałam na herbatkę i pogawędkę co by informacje czerpali u źródła, a nie z wyobraźni. Wtedy plotki ustawały migiem.

W pracy jak ktoś kogoś nie lubił, a miał odrobinę lepsze stosunki z pracodawcą,to osoba pracę z miejsca traciła. Były kłamstwa, pomówienia i najzwyklejsze w świecie kablowanie. Niektórzy innym nawet liczyli ilość wyjść do ubikacji w trakcie pracy, nie licząc się z zapaleniem pęcherza,czy miesiączką u kobiety. Znieczulica zupełna. Oosby starsze traktowane z góry,bo przecież wolniejsze odrobinę i trzeba „za nie robić”. Nikt nie pomyślał,żeby tej czy tamtemu dać spokój,bo dziecko ma na utrzymaniu i dom, nieeee… totalny brak empatii. Większość (bo nie każdy oczywiście) gnała za swoim, po trupach do celu, nie zważając na nic i na nikogo. Nie mogę powiedzieć,że w moim przypadku nie było układów i układzików, które czasem pomagały mi bardzo i raz nawet zdarzyło się,że przyszłam na miejsce innej dziewczyny tylko dlatego,że wiedziałam do kogo zadzwonić i powiedzieć,że wróciłam i chętnie wrócę na swoje stare stanowisko. Raz niestety musiałam tak postąpić, ok stało się. Inaczej płakałabym noc w noc w poduszkę i w końcu wróciła do polski. Praca z grupą młodych polek i rozchwianych bułgarów okazała się torturą, a bułgarki o wiele gorsze i bardziej zazdrosne o wszystko niż jakakolwiek polka.

Ostatnio spotkałam się jednak z czymś co uważam za jeszcze gorsze. Bo praca pracą – pieniądze, każdy kto wyjeżdża za granicę do pracy – chce pracować i stara się trzymać danej mu pracy. Mowa jednak o osobach, które wyjeżdżają za granicę nie tylko by pracować,ale by po prostu żyć. Zakładają rodziny za granicą, rozpoczynają nowe życie, odmienne od polskiego,bo każdy kraj jest zupełnie inny. Przychodzi nam obeznać się z innymi procedurami, innym prawem, obowiązkami. KAŻDY jednak (niezależnie od tego ile mieszka poza Polską) znajdował się w tym samym miejscu, w którym znajdują się osoby, które dopiero do kraju przyjechały. Każdy przeżywał swój początek, potrzebował pomocy i powoli stawiając krok za krokiem zapoznawał się z rzeczywistością, w której przyszło mu żyć. Szkoda tylko,że wiele osób po tych kilku latach pobytu zapomina jak to jest być nowym, jak to jest nie znać języka.  Aż nóż się w kieszeni otwiera, kiedy czytasz czy słyszysz jak jedna kobieta do drugiej mówi „jak nie rozumiesz,to masz pecha. Naucz się jezyka”, a to tylko dlatego,że jest za granicą kilka lat, poznała język, a przez pierwszy rok miała życzliwych ludzi dookoła, którzy pomagali jak mogli,żeby ot kobieta mogła się zaklimatyzować w nowym kraju.
I nikt nie patrzy na to,że jedna język wchłonie, druga potrzeuje więcej czasu, inna rozumie,ale nie czyta i nie pisze w obcym języku i przy pismach urzędowych czasem ma problem. Ale taka jedna, druga czy trzecia uważa się za lepszą zapominając przy tym,że jeszcze jakiś czas temu była takim samym „świeżaczkiem” i tak samo prosiła o pomoc. Jeśli nie chcesz pomóc – przemilcz, ale czemu odrazu w chamski sposób pokazywać,że czuję się lepszym człowiekiem od drugiego człowieka.
Ja żyję w Holandii, rozumiem dużo po niderlandzku,ale nie mówię – czekam,aż jakiś cud sprawi,że blokada minie i przemówię. Posługuję się angielskim (co nie czyni mnie jednak lepszą od tych osób, które mówią tylko po polsku). Jeśli ktoś ma problem i trzeba pomocy, a jestem w stanie pomóc – pomogę. Nie wywyższam się tylko dlatego,że żyję z holendrem, a moje dziecko jest dwujęzyczne. Nie potrzebuję pomocy „z zewnątrz” bo mój partner wszystko co trzeba przełoży mi na angielski, co nie zmienia faktu,że innym pomogę,choćbym nawet jemu miała podsunąć jakieś pismo do przetłumaczenia „na chłopski rozum”.
Dziwi mnie i brzydzi jad jednego człowieka do drugiego, wywyższanie się i poniżanie innych i żeby to jeszcze polak polakowi w ten sposób… Ciężko o przyjaźń między polakami poza granicami kraju, a szkoda,bo mogłoby nam się lżej żyć na obczyźnie. Od każdej reguły jest jednak jakiś wyjątek i nie ma sensu odrazu każdego skreślać, ale czujność trzeba zachować, o taak, to na pewno.

Zachęcam do dyskusji. Pewnie wiele osób ma coś do powiedzenia w tym temacie. Zapewne 95% tych, którzy na obczyźnie byli bądź są spotkali się już z różnymi rodzajami „przyjaźni”

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii polacy za granicą, zycie

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz