RSS
 

Archiwum - Grudzień, 2013

Dlaczego ludzie się rozstają?

10 gru

Wczoraj mój ex znów przypomniał sobie,że za mną tęskni i znów wyciągał wspomnienia z przeszłości powtarzając,że był ze mną szczęśliwy, a zarazem głupi,bo nie potrafił tego okazać.
Wiadomo,że przeszłość nie pozostaje nikomu obojętna,więc od tej jego paplaniny zaczęłam się zastanawiać dlaczego tak właściwie stało się tak,jak się stało. Dużo było złego, ale już wcześniej. Jakoś się wybaczało, odbudowywało zaufanie krok po kroku i powoli szło razem do przodu. No właśnie – razem. Co więc przesądziło o tym,że czas pójść do przodu osobno?
Mąż ogółem był głupiutki, mówią,że dlatego iż młody. Nie wiem czy wiek odegrał tu jakieś znaczenie,czy po prostu przyzwyczajenia i to,co z domu wyniesione.
Uważał,że złapałam go, wpadł w to po uszy i skoro nie może uciec,to chociaż sobie poużywa. Rutyna go nudziła,choć nie mogę powiedzieć,że mnie monotonia nie dobija. Ależ oczywiście,że dobija! Nikt tego nie lubi w związku. Tylko ja w odróżnieniu do niego zmian szukałam w naszym związku. Interesowało mnie to, jak można poprawić naszą relację, a nie jak odreagować na boku. Proponowałam wspólne wyjścia, wyjazdy, czy choćby spędzenie w domu wieczorem razem. Każdy jednak wieczór kończył się tak samo… Ja oglądałam telewizję, a on trwonił czas przy komputerze. Wprowadzanie zmian i poprawianie naszej relacji nie szło mi więc najlepiej.

Wybaczyłam jedną kobietę, z którą spotykał się ukradkiem pracując w innym mieście. Nie dopytywałam się co wydarzyło się w Norwegii choć jedna sytuacja mnie zaskoczyła. Wrócił w nocy, odebrałam go noca ze stacji z moim wielkim bruzchem ledwo mieszcząc się za kierownicą auta. Wymęczony był,aż żal było patrzeć. A cieszyłam się niezmiernie z jego powrotu. Następnego dnia kiedy spał, pocałowałam go. Obudził się, wytrzeszczył oczy i zapytał „a …(imię męskie) gdzie?!” . Później wyjaśnił,że wydawało mu się,że jestem jakąś tam dziewczyną, którą poznał w Norwegii, a ten mężczyzna, o którego zapytał,to jej chłopak. Dziwne,że akurat nasunęło mu się na myśl i wydało prawdopodobne,że całuje go inna kobieta,niż jego przyszła żona. Nie drążyłam tematu, odpuściłam. Dziś nie wiem dlaczego…. w końcu to było przed ślubem, można było przycisnąć i może nawet przełożyć ślub?
Później była koleżanka, która po nocach wypisywała sms nazywając go „Misieńkiem”. Następnie te spotkania z inną. Później w pociągu spędził 10 godzin z jakąś dziewczyną, mi pisząc,że się przespi, a tak naprawdę poświęcał jej czas, numer telefonu zapisał pod jakąś głupią nazwą. Później były wyjazdy służbowe, a tam zawsze jakaś… Przez miesiąc nieobecności odezwał się do nas 5 razy , na moment. Śledząc jego konto bankowe widziałam,że nocą płacił w lokalach… Ale wybaczałam… Choć pisały, dobijały się.
Później będąc w Holandii doszłam do wniosku,że z nim niby źle,ale bez niego gorzej. Wróciłam z myślą naprawy związku. A on tymczasem oddał wszystko co mieliśmy i przyszło mi mieszkać z teściami, z którymi najdłużej wytrzymałam 2 tygodnie pod jednym dachem. On wiedział,że to się tak skończy, że się wyniosę od nich, ale nie zaczekał,aż zrobię to dobrowolnie, tylko któregoś pięknego dnia będąc w pracy wysłał mi sms,że mam spakować siebie i córkę i wynieść się nim wróci z pracy. A później zaproponował wspólne wakacje, a później to już nie wspólne, a tylko córkę chciął wziąć. Na pewno sam z nią jechać nie chciał…
W trakcie wakacji (ostatecznie zdecydowałam się jechać, bojąc się o córkę) zapytałam, na którym łóżku śpimy… No tak, były trzy do wyboru. Na co usłyszałam „Ja nie wiem, na którym ty śpisz…”. Ooooo… W porządku, posłałam tylko sobie i córce – razem, a on wybrał łóżko najdalej od nas.
Co wieczór wychodził i rozmawiał ponad godzinę przez telefon. Z kim? Z kolegą podobno… Po jednej z kłótni byłam przerażona, bałam się go bo wpadł w furię… Zadzwoniłam do jego matki prosząc,żeby go uspokoiła,bo daleko od domu i nie mam gdzie pójść z córką… A ona w ramach rewanżu chyba, zadzwoniła do mojej matki i prosiła,żeby mnie z dzieckiem z domu wyrzuciła. Wiedziała,że po tej aferze już na pewno nie zejdę się z mężem, chciała mnie na siłe sprowadzić do ich domu, tylko nie wiem po co? Odwdzięczyć się za synka?
Na tydzień, może dwa później…W rocznicę naszego ślubu okazało się,że pod moją nieobecność spotykał się z inną kobietą. I to właśnie zaważyło… Wcześniejsze wyskoki jakoś znosiłam, wybaczałam. Tym razem jednak więź między nami była słaba, a ta wiadomość zerwała zupełnie to,co jeszcze było między nami. Zapytałam,czy miała styczność z naszą córką – „nie”. Nie dawało mi to spokoju, najbardziej bałam się,że wprowadził w życie córki inną kobietę,pod moją nieobecność. Pokazałam jej zdjęcie „Oooo ciocia, która z nami zamek z piasku budowała nad wodą”. I wtedy pękłam. Zadzwoniłam do niego,by poinformować,że nie wiem czy jestem w stanie wybaczyć to co zrobił i kolejne kłamstwo. Drżałam i czułam,że to koniec, jego głos przyprawiał mnie o mdłości, a każde kolejne słowo wydawało się kłamstwem, każde. Nie wierzyłam w nic co mówił.
Teraz myśl o tej kobiecie sprawia,że się denerwuję. Drażni mnie jej imię, nazwisko i wszystko co z nią związane. Obwiniam ją za rozpad naszego małżeństwa. Choć tak naprawdę to sie zbierało latami,aż w końcu jedna sytuacja okazała się o jedną za dużo… I wyszło na jaw,że te rozmowy wieczorne podczas wakacji, które miały nas zbliżyć – to rozmowy z nią. Kiedy to wszystko wyszło na jaw czułam się jak nigdy dotąd. Drżałam, nie mogłam złapać oddechu. Wcześniej nigdy tego nie doświadczyłam mimo tego,co robił. Myślę,że tak w moim przypadku wyglądało rozdarcie od środka, wszystko pękło, nie zostało nic. Od tego momentu on już nie był dla mnie ważny. On starał się mnie uspokoić, załagodzić sytuację,ale każda próba rozmowy nasilała drżenie, problem z oddychaniem.  Patrzyłam na niego i czułam obrzydzenie, nienawiść… Każda próba wybaczenia kończyła się niepowodzeniem. To był moment, kiedy miałam dość.
Myślę,że każdy ma jakieś granice wytrzymałości i cierpliwości. Moje zostały przekroczone i to z hukiem.
W tym momencie uważam,że incydenty z przeszłości,te wcześniejsze miały jakiś udział w podjęciu takiej, a nie innej decyzji, ale to ostatnie wydarzenie było tym decydującym.
Ludzie rozstają się,kiedy jest już naprawdę dość, kiedy nie ma już sił by wybaczać i dążyć do zmian na lepsze. Jedni wytrzymują dłużej, inni krócej. Każde wydarzenie, każdy ból jaki sprawiamy osobie, z którą jesteśmy na zawsze zostaje, każde kolejne wysysa z nas siłę i chęć walki o związek. Jak balon… każde złe wydarzenie jest jak powietrze nadmuchujące balon… Jedn raz, drugi trzeci i kolejne…. aż w końcu balon pęka… I nie da się go już złożyć, posklejać, naprawić. A nowy dostajemy bardzo rzadko… Niewielu ludzi ma tyle siły w sobie,żeby dać drugą szansę z nowym kredytem zaufania.
Każdy jest kowalem własnego losu i każdy dostaje to,na co zasługuje. Na wszystko pracujemy sami i nic nie dostaniemy za darmo. Nie da się przeżyć życia z drugą osobą, nie zważając na jej dobro i uczucia. Każdy ma taki swój balonik i musi zadbać,by nie pękł. Nikt nikomu nie powie jak pojemny jest balon i ile zdoła wytrzymać, więc może warto zadbać,aby pozostał nie nadmuchany?

 
 

Polak polakowi za granicą…

05 gru

Pamiętam jak pierwszy raz wyjeżdżałam za granicę… Każdy mnie ostrzegał nie przed obcokrajowcami, a przed polakami. I na początku nawet myślałam,że się mylili,że te czasy już minęły,że to nie jest możliwe,żeby polak był wrogiem polakowi na obczyźnie. Po dłuższej obserwacji moje zdanie jednak uległo zmienie.
Na początku ja po prostu nie kwalifikowałam się jako wróg. Pierwszy raz, młoda , przestraszona – nikomu nie zagraża przecież. W różne miejsca do pracy trafiałam i z różnymi ludźmi przyszło mi pracować. Pierwszy raz pamiętam jak polka bez przerwy mnie pospieszała,choć był to mój pierwszy dzień i naprawdę dawałam z siebie wszystko… Po kilku „szybciej,szybciej” w końcu przestałam pracować i obserwowałam ją,aż przeniesiono mnie do pracy na inną linię,co było sukcesem. Inaczej pewnie w ruch poszłoby wszystko co pod ręką,byle trafić tym w nią,albo choćby blisko – co by się przestraszyła. No tak, przed ludźmy w tym miejscu przestrzegał mnie każdy,bo tam się strasznie o swoje posadki boją… A ja przecież byłam (jak nazwano to w firmie, w które pracowałam) ekipą specjalną na 4 godziny do szybkiej pomocy i nie zamierzałam tam zostać ani 5 minut dłużej,bo taka praca…to już bym wolała w naszej polskiej biedronce.
Ja trzymałam się z dala od reszty pracowników firmy, prywatnie miałam kontakt po pracy z grupką ludzi, a z większością dalej utrzymuje kontakt choć od roku już nie pracujemy i nie mieszkamy razem. A do reszty po prostu dystans. Kilka razy słyszałam o sobie kilka ciekawostek, ale te były nawet odrobinę zabawne, a tych zainteresowanych moim życiem zapraszałam na herbatkę i pogawędkę co by informacje czerpali u źródła, a nie z wyobraźni. Wtedy plotki ustawały migiem.

W pracy jak ktoś kogoś nie lubił, a miał odrobinę lepsze stosunki z pracodawcą,to osoba pracę z miejsca traciła. Były kłamstwa, pomówienia i najzwyklejsze w świecie kablowanie. Niektórzy innym nawet liczyli ilość wyjść do ubikacji w trakcie pracy, nie licząc się z zapaleniem pęcherza,czy miesiączką u kobiety. Znieczulica zupełna. Oosby starsze traktowane z góry,bo przecież wolniejsze odrobinę i trzeba „za nie robić”. Nikt nie pomyślał,żeby tej czy tamtemu dać spokój,bo dziecko ma na utrzymaniu i dom, nieeee… totalny brak empatii. Większość (bo nie każdy oczywiście) gnała za swoim, po trupach do celu, nie zważając na nic i na nikogo. Nie mogę powiedzieć,że w moim przypadku nie było układów i układzików, które czasem pomagały mi bardzo i raz nawet zdarzyło się,że przyszłam na miejsce innej dziewczyny tylko dlatego,że wiedziałam do kogo zadzwonić i powiedzieć,że wróciłam i chętnie wrócę na swoje stare stanowisko. Raz niestety musiałam tak postąpić, ok stało się. Inaczej płakałabym noc w noc w poduszkę i w końcu wróciła do polski. Praca z grupą młodych polek i rozchwianych bułgarów okazała się torturą, a bułgarki o wiele gorsze i bardziej zazdrosne o wszystko niż jakakolwiek polka.

Ostatnio spotkałam się jednak z czymś co uważam za jeszcze gorsze. Bo praca pracą – pieniądze, każdy kto wyjeżdża za granicę do pracy – chce pracować i stara się trzymać danej mu pracy. Mowa jednak o osobach, które wyjeżdżają za granicę nie tylko by pracować,ale by po prostu żyć. Zakładają rodziny za granicą, rozpoczynają nowe życie, odmienne od polskiego,bo każdy kraj jest zupełnie inny. Przychodzi nam obeznać się z innymi procedurami, innym prawem, obowiązkami. KAŻDY jednak (niezależnie od tego ile mieszka poza Polską) znajdował się w tym samym miejscu, w którym znajdują się osoby, które dopiero do kraju przyjechały. Każdy przeżywał swój początek, potrzebował pomocy i powoli stawiając krok za krokiem zapoznawał się z rzeczywistością, w której przyszło mu żyć. Szkoda tylko,że wiele osób po tych kilku latach pobytu zapomina jak to jest być nowym, jak to jest nie znać języka.  Aż nóż się w kieszeni otwiera, kiedy czytasz czy słyszysz jak jedna kobieta do drugiej mówi „jak nie rozumiesz,to masz pecha. Naucz się jezyka”, a to tylko dlatego,że jest za granicą kilka lat, poznała język, a przez pierwszy rok miała życzliwych ludzi dookoła, którzy pomagali jak mogli,żeby ot kobieta mogła się zaklimatyzować w nowym kraju.
I nikt nie patrzy na to,że jedna język wchłonie, druga potrzeuje więcej czasu, inna rozumie,ale nie czyta i nie pisze w obcym języku i przy pismach urzędowych czasem ma problem. Ale taka jedna, druga czy trzecia uważa się za lepszą zapominając przy tym,że jeszcze jakiś czas temu była takim samym „świeżaczkiem” i tak samo prosiła o pomoc. Jeśli nie chcesz pomóc – przemilcz, ale czemu odrazu w chamski sposób pokazywać,że czuję się lepszym człowiekiem od drugiego człowieka.
Ja żyję w Holandii, rozumiem dużo po niderlandzku,ale nie mówię – czekam,aż jakiś cud sprawi,że blokada minie i przemówię. Posługuję się angielskim (co nie czyni mnie jednak lepszą od tych osób, które mówią tylko po polsku). Jeśli ktoś ma problem i trzeba pomocy, a jestem w stanie pomóc – pomogę. Nie wywyższam się tylko dlatego,że żyję z holendrem, a moje dziecko jest dwujęzyczne. Nie potrzebuję pomocy „z zewnątrz” bo mój partner wszystko co trzeba przełoży mi na angielski, co nie zmienia faktu,że innym pomogę,choćbym nawet jemu miała podsunąć jakieś pismo do przetłumaczenia „na chłopski rozum”.
Dziwi mnie i brzydzi jad jednego człowieka do drugiego, wywyższanie się i poniżanie innych i żeby to jeszcze polak polakowi w ten sposób… Ciężko o przyjaźń między polakami poza granicami kraju, a szkoda,bo mogłoby nam się lżej żyć na obczyźnie. Od każdej reguły jest jednak jakiś wyjątek i nie ma sensu odrazu każdego skreślać, ale czujność trzeba zachować, o taak, to na pewno.

Zachęcam do dyskusji. Pewnie wiele osób ma coś do powiedzenia w tym temacie. Zapewne 95% tych, którzy na obczyźnie byli bądź są spotkali się już z różnymi rodzajami „przyjaźni”

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii polacy za granicą, zycie