RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2013

Chorowitek? Jak ręką odjął!

07 wrz

Kiedyś, za czasów przedszkola – córka chorowała nam często. Minimum raz w miesiącu zmagaliśmy się z chorobą. Często był to kaszel, nadmiar wydzieliny , wymioty przez syropy wykrztuśne, nienawidziłam ich podawać ! Kazano ostatnią – drugą dawkę podawać do godziny 16:00, nigdy nie podałam później… A mimo to przy podawaniu takiego syropu kończyło się na nocnych wymiotach. Najpierw był kaszel. Męczył i męczył. Brałam więc córkę na ręce, stukałam lekko w plecy, co by pomóc odkrztusić i wtedy zaczynały się wymioty. Dobrze,że córka mimo swojej maleńkości – świetnie radzi sobie z wymiotami do tej pory. Nie ma płaczu, krzyku. 3 letnie dziecko, potrafiło ocenic sytuację, powiedzieć – „Mamusiu, zaraz zwymiotuję„, by dać mi czas,żeby coś podłożyć, wziąć miskę,czy nawet pobiec z nią do ubikacji. Nie raz też,kiedy akurat była sama w pokoju – biegła choćby do kuchni,bo przecież z płytek lepiej pościerać niż wyczyścić dywan.
Co się działo z odpornością mojego maluszka? Podawałam tran, jakiś tam bananowy smak niby i piła chętnie. Nie jest niejadkiem, odżywiała się zdrowo, jadła normalne ilości. Uwielbia owoce. Gdzie nasza odporność była pytam? I czemu bywała raz słabsza, raz silniejsza…?
Córka chorowała ZAWSZE kiedy mąż miał wyjazdy służbowe. Tatuś musiał wyjechać, a Mamusia kończyła tym samym na zwolnieniu z powodu choroby córki. Jeśli gorączkowała nocą – ot tak, to tylko wtedy, kiedy on miał służbę i nie było go w nocy w domu. Oczywiście bywały też choróbska,kiedy tatuś był z nami,ale rzadziej i lżejsze. Nie podważam więc więzi ojca z córką! Oj tak,więź ogromna…była,kiedyś. Już nie ma.
Chorowała nam nasza panienka regularnie -co miesiąc. Pediatra doradzała szczepionkę na odporność, która „zadziała,albo nie… nigdy nie ma pewności” , bądź najzwyczajniej w świecie – rezygnację z przedszkola. Na szczepienie pokręciliśmy nosem, do dziś dnia nie wiem dlaczego, skoro nawet było tylko te 50% szans, to można przecież było spróbować, a nóż – mogło się powieść… Z przedszkola nie mogliśmy zrezygnować – oboje pracowaliśmy, nie było takiej możliwości. Poza tym córka lubiła swoje przedszkole, ja osobiście uważam,że to wspomaga rozwój dziecka, że przebywanie z rówieśnikami ma dobry wpływ na dziecko.
Co więc trzeba było zrobić,żeby dziecko  w końcu przestało chorować? Wystarczyło się…rozstać !
Stres, nerwy, smutek i żal,którego nawet się po dziecku nie spodziewamy – kryją się w środku i upośledzają system odpornościowy. Córka widziała co się dzieje, słyszała kłótnie, krzyki, wyzwiska, trzaskanie drzwiami, groźby… I choć nic nie wskazywało na to,że jakoś się tym przejmuje – nigdy o to nie pytała, ignorowała to – jednak każda kłótnia zostawiała jakiś ślad, a każda groźba odejścia,kończyła się chorobą na wieść,że „Tatuś musi jechać na szkolenie. Nie będzie go z nami tydzień/dwa/trzy/cztery.” I wtedy choroba gotowa… Tak jakby bała się,że ten tydzień czy dwa przerodzą się w „na zawsze”.
Kiedy rozstawałam się z mężem na dobre – tłumaczyliśmy córce,że tak musi być,że mamusia i tatuś nie chca się więcej kłócić,że tak będzie lepiej dla wszystkich,że nie może być inaczej,ale oboje ją kochamy i to się nigdy nie zmieni.
Od ostatecznego odejścia minęły zaledwie cztery miesiące, a w trakcie tych miesięcy córka była przeziębiona dwa razy, po dwa dni zaledwie. Może dlatego,że teraz ma stabilizację, nie widzi kłótni, nie słyszy krzyków, nie widzi łez?
Szukając przyczyn choroby gdzieś daleko, głęboko, czasem wystarczy rozejrzeć się dookoła, przeanalizować siebie, swoje zachowania, a nie posądzać automatycznie warunki pogodowe, zakatarzone dzieci w przedszkolu,czy dziko niską odporność organizmu.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii dziecko, malzenstwo, zycie

 

„Spotyka się teraz z N…”

06 wrz

Rozmawiałam z naszą wspólną znajomą. Moją i mojego ex. Nie wiem w sumie,czy informacje,które jej przekazuję trafiają do niego w takim tempie w jakim informacje o nim trafiają do mnie. W sumie mało ważne, grunt,że ja wiem dużo…
Dzisiaj coś zeszło na jego temat… Powiedziałam,że w sumie się dogadaliśmy, ona potwierdziła fakt umówienia się na spotkanie w Ambasadzie. Wszystko po mojej myśli… Wspominam,że może chłopak dojrzewa w końcu. Ona opowiedziała mi jaką kłótnię słyszała. On vs. jego matka… Miała ból,że tyle za granicą siedzi,a  nic nie ma… No ma tupet, temu się życie posypało, rozwód to kosztowna PRZYJEMNOŚĆ, a ta by jeszcze pieniądze z niego ciągnęła… Co za babsko! A po części pewnie poszło o sprawę dokomentu dla córki,bo to była rozmową chwilę po tym,jak do Ambasady dzwonił i obiecał tę sprawę załatwić do końca. Ona to nie zna umiaru.
No i tak plotkujemy jak na kobiety „przystało” i mówię,że chcę,żeby mu się ułożyło,że mam nadzieję,że nauczył się czegoś na błędach,że nasz rozpad małżeństwa czegoś go nauczy. No i mówi,że nie sądzi… A później dodaje „Spotyka się z N…. taka fryzjerka z drugiego bloku… normalna dziewczyna, ale nie da sobie wejść na głowę…” , oczywiście od razu dostaję namiar na jej profil… Ukazuje mi się czarnowłosa 20 letnia dziewczyna z mocnym, ależ jak mocnym(!!) makijażem i kolczyk w okolicy ust… No tak, a on przecież ostatnio dorobił się kolczyka w języku… No nic… „To coś” styczności z moim dzieckiem nie będzie miało póki wygląda jak kobieta lekkich obyczajów. Chodzi o to,że jak dobiera partnerkę i chce ją wprowadzić w życie dziecka,to musi dobierać z głową… Ma dziecko, a jego potencjalna partnerka powinna być odrobinę dojrzała, ta nie wygląda. A jej profil świadczy o nieskończoności imprez zwanych przez nią „mega melanżami” … Nie podoba mi się to. Cieszę się więc,że jesteśmy daleko od siebie, bardzo się cieszę.
Tak czy siak dziwnie przyjmuje się taką informację… Kiedy to minie? Kiedy ta przeszłość da mi odpocząć??

Od rana ukochany ból migrenowy… Głowa mi pęka… A teraz jeszcze ta informacja… Ale może chociaż przestanie mi wspierać,że mnie kocha. Są plusy sytuacji…

 
1 komentarz

Napisane w kategorii dziecko, rozstanie, Związek, zycie

 

Mąż… na papierze.

03 wrz

Odbyłam wczoraj niespełna 30-minutową rozmowę z byłym mężem pod nieobecność córki,co by nie dopuścić do tego,żeby słyszała o czym rozmawiamy.
Przeprosił co prawda za niedzielną rozmowę, wypierając się jednak iż nazwał mnie GŁUPIĄ. „Nie powiedziałej TEJ GŁUPIEJ, powiedziałem GŁUPOLOWI”. Jak dla mnie różnicy nie ma, głupia to głupia niezależnie od tego,którego z dwóch podanych słów użyjesz. Interesowało go bardzo,czy zamierzam orzec o jego winie. Nie, nie zamierzam. Nie chce mi się w to bawić, nic mi po tym, a do tego cena pełnomocnika pewnie podwoiła by się,albo potroiła nawet  ! A na to więcej pieniędzy wydawać nie chcę, nie opłaca mi się. Poza tym nie chcę słuchać wymyślonych przez męża historii o tym,iż wina leży po mojej stronie,bo ja kogoś w Holandii znalazłam. Zapomina dodać,iż wtedy już twierdził,że nic do mnie nie czuje, nie chciał być ze mną, proponował rozwód, a w najgorszym przypadku – otwraty związek, że już nie mieszkaliśmy razem,bo oddał wszystko czego się dorobiliśmy i że to było już po tym,kiedy z jego ust usłyszałam słowo aborcja.
Czego on więc wymagał ode mnie? Był moim mężem, to fakt, nadal jest… NA PAPIERZE! A nijak ma się to do rzeczywistości, do życia razem. Na papierze to może i jest moim mężem,ale życiowo to jest niestety jednym z moich wrogów , jedynym z najpodlejszych osób jakie przeplatały się przez moje życie.
„Świadomy(a) praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z (imię i nazwisko pani młodej / pana młodego) i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.”
Nie było ani zgodne, ani szcześliwe i jak się okazało – trwałe też nie było. Jedyne co pozostało trwałe,to akt małżeństwa, kartka urzędowego papieru,mówiąca o tym,iż z panny staję się mężatką i przyjmuję jego nazwisko.
Podstawową zasadą małżeństwa jest równość praw i obowiązków. Może i by tak było, bo mój ex, młody człowiek – nadawał się może do „wychowania” , do wypracowania jakiegoś kompromisu, „systemu”, ale… Przecież jest jeszcze jego matka, która miała już swój „system” i wmówiła synkowi,że TAK W DOMU POWINNO BYĆ. A jak? No więc, kobieta – mimo,iż pracuje, ma po pracy ugotować, posprzątać, zająć się domem i dzieckiem – niezależnie od tego,czy chora, zmęczona, czy pracuje ciężej od męża czy nie. Mąż początkowo nie brał tego do siebie, czasem coś ugotował,pomógł posprzątać,czy wykąpał córkę, ale co doszło to do KOCHANEJ mamusi, to zaraz dostawał rempremendę,że tak być nie powinno,że co za żona, skoro ON GOTUJE. Ugotował może 5 razy podczas naszego wspólnego życia. A ugotował,bo sam chciał. Niejednokrotnie pytał ją jak coś przyrządzić, wiadomo – smaku się uczymy, smak wynosimy z domu. Chciał więc przpisy od matki,żeby żona mogła mu ugotować. Raz zapytał o jedno z dań, a ta zerknęła na mnie „A czego to Ty wiecznie pytasz? Żona Ci powinna gotować”. No błagam! Jakby conajmniej nie po to pytał,żebym ja ugotowała.
No więc, początkowo było i sprawiedliwie i dobrze, on zajmował się jednym pokojem (jeśli o sprzątanie chodzi), a ja kuchnią, łazienką, przedpokojem, ubikacją i pokojem córki. Sprawiedliwie,co? Ale lepsze coś niż nic. Później jednak i ten jeden pokój zaczął mu ciążyć okrutnie i zaczęły się wyrzuty nie z tej ziemii ! Bo „TY NIC NIE ROBISZ”.
Później były jego wyjazdy, byłam sama z córką i wszystkimi obowiązkami, a jeszcze i jedyne auto jakie mieliśmy, któro na pewno się przydawało,bo córki przedszkole było w odmiennym końcu miasta niż moja praca – starał się zabierać, skazując nas zimą na komunikację miejską, a jeszcze jego matka twierdziła,iże auto mi niepotrzebne,przecież są autobusy i zawsze mogę kogoś poprosić o pomoc. No tak , ja wiecznie z dzieckiem na łasce innych, a on pan  i władca. Dodam,że on jako jedyny zawsze jeździł autem na wyjazdy służbowe, inni wybierali pociąg, autobus. Czasem sobie jakiegoś kolegę zabierał – dla rozrywki.
Z czasem naprawdę miałam dość. Był sknerą okrutnym. Z moich pieniędzy płaciliśmy za mieszkanie i rachunki, a z jego mieliśmy żyć. Niestety moje potrzeby i potrzeby dziecka zawsze były nieważne, dosłownie NIC kupić nie mogłam bez konsultacji z nim. Poczynając od ubrań , a na głupim tuszu do rzęs kończąc. Jako kobiecie nie należało mi się nic. Nie byłam tego warta. Więc ani równość praw,ani obowiązków.
A gdzie wierność? Uczciwość? Zaspokajanie potrzeb rodziny? Wpólne rozstrzyganie o sprawach ważny dla rodziny? Każdą decyzję podejmował sam, ja byłam stawiana „przed faktem dokonanym”, nie miałam prawa głosu, nie mogłam mieć swojego zdania. Byłam nikim. Liczył się on i jego matka. Jej zdanie było priorytetem, moje było niczym.
Nigdy nikomu nie mówiłam o tym jak było naprawdę… To niby były błahostki,ale z czasem czułam sie ubezwłasnowolnionia. Nie miałam prawa wziąć kluczy do auta i pojechać gdzieś,jeśli on mi na to nie pozwolił. A pozwalał bardzo rzadko ! Nie mogłam nawet wykąpać się dopóki córka nie zasnęła – musiałam czekać,aż zmoży ją sen. Jeśli wbrew jego zakazon zamykałam się w łazience – on zezwalał na to,żeby dziecko stukało i kopało mi w drzwi, krzyczało,że chce wejść, a on zamykał się w pokoju i grał w swoje idiotyczne gry komputerowe, nie interesując się własnym dzieckiem ! Nie mogłam nigdzie wyjść – poza pracą lub spacerem z dzieckiem. Jeśli chciałam wyjść sama – spotykałam się z dezaprobatą. A każdorazowa próba wyjścia kończyła się jego słowami „To ja wyjdę, a Ty zaproś znajomych do domu”. I ostatecznie to ja zostawałam w domu z dzieckiem, pozbawiona możliwości wyjścia, oderwania się choć na chwilę. I jeszcze kwestia,że coś chciałam, coś było mi potrzebne, coś mi się spodobało. Jestem kobietą, taką samą jak inne kobiety. Też mam potrzeby, też lubię zakupy, nowe rzeczy. Jeśli czegoś chciałam, nawet jeśli chodziło o jakiś drobiazg z okazji walentynek,czy rocznicy, było to możliwe do osiągnięcia tylko jedną drogą. O tym też wcześniej nie myslałam, nie zastanawiałam się nad tym – przecież był moim mężem! Teraz już wiem,czemu przestałam lubić sex… Jeśli własnemu małżonkowi musisz w ten sposób odpłacać za każdy drobiazg, za każdą zgodę na cokolwiek, za choćby głupia farbę do włosów to przestajesz traktować sex jak coś dobrego, traktujesz to jako zapłatę, przemiotowo. Bezsens zupełny wkradł mi się do życia. A zrozumiałam to,dopiero jak od tego uciekłam.

Już od dawna jest tylko MĘŻEM NA PAPIERZE.

 

Rozmowa córki z jej tatą.

01 wrz

Napisał dziś do mnie mój ex z prośbą o rozmowę z córką… Przemyślałam, przedyskutowałam z Ukochanym. Ok.
Włączam skype, podpinam kamerkę i czekam aż się zjawi. Dzwoni. Córka już siedzi uśmiechnięta od ucha do ucha!
Cześć tatuś !
My z Ukochanym siedzimy na łóżku za córką. Kamerka ustawiona tak,że widzieć nas nie może,ale słyszeć odrobinę owszem. Nie zamierzam się ukrywać, wie,że kontroluję rozmowy po tym co było wcześniej.
Rozmawiam z moim Kochanym, a córka w tym czasie rozmawia z tatą. Czegoś mój Luby nie dosłyszał i pada nasze polskie, zwyczajne „Co?” , a z głośników słyszę „gó**o”. Zerkam na niego,bo córka lubi widzieć rozmówcę i widzę jego gniew. Znam tą minę,bardzo dobrze ją znam. Chyba zapomniał,że z dzieckiem rozmawia. Nie reaguję. Może mu gniew minie.
W pewnym momencie córka prosi o pomoc mojego partnera. On wstaje,podchodzi na jej prośbę. Wraca do mnie, a z głośników słyszę „You look like a sh*t”. Luby też usłyszał, zaśmiał się, nie ma się niby czym przejmować. Później drze się mój ex do mnie,że on chce ze mną porozmawiać,ale nie dziś, a jutro. ON CHCE i tyle. Na moje „NIE” coś narzeka, krzyczy do mnie,że robię problemy. Kazałam mu mówić dzisiaj , „NIE”. A co ja się będę całe życie dostosowywała?!
Przychodzi do niego córka znajomej. Siada mu na kolanach. Sytuacja się powtarza – córka z żalem patrzy na obraz z jego kamerki, jest jej żal,jest zazdrosna. Już kiedyś prosiła go,żeby M. poszła do swojej mamy. Zrobił to znów,wiedząc,że córkę to smuci.
„Tatuś,co pijesz?”
„Piwo”
Tak, piwo przy włączonej kamerze, gdzie dziecko na niego patrzy. W niedzielny poranek. Pięknie.
Po tym ojciec IDEALNY mówi „My idziemy, porozmawiamy jutro” („my” tj. on i ta dziewczynka).
Córka się zapiera,że nie,że chce porozmawiać jeszcze. Każe jej więc mówić. Córka coś się mota, milczy. Więc słyszymy
„My idziemy,porozmawiamy jutro. A TEJ GŁUPIEJ powiedz,że jak chce mieć problemy,to będzie miała”.
Dość. Nie wytrzymałam. Wstałam, powiedziałam,że nie będzie rozmawiał z nią ani jutro,ani pojutrze, nigdy. Rozłączyłam rozmowę. Dość !! Ta głupia nie pozwoli się obrażać, nie pozwoli ranić ani siebie, ani dziecka, ani nie pozwoli obrażać mężczyzny, którego kocha. Dość! Wyrządził już szkody wcześniej i więcej na to nie pozwolę!

Poza tym dostałam e-mail od adwokata. Dostał już przelew i pełnomocnictwo. W przeciągu kilku dni złoży pozew. Ureguluję życie prawnie, a on – mam nadzieję – zostanie z niczym,bo na nic nie zasługuje!

 
 

Impreza holenderska okiem obserwatora.

01 wrz

Imprezę jakoś przeżyłam… Choć nie powiem,że było łatwo. Przynajmniej początkowo. Drżałam ze stresu.
Dojechaliśmy do celu kilka minut po godzinie 20:00. Szef (właściciel jednego z supermarketów) ma prywatny parking dla kilkunastu aut. Znaleźliśmy miejsce, idziemy. Po lewej stronie mijamy boisko do piłki nożnej z piękną, równą i zadbaną murawą,po prawej zaś stół i krzesła pod drzewem, wyśmienite miejsce na kawę w letni poranek, zaś za tym – woda, a na niej małe łódki. Idziemy dalej, po lewej mijamy prywatny kort tenisowy i widzimy skrzydło budynku, oszklone. Oczom ujawia się komplet wypoczynkowy, jakaś sofa , stolik, oczywiście telewizor, a ze środka obserwować kort. Dochodzimy do celu. Na pierwsze oko wygląda jak budynek gospodarczy z polskiej wsi (choć widziane wczesniej skrzydło jest w tym samym budynku) , wchodzimy do środka. Wysokie,okrągłe stoliki, jednak do nich dostawione wysokie krzesła. Po prawej mamy drewnianą ławkę i kilka małych poduszek na niej. Po lewej jeden wysoki okrągły stolik, a za 3 zwykłe stoliki z wygodnymi krzesłami z oparciem. Po prawej dalej stoją 3 stoliki wysokie, po lewej kolejne 4.
Podchodzi do nad jeden szef, podaje mi rękę przedstawia się, później kolejny. No tak… tylko mnie nikt tam nie zna ! Stresuję się więc i niemalże wżynam paznokcie w ręce mojego kochanego. W końcu siadam na krześle i biorę głęboki oddech – wystarczy. Pokazują slajdy z pracy, zabawne sytuacje,kiedy to ktoś zapomniał o czymś, czegoś nie zrobił. Tylko pracownik może te zdjęcia zrozumieć. A później to już tylko kilka dowcipów i.. wieczór dopiero się zaczyna. Córka szefa odpowiada za muzykę, kilku młodych mężczyzn donosi napoje. Luźne pogawędki, a ja siedzę i obserwuję.
Jeden męzczyzna, T. stoi obok nas, obok niego młoda dziewczyna. Udają,że się nie widzą. Widać między nimi jakieś napięcie, coś tam jest. Po kilkunastominutowej oberwacji mój kochany mówi mi : To jest T. ma 28 lat. Obok niego stoi 16 letnia dziewczyna. Coś ich łączy. Kiedyś potrzebowałem coś od niego odebrać, zszedł półnagi, rozespany niby. W przedpokoju stały damskie buty. Dwie godziny później ona przyszła w tych butach do pracy.
Czyli obserwacja jest owocna. Opisuję mu więc jak to widać między nimi jakieś sztuczne relacje. Dopiero po kilku piwach zaczęli wymieniać zdania.
Następnie widzę jak ze stolika obok obserwują mnie trzy młode dziewczyny. Jedna z nich często zawiesza wzrok na moim ukochanym. Pytam go więc kim ona jest. – To ta dziewczyna, którą spotkaliśmy raz przy wyjściu ze sklepu.
Myślą wracam więc do tego momentu. My wchodzimy (ja troszkę bardziej za nim,niż obok), ona wychodzi. Na jego widok nie kryje zaskoczenia, szczerzy się od ucha do ucha i się wita. Zatrzymuje się, widać chce zamienić słowo. Dochodzę więc do ukochanego i łapię pod rękę, ona patrzy na mnie… odchodzi. A on zdaje mi relację,że to „nowa”.
Obserwuję ją więc już teraz bez odwracania wzroku,kiedy ona patrzy na mnie. Coś do siebie mówią, obserwują nas. Wszystko mi jedno, niech patrzą. Mówię w końcu do mojego partnera,że jesteśmy obserwowani, teraz już śmiejemy się z tego razem. One wychodzą i po kilku minutach wracają,żeby usiąść dużo bliżej nas…
O godzinie 22:00 zaskakuje nas fakt,iż na zewnątrz mamy do dyspozycji „wóz” serwujący frytki i inne przekąski. Do 23:00 ludzie więc wędrują z przekąskami, frytki z majonezem lub curry i frykadele, kotleciki serowe i inne.
Od 23:00 widać,że niektórzy wypili już sporo. Zaczynają się tańce. Ludzie zaczynają biegać trzymając drugich za ramiona. „U nas” robi się to przy piosence „Jedzie pociąg z daleka…” , tutaj nazywają to „polonezem” (?) , a muzyka holenderska, skoczna. Najpierw porywają mi mężczyznę, a następnie jego szef trzyma mnie za ramiona i nakazuje biec. Opieram się, nie wiem jak po około 3ech godzinach siedzenia moje nogi zareagują na te moje  wysokie szpilki ! No,ale widzę,że na nic moje „Noo,noo, noo, please” , więc biegnę za resztą… Szybko jedak udało mi się wyrwać i wrócić do stolika.
Na koniec podchodzą dwie kobiety. Znają mnie…z opowieści. Mój kochany szuka szefa,by podziękować za przyjęcie i oznajmić,że musimy już wracać do domu. A jedna z kobiet w tym czasie uracza mnie masą komplementów. Podziwia,że przyszłam na przyjęcie nie znając nikogo, nie znając języka. Pyta o córkę i oznajmia, iż to dobrze,że wróciłam do Holandii. Wymieniam z nią kilka zdań,ale jestem już naprawdę zmęczona. Zmęczona nudą, głośną muzyką i późną godziną. Tęsknię za domem i za łóżkiem. Zjawia się mój ukochany. Oznajmia kobietom,że wychodzimy. Te naskakują na niego,że powinien być ze mnie dumny,że przyszłam z nim. Obejmuje mnie moja miłość z uśmiechem i mówi,że jest dumny, że bardzo się cieszy,że z nim przyszłam i że następny dzień będzie jeszcze milszy niż zwykle – w podziękowaniu. Dostaję całusa. Żegnamy się z niektórymi  i wychodzimy. A nasza obserwatorka nie spuszcza z nas wzroku. Odprowadza nas nim do samych drzwi, znikamy w ciemności. A ludzie tańczą, śpiewają, krzyczą i gwizdają.
I nie była by taka zła ta impreza, gdyby to byli również moi znajomi… Choć ogółem przeżyłam, zobaczyłam i opisałam. A w aucie mój kochany zerkając na mnie podziękował za wieczór i powiedział,że było dobrze,że jest zadowolony.
Za rok będzie lepiej!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii praca, zycie