RSS
 

Chorowitek? Jak ręką odjął!

07 wrz

Kiedyś, za czasów przedszkola – córka chorowała nam często. Minimum raz w miesiącu zmagaliśmy się z chorobą. Często był to kaszel, nadmiar wydzieliny , wymioty przez syropy wykrztuśne, nienawidziłam ich podawać ! Kazano ostatnią – drugą dawkę podawać do godziny 16:00, nigdy nie podałam później… A mimo to przy podawaniu takiego syropu kończyło się na nocnych wymiotach. Najpierw był kaszel. Męczył i męczył. Brałam więc córkę na ręce, stukałam lekko w plecy, co by pomóc odkrztusić i wtedy zaczynały się wymioty. Dobrze,że córka mimo swojej maleńkości – świetnie radzi sobie z wymiotami do tej pory. Nie ma płaczu, krzyku. 3 letnie dziecko, potrafiło ocenic sytuację, powiedzieć – „Mamusiu, zaraz zwymiotuję„, by dać mi czas,żeby coś podłożyć, wziąć miskę,czy nawet pobiec z nią do ubikacji. Nie raz też,kiedy akurat była sama w pokoju – biegła choćby do kuchni,bo przecież z płytek lepiej pościerać niż wyczyścić dywan.
Co się działo z odpornością mojego maluszka? Podawałam tran, jakiś tam bananowy smak niby i piła chętnie. Nie jest niejadkiem, odżywiała się zdrowo, jadła normalne ilości. Uwielbia owoce. Gdzie nasza odporność była pytam? I czemu bywała raz słabsza, raz silniejsza…?
Córka chorowała ZAWSZE kiedy mąż miał wyjazdy służbowe. Tatuś musiał wyjechać, a Mamusia kończyła tym samym na zwolnieniu z powodu choroby córki. Jeśli gorączkowała nocą – ot tak, to tylko wtedy, kiedy on miał służbę i nie było go w nocy w domu. Oczywiście bywały też choróbska,kiedy tatuś był z nami,ale rzadziej i lżejsze. Nie podważam więc więzi ojca z córką! Oj tak,więź ogromna…była,kiedyś. Już nie ma.
Chorowała nam nasza panienka regularnie -co miesiąc. Pediatra doradzała szczepionkę na odporność, która „zadziała,albo nie… nigdy nie ma pewności” , bądź najzwyczajniej w świecie – rezygnację z przedszkola. Na szczepienie pokręciliśmy nosem, do dziś dnia nie wiem dlaczego, skoro nawet było tylko te 50% szans, to można przecież było spróbować, a nóż – mogło się powieść… Z przedszkola nie mogliśmy zrezygnować – oboje pracowaliśmy, nie było takiej możliwości. Poza tym córka lubiła swoje przedszkole, ja osobiście uważam,że to wspomaga rozwój dziecka, że przebywanie z rówieśnikami ma dobry wpływ na dziecko.
Co więc trzeba było zrobić,żeby dziecko  w końcu przestało chorować? Wystarczyło się…rozstać !
Stres, nerwy, smutek i żal,którego nawet się po dziecku nie spodziewamy – kryją się w środku i upośledzają system odpornościowy. Córka widziała co się dzieje, słyszała kłótnie, krzyki, wyzwiska, trzaskanie drzwiami, groźby… I choć nic nie wskazywało na to,że jakoś się tym przejmuje – nigdy o to nie pytała, ignorowała to – jednak każda kłótnia zostawiała jakiś ślad, a każda groźba odejścia,kończyła się chorobą na wieść,że „Tatuś musi jechać na szkolenie. Nie będzie go z nami tydzień/dwa/trzy/cztery.” I wtedy choroba gotowa… Tak jakby bała się,że ten tydzień czy dwa przerodzą się w „na zawsze”.
Kiedy rozstawałam się z mężem na dobre – tłumaczyliśmy córce,że tak musi być,że mamusia i tatuś nie chca się więcej kłócić,że tak będzie lepiej dla wszystkich,że nie może być inaczej,ale oboje ją kochamy i to się nigdy nie zmieni.
Od ostatecznego odejścia minęły zaledwie cztery miesiące, a w trakcie tych miesięcy córka była przeziębiona dwa razy, po dwa dni zaledwie. Może dlatego,że teraz ma stabilizację, nie widzi kłótni, nie słyszy krzyków, nie widzi łez?
Szukając przyczyn choroby gdzieś daleko, głęboko, czasem wystarczy rozejrzeć się dookoła, przeanalizować siebie, swoje zachowania, a nie posądzać automatycznie warunki pogodowe, zakatarzone dzieci w przedszkolu,czy dziko niską odporność organizmu.

 
Brak komentarzy

Napisane przez w kategorii dziecko, malzenstwo, zycie

 

Tags: , ,

Dodaj komentarz