RSS
 

Archiwum - Wrzesień, 2013

Do końca życia!

30 wrz

Czekam wciąż na datę rozprawy i w dalszym ciągu cisza. Adwokat co prawda mówił,że do końca miesiąca powinno być pismo z zabezpieczeniem alimentacyjnym i datą rozprawy, ale przecież dziś wciąż jest jeszcze wrzesień.
Moja panienka od dzisiaj zaczęła chodzić „normalnie” do szkoły. Już nie jeden dzień w tygodniu,a cały tydzień, już nie od 8:45 do 12:00, a do 15:30. Zadowolona ze szkoły. Dzielna jest. Język wsiąka jak gąbka wodę,więc nie ma żadnego problemu.

W sobotę świętowaliśmy urodziny córki. Mój ex zadzwonił , nawet nie wiem co mówił – wzięła telefon i poszła przed siebie rozmawiając z tatusiem. Obiecał,że porozmawiają w niedzielę i tak oto w niedzielną noc dostałam wiadomość,że chciałby porozmawiać dziś z córką, zrekompensować to,że nie rozmawiali w niedzielę. Jakby conajmniej to była moja wina,że on znów zawiódł, że nie dotrzymał słowa. Zdenerwował mnie tym. Przyznam szczerze,że zapomniałam o tym,że obiecał jej rozmowę – choć córka chwaliła mi się tym po rozmowie z tatą. Nie zwracam większej uwagi na jego słowa, bo kłamie, kłamie i nie potrafi tego zmienić.

24go września był termin jego wizyty w Ambasadzie w ramach paszportu dla córki, o który proszę od maja. Nie pojechał, podobno nie mógł, zagrozili mu,że jak nie zjawi się w pracy,to już może nigdy nie przychodzić. Nie wierzę, nie mam powodów,żeby wierzyć w jego słowa. Przyznam szczerze,że popłakałam się. Nie wiedząc dlaczego miałam ogromną nadzieję,że tym razem po prostu zrobi co do niego należy. A jednak nie. I znów przeżyłam zawód. Umówił się na kolejne spotkanie, 8go października, mówiąc mi,że choćby się miało walić i palić – pojedzie i to załatwi. NIE WIERZĘ.

Ogólnie informację o tym,że do Ambasady nie pojedzie przyjęłam spokojnie, nie chciałam obnażać przed dnim swoich smutków i rozczarowania. Zaskoczyła go chyba moja spokojna reakcja, bo aż nagle zaczął znów mnie kochać nad życie i prosić o powrót (co znów ukazuje jaką to okrutną żoną byłam,że mimo wszystkiego co się wydarzyło, on dalej chciałby powrotu). Wspomniałam więc o jego dziewczynie i przypomniałam mu,że już jeden związek zniszczyło kłamstwo i że mam nadzieję,że jego dziewczyna wie,co mu w głowie siedzi. Ominął pytanie co oznacza,że nic nie wie i łudzi się,że przeszłość jest przeszłością. Dla mnie tak,ale co z nim ? Czy to już zawsze tak będzie? Zawsze już,kiedy zmuszę się do odrobiny miłego zachowania w stosunku do ex – on na nowo będzie mnie kochał i prosił i powrót? Nawet kiedy napisałam,że w najbliższym czasie czeka nas wezwanie na rozprawę uznał,że to nieważne,bo zawsze jest szansa,czy przed czy po rozwodzie. No tak,przecież w normalej sytuacji ex by mnie obraził, zwyzywał za to,że komplikuję mu życie nawet po rozstaniu, a on po prostu to przyjął i nic ! Obiera chyba nową taktykę. Postanowiłam „kuć żelazo póki gorące” i wspomniałam o jego matce, zapytałam jak się miewa i jaką opinię wyraża na temat naszego rozstania. Odpowiedział niedokładnie, dając mi jednak do zrozumienia,że mamusia zadowolona, a on wściekły na nią kiedy tylko ona próbuje mu swoje zadowolenie wygłosić. Dobrze,że chociaż ona jedna szczęśliwa. Przy każdej naszej kłótni,przy każdym kryzysie wygłaszała mowę o tym,że wpędzimy ją do grobu,że się pochoruje przez nas,że głowa jej pęknie od naszych problemów. Myślę więc,że teraz żyje kobiecina bez stresów, kłopotów, zdrowa i bez bólu głowy, a do grobu jej jak stąd do nieba. I tak oto jedyną niezadowoloną, pokrzywdzoną i cierpiącą osobą jest jej syn, którego (nie wiadomo dlaczego) poniekąd mi trochę żal. No,ale przecież sam sobie na to zapracował. Każdy jest kowalem własnego losu, a on wyjątkowo CIĘŻKO pracował na to,co teraz ma.

6 lat wspólnego życia jest przeszłością i choć chciałoby sie od niej odciąć – nie ma mocy,która by na to pozwoliła. Ten człowiek do śmierci (czy mojej,czy jego) będzie gdzieś obok, będzie przewijał się przez moje życie, zapewne zadając rany niejednokrotnie. Nie pozbędę się go. Zostanie do końca życia. Taka cena przeszłości.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Mężczyzna jakich mało.

21 wrz

Zerkałam dziś rano na mojego mężczyznę z ogromną radością. Nie wiedział,że tacy mężczyźni istnieją. Dopuszczałam myśl,że pewnie jest gromadka szczęściar,które spotkały mężczyznę dobrego, twardego z odrobinką romantyzmu, okazującego uczucia, dającego ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Ja niestety nigdy wcześniej tego nie zaznałam i myślałam,że albo wyginęli,albo wszyscy zostali już dawno zajęci przez te sprytniejsze kobiety, którym udało się ich „dorwać”.

Mojego eM. poznałam przez internet. Znajomość opierała się na rozmowach. Uwielbiałam z nim romawiać. Zawsze miał coś do powiedzenia, coś zabawnego, ciekawego. Z moim byłym mężem już nie rozmawialiśmy od dawna, już zapominałam powoli jak brzmi jego szczery śmiech, a uśmiech widywałam czasem jak odwiedzaliśmy jego rodziców. Tak, tam jakoś był weselszy. Pewnie tam było jego miejsce.Ogólnie to mąż już żył swoim życiem, a mi rozmówca umilał codzienne życie. Po rozstaniu z mężem nadeszło mieszkanie osobno. Miałam wtedy więcej czasu na ucinanie pogawędek za pośrednictwem Internetu. A ów „znajomy” coraz bardziej otwierał się przede mną. Rozmawialiśmy codziennie, później doszła kamera i te jego oczy, w których było widać szczęście. Nie wiem jak to opisać. Pierwszy raz szczęście w oczach zauwazyłam u znajomej, ten błysk, roześmiane oczy, kiedy poznałam jej męża – zrozumiałam… Oboje mieli szczęście w oczach, tworzyli świetne, zgrane i zgodne małżenstwo z kilkuletnim już stażem, bezdzietne,bo życie nie pozwalało jeszcze na dziecko, któremu chcieli zaoferować więcej,niż w tamtym momencie mieli. Kiedy zobaczyłam oczy mojego eM. byłam zaskoczona, ten sam błysk co u znajomych, taka niewinna twarz. Był taki interesujący ! I kiedyś uderzyła mnie ogromna chęć poznania go osobiście. Tak po prostu,żeby go zobaczyć, porozmawiać. Nie nastawiałam się na żaden związek ! O nie… Uważałam,że jak nowy związek to z kimś kilka lat starszym, dojrzalszym i przede wszystkim jeszcze nie teraz.

Życie dało nam możliwość spotkania się mimo dzielących nas kilometrów. Podeszłam do niego, a moje zdziwienie było wielkie. Niższy niż przypuszczałam, miejszy jakiś i „ooo matko, kilka drobnych, cudownych piegów!”. Uśmiech ten sam, oczy te same, tylko jeszcze bardziej niebieskie! I ja, lekko nieśmiała. niepewna i zestresowana. Pierwsze spotkanie trwało 6 godzin !! Dwa miesiące wcześniej rozmawialiśmy przez Internet, wiedzieliśmy o sobie dużo, tematów do rozmów było mnóstwo ! I ten pierwszy pocałunek, pamiętam do dziś (jeśli to w ogóle ma jakiekolwiek znaczenie,bo pierwszy pocałunek z moim mężem, zimą 9 lat temu też dobrze pamiętam). I nie wiedzać czemu myślałam,że to było pierwsze i ostatnie spotkanie. Następnego dnia się nie widzieliśmy – miał już plany. Wtedy to już byłam przekonana o porażce. Ale ten jeden wieczór osobno wynagrodził mi kolejnego wieczoru,a  później już nic nie mogło powstrzymać nas od spotkania. Widywaliśmy się codziennie przez 4 miesiące.

Dużo wydarzeń miało miejsce po tych 4ech miesiącach,musiałam wrócić, ale kontakt utrzymywaliśmy i rozmawialiśmy w dalszym ciągu codziennie. Nie wiedziałam,czy życie pozwoli nam związać się ze sobą jednocześnie wiedząc,że nie mogę pozwolić sobie na stratę tak wartościowego człowieka. Wcześniej już poznałam jego rodzinę, zaakceptowali mnie razem z moją przeszłością, bez żadnych wyrzutów, podtekstów czy wypominków.

Życie ostatecznie połączyło nasze drogi. Mieszkamy razem od 5ciu miesięcy. W końcu mamy z córką mężczyznę w nasyzm życiu,który o nas dba i nasze dobro stawia na pierwszym miejscu. Nikomu nie pozwoli nas skrzywdzić. Jest opiekuńczy, romentyczny i zabawny, a mimo to silny, odpowiedzialny i dojrzały. Jest moim ideałem!

Każdego ranka,przed pracą żegna się tak,jakby miał już nie wrócić. Uwielbiam,kiedy po śniadaniu wraca do sypialni,żeby dać mi trochę ciepła. Przytula mnie i przypomina,że mnie kocha. Nie wychodzi z domu bez pożegnania „Bo,co jeśli coś się wydarzy i już nigdy się nie zobaczymy?”. Oczywiście ma swoje wady i „odchyłki” jak każdy, nie jest nieskazitelny, ale potrafimy radzić sobie z wadami, potrafimy o nich rozmawiać i starać się je minimalizować, pracujemy nad sobą każdego dnia. Dzięki wzajemnej empatii potrafimy tworzyć dobry, partnerski związek, w którym brak miejsca na ranienie drugiej osoby. Zdarzają się kłótnie! Oczywiście,że tak ! Atmosfera czasem musi się oczyścić, poza tym mimo starań,moje napięcie przedmiesiączkowe daje o sobie znać co miesiąc,ale potrafimy rozmawiać. O wszystkim… To daje nam możliwość szybkiego zakończenia każdego sporu i zrozumienia drugiej osoby. Odległość nauczyła nas rozmawiać ze sobą, od rozmów się zaczęło, dzięki rozmowom poznawaliśmy się każdego dnia coraz lepiej i to się nie zmieniło. Rozmowa jest nieodłączną częścią naszego związku. Dzięki temu znamy swoje oczekiwania i potrzeby, możemy więc bez tracenia czasu na domysły czynić nasz związek lepszym.

Czasem trzeba przejść długą, trudną drogę,żeby w końcu móc być spokojnym i szczęśliwym.
Byłemu jestem wdzięczna za każdą dobrą chwilę, za cudowną córkę i widzę jaką wyciągnęłam dzięki nauce na błędach, tak samo jego jak i moich.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii uczucia, Związek

 

Nim powiesz „tak”…

12 wrz

Szukając informacji o rozwodach bez orzeczenia o winie natrafiłam na kilka wpisów odnośnie sytuacji kobiet-rozwódek. Jak to było, co się stało, dlaczego małżeństwo nie przetrwało. Zaskoczyła mnie ilość wypowiedzi, w których dużą rolę w rozpadzie małżeństwa odgrywała teściowa/teść, a nawet reszta rodziny.

 

„Nie widziałaś co brałaś?”
Ależ oczywiście,że widziałam ! Co za pytanie… Nie, nie wzięłam ślubu ze względu na ciążę, nie wzięłam ślubu,bo ktoś mnie zmuszał, ja po prostu chciałam. W tamtym czasie miałam u boku dobrego mężczyznę, który dbał o mnie i bronił przed wszelkim złem. Były chwile dobre i złe, ale mimo to nie wyobrażałam sobie rozstania, życia bez niego. Prawda jest taka,że po ślubie ludzie się zmieniają. Nie tylko mężczyźni,ale i kobiety(oczywiście nie każdy się zmienia!). W życiu są sytuacje, które nas zmieniają. Osobiście uważam,że ślub jest jedną z takich sytuacji. Mężczyzna zazwyczaj (nie zawsze!) rości sobie wtedy wyłączne prawo do kobiety, zapominając przy tym o jednym – to,że jest żoną wcale nie znaczy,że będzie dzielnie znosić to co złe i mimo wszystko zostanie przy boku takiego męża. Kobieta zmienia się z narzeczonej na żonę, a żona… Tak! Żona wymaga! A jak prośby, rozkazy nie skutkują,to  stroi się „fochy”. Chyba z tego właśnie biorą się dowcipy o żonach, małżeństwach i dlatego można natknąć się na „dowcipne” rysunki przedstawiające np. żonę z wałkiem w ręce w pogoni za małżonkiem. Zmieniają się nasze oczekiwania wobec drugiej osoby, a o części z tych oczekiwań nie mieliśmy pojęcia przed ślubem. Choćby podział obowiązków. Jakoś to działało przed ślubem, ale teraz „od tego jest żona, a od tego mąż” i ciężko jakoś zamazać granicę kobieta/mężczyzna w związku. Ale nie o tym dzisiaj…. Po prostu lepiej poprzedzić pytanie, które może znów paść,czy nie wiedziałam kogo brałam na męża, czy nie znałam jego rodziny itp.

 

Nadszedł moment kiedy szala goryczy się przelała i uznałam,że ani mnie ze strony męża, ani jego z mojej strony nic miłego już spotkać nie może. Mimo prób ratowania związku wciąż było skakanie sobie do oczu, wypominanie dawnych błędów, żale i wyrzuty. Wydarzyło się chyba za dużo,żeby móc to jakoś przyjąć, pogodzić się z tym i wrzucić do worka z napisem „przeszłość”. Każdy zły skrawek tej „przeszłości” bolał wciąż z taką samą mocą,jak gdy był „teraźniejszością”.

Rozstanie nadchodziło wielkimi krokami i wyjątkowo głośno tupiąc, więc nie dało się tego ukryć. Zaczął się szereg pytań „dlaczego? kto zawinił? co się stało? dlaczego taka decyzja? czy nie ma już dla nas szans?”
Przyznam szczerze – cierpiałam, miałam już wyobrażenie przyszłości lżejszej niż przeszłość, spokojnej, wesołej, bez poniżania, bez mężczyzny,który mnie nie szanował, ale cierpiałam na myśl,że to już naprawdę koniec,że już naprawdę nie potrafię znów wybaczyć.
Mąż był w rozsypce. On to chyba nie rozumiał powagi sytuacji, póki nie zaczęłam działać. Póki nie zaczęłam głośno mówić o krzywdach jakie mi wyrządził.
Przyszedł dzień i na jego spowiedź. Rodzice go zapytali co się stało, dlaczego dzieje się źle. Powiedział o wszystkim… O innych kobietach , o tym,że się nami nie interesował, że żył własnym życiem, nie dbał o nas, nie szanował, że wyolbrzymiał problemy kiedy żalił się matce,że to on był zły,że nawet proponował mi aborcję przy podejrzeniu ciąży, że to jego wina,że wie,że to on wszystko zepsuł i chce to naprawić, chce mi wynagrodzić wszystkie krzywdy.
I tak żył ze świadomością,że jego winy w tym więcej niż czyjejkolwiek. I cierpiał. Zjawiał się u nas, prosił, płakał, przepraszał, a jak słyszał zarzuty z mojej strony – spuszczał głowę, przytakiwał, jakby naprawdę wierzył,że zawinił. Kiedy mówiłam,że to już nie ma sensu,że idzie do rozwodu,że ja tak żyć nie będę,że na domiar złego jego rodzina przeciwko mnie, że ja nie będę rywalizowała całe życie z jego matką,że niech sobie żyje z nimi,skoro do tej pory każde jej słowo było wiele ważniejsze niż moje,że NIE i już, wtedy znów wybuchał, wyzywał mnie. Taki ot mężczyzna i taka ot podła teściowa. Bo kiedy on przyznawał się do winy, ona rzucała oskarżenia w moją stronę. I knuła jak się mnie pozbyć możliwe szybko z życia jej synka. Oby jej się nowa synowa lepsza trafiła,niż ja.
Mogłam pójść do niej z dowodem, mieć wypisane CZARNO NA BIAŁYM,że skłamał, zdradził, a ona i tak patrząc mi w oczy mówiła „On na pewno nie… wydaje ci się,coś ci się pomyliło”. A jak z domu nas wyrzucił, to jeszcze sms wysłała,że to wszystko moja wina,bo ja nic od siebie nie daje. W sensie,że co? Że siebie mu nie oddaję,bo się brzydzę? Poza tym co to w ogóle za pomysł wtrącania swojego zdania we wszystko? Miałaś swoje życie, mogłaś decydować, a teraz daj żyć swoim dzieciom. I mogę z całkowitym przekonaniem powiedzieć to dziś, kiedy już NAS nie ma,że gdyby nie jego rodzina – nasze małżeństwo by przetrwało. Bo mimo jego wad, byłam w stanie o to walczyć, ale jeśli Twoja walka jest bagatelizowana tylko dlatego,że MAMUSIA podpowiada inaczej, to ile będziesz walczyć? Co mnie interesuje jej wzorzec rodziny? Każdą mamusię, która synka spod swych skrzydeł nie chce wypuścić powinno się na jakieś szkolenie wysyłać „Jak być dobrą teściową i nie doprowadzić do rozpadu związku własnego dziecka”. Patrz teraz kobieto podła, jak sama skrzywdziłaś własne dziecko. Odsuwa się od Ciebie? Nie dzwoni? Nie pisze? A to mi niespodzianka. Podziwiam go za to, w końcu zrozumiał. Tyle dobrego po rozpadzie małżeństwa dla niego. W końcu zobaczył,że matka to intrygantka nie zważająca na niczyje uczucia.

A jego ojciec? Niewiele lepszy. Kiedyś jakoś doszło do jego rozmowy z moim tatą. Co usłyszał mój ojciec z ust mojego teścia w ramach obrony mojego męża? „Wiesz jak to jest… Jak suka nie da to i pies nie weźmie”. Raz,że porównanie po prostu obrzydliwe. Mężczyznę do psa przyrównać, a co tu jeszcze mówić – syna do psa,który bierze jak tylko jakaś da. Dodatkowo jak widać ta jego dzika teoria mu pasuje! Ciekawa jestem tylko,czy jeśli kiedyś, jakimś trafem spotka to jego córkę, jeśli jej mąż zacznie ją poniżać i zdradzać , zostawiając samą ze wszystkim, czy i jego zdradę z głupim uśmiechem wyjaśni w ten sposób „Słuchaj córeczko, wiesz jak to jest… Jak suka nie da to i pies nie weźmie”. W moim zrozumieniu „nie wiń jego, to przez tą co dała, inaczej by nie wziął”. I żyj córko z takim dalej, mając nadzieję,że żadna więcej nie zechce dać. No bo jak zechce,to przecież wziąć trzeba!

Jak przy takich rodzicach może wychować się dobry, wartościowy mężczyzna?!

Nim powiesz „tak” upewnij się,że nie wkroczysz tym na wojenną ścieżkę z jego rodziną,bo ciężko taką wojnę wygrać. A nawet jeśli,to niesmak pozostaje na długo.

 
 

Rozwód.

10 wrz

No i stało się… Zadzwonił adwokat i przeczytał mi pozew rozwodowy, który sporządził… Przeczytał mi krótki opis mojego życia, naszego życia. Rozdrapał wszelkie zabliźnione rany! Przypomniał,że życie nam nie wyszło…
Stałam tak z telefonem przy uchu i słuchałam jak streszcze moje dawne życie małżeńskie. Jak z mocą napiera, wytyka krzywdy jakie wyrządził mój mąż. Jego głos jakby nadał tym wspomnieniom inny, bardziej dramatyczny wyraz. Nawet z tego wszystkiego nie pamiętam co dokładnie mówił, moja pamięć zgubiła kilka, może kilkanaście zdań, a on i tak mówił,że czyta w skrócie to co napisał. Głowa mnie boli, a myśli wirują. Moje małżeństwo teraz naprawdę się kończy.
Skupiam się dalej na tym,co Pan Mecenas ma mi do powiedzenia. I wtedy wpada mi w ucho „ograniczenie praw rodzicielskich pozwanemu” no i ukłucie… On się wścieknie. Niestety, tak musi być. Jakoś może by się dało to pogodzić,gdybyśmy mieszkali w tym samym mieście, choćby w tym samym kraju,ale niestety nie. Później mi mówi,że jest jedna Sędzina,co to domaga się ustalenia kontaktów. „Co Pani proponuje? Może np. pierwszy weekend w miesiącu?” , o zgrozo… że jak? „Nie, tak się nie da… Ja nie chcę go tutaj, córki on zabrać też nie może” , zaproponował więc pierwszy weekend miesiąca w obecności matki, co i tak uznał za niewykonalne „ale musimy coś napisać, bo ta Sędzina jest przekonana,że jest nakaz Sądu Najwyższego o konieczności ustalenia kontaktów”. I mówił,że na wniosek obydwojga rodziców można by zaniechać ustalania kontaktów,ale mój mąż na to nie pójdzie, nie mam szans na żadne układy czy porozumienia z mężem.
Mimo,iż nie chcę orzekać o winie, ten pozew brzmi jednoznacznie WINNY. I nie wspomniał,że teraz z kimś jestem, że żyję z innym mężczyzną. Skupiamy się na tym, co robił mąż, co doprowadziło do rozpadu małżeństwa, a nie na tym,co jest teraz.
Na koniec wspomina o obojętności ojca na dziecko o braku pomocy w utrzymaniu dziecka… Takie to zagmatwane wszystko i okropne. W tym pozwie zawarł wszystko,co doprowadziło nas do miejsca, w którym teraz jesteśmy.
Witaj, koszmarze. Otwiera się przede mną moje prywatne piekło na ziemii. Przetrwam to i mam nadzieję,że razem z Nowym Rokiem będę świętowała moje NOWE ŻYCIE.

 

Biurokracja holenderska.

10 wrz

Wiadome jest,że biurokracja była, jest i zawsze będzie trudna… A co jak przychodzi nam coś załatwić za granicą?
Najpierw był meldunek. Poszło szybko i sprawnie, papiery o zameldownaniu stałym dostałam w przeciągu 3ech dni od wizyty w Urzędzie Gminy. Bez problemu zameldowano mnie i córkę.
Konto bankowe – tu pojawił się problem. Najpierw poinformowano nas,że każdy oddział Rabobanku to odrębny bank i o założenie konta musimy pytać w innym oddziale, a nie w tym, który mamy najbliżej. Umówiliśmy się na spotkanie. Kobieta bardzo miła, tylko te pytania… Czy pracuję – ok, to pytanie rozumiem, ale później… prawie całą historię naszej relacji trzeba było opisać. Jak się poznaliśmy, co było później, czy zamierzam tu zostać, jakie mamy plany na przyszłość (czy chcemy być w Holandii, czy chcemy tutaj kupić dom itp.) no i zawsze pytanie co z ex mężem,co z rozwodem… 40 minut zakładania konta i jest ! Sukces! Kobieta ogólnie naprawdę miła, pytania zadawałe takie, jakie zadać musiała (myślę,że bank ING mniej interesuje się życiem klientów).
Przyszedł i czas na ubezpieczenie. Szczerze mówiąc to mój udział był w tym taki,że dałam swój dowód i paszport córki i sprawa podobno została załatwiona. Nim jednak formalności były zakończone było nam NIESTETY dane odwiedzić szpital. Numeru ubezpieczenia jeszcze nie było (zostało dosłać kopię dowodu i paszportu), a płatności trzeba było dokonać na miejscu. Na 4 dni po wypadku trzeba było znów wrócić do tego szpitala na kontrolę. Przy pierwszej wizycie za zrobienie 3ech zdjęć (w celu sprawdzenia,czy noga córki nie jest złamana) , założenie szwów i gipsu (w celu usztywnienia nogi – nie była złamana) zapłaciliśmy 145euro, następna wizyta – rozcięcie gipsu (za pomocą nożyczek,bo przód nie był silno utwardzony), zerknięcie lekarza przez sekundę i naklejenie przez pielęgniarkę plastra poproszono nas o dokonanie zapłaty, kolejne 145 euro. Wykonaliśmy telefon w celu wyjaśnień. Wysłaliśmy kopie dokumentów, poproszono o kopie rachunków ze szpitala. Dziecko do 18 roku ma prawo do korzystania z opieki lekarskiej zupełnie za darmo. Później mieliśmy kolejną wizytę, tym razem nie w szpitalu, a w normalnej przychodni w celu zdjęcia szwów. I czekaliśmy na zwrot kosztów szpitalnych. Dostaliśmy,ale nie zwrot, a list,że zwrócono pieniądze za wizytę w przychodni, a w przypadku szpitala zwrotu nie ma. A dlaczego ? Kolejny telefon, pytanie w czym tkwi problem, skoro wypadek miał miejsce w sierpniu, a ubezpieczenie obowiązuje od początku lipca. Okazuje się,że szpital musi wystawić jakiś dokument,że została dokonana płatność, oni muszą zwrócić. Wszystko takie pogmatwane. Dzwonimi do szpitala. Tam mężczyzna nie jest w stanie znaleźć w bazie,że w ogóle dokonano dwóch płatności. Jedna (ta druga) – owszem jest,ale żadnej wzmianki o pierwszej płatności znaleźć nie mógł. Czekamy więc,aż coś się wyjaśni, mają zadzwonić z końcem tygodnia. W każdym bądź razie okazało się,że płacić nie powinniśmy dwa razy takiej kwoty, druga opłata powinna być pobrana w zależności od tego jakie wykonano czynności względem pacjenta (w tym wypadku mojej córki), a nie kwota stała jaką zapłaciliśmy przez czyjąś niekompetencję. A może myśleli,że jak polka,to odpuści… Nie wiem. Zobaczymy co dalej.
Urząd Imigracyjny umówił mnie na spotkanie w celu rejestracji. I poproszono o dokument potwierdzający podjęcie działań w sprawie rozwodu…

 

Nienawidzę załatweń. Ale skoro trzeba,to trzeba.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii