RSS
 

Archiwum - Sierpień, 2013

Holenderska ‚impreza’ firmowa.

31 sie

Właśnie rozważam rozpoczęcie przygotowywania się na ‚holenderską imprezę firmową’. Pożera mnie stres. Może byłoby łatwiej,gdyby to była „moja” impreza, ale nie,oczywiście,że nie… Wybieram się na imprezę firmową z moim partnerem jako : przyzwoitka?nośnik jego wstydu?milczek?dziwak?dzikus?
W dalszym ciągu nie przywykłam do tego,że czasm ludzie zerkają na mnie z miną zaskoczenia. ONA NIE MÓWI PO HOLENDERSKU,A PRZECIEŻ JEST W HOLANDII! – odnoszę wrażenie,że takie właśnie słowa dudnią im w głowach. Do tego zerkają na mojego partnera – taki dobry chłopak,po co mu taki ciężar, taki problem? Prawie rozwódka do tego z dzieciakiem! Czemu nie weźmie sobie jakiejś NORMALNEJ holenderki.
I choć to co sobie uroję ma niewielki związek z prawdą – stresuję się. Będzie dużo ludzi. Szacuje się,że około 100. Jak dotąd każda impreza holenderska była dla mnie swego rodzaju torturą. Czemu? Różni się świętowanie niderlandzkie od naszego. My dobrze się bawimy, zazwyczaj w towarzystwie dobrych znajomych, a tu zaprasza się osoby,które czasem spotykają się po raz pierwszy w życiu. Do tego u nas zasiadasz gdzieś wygodnie, popijasz drinka/herbatę czy cokolwiek na co masz chęć, a tutaj większość stoi przy tych ich dzikich, zazwyczaj okrągłych, wysokich stolikach. A ja taka malutka… Przy takim stoliku z grupką holendrów wyglądam jak mała dziewczynka! (szpilki dziś ubiorę!). No i rozmawiają. Na tematy ważne i mniej. Gadają, śmieją się, niekiedy sami siebie nawzajem zrozumieć nie mogą. I co ja biedna mam począć z taką ogromna grupą ludzi? Byłam na kilku mniejszych przyjęciach. Zazwyczaj rodzinnie – bo urodziny, ale zdażyło mi się też „świętować porażkę” drużyny holenderskiej w euro 2012 w pubie pełnym holendrów, byłam też na urodzinach u znajomych mojego partnera. Tylko zabawa z okazji euro2012 była udana, bo było ze mną kilku polaków! A tutaj sama, samiuteńka! Jeszcze jakiś czas temu to jeden z pracowników miał dziewczynę polkę,ale się rozstali – że niby za bardzo się różnili, a owe różnice zaczęły ich razić na tyle,że dali sobie spokój.
No więc dotychczas każda impreza była torturą, aczkolwiek nigdy jeszcze nie byłam na takowej imprezie odkąd jestem w stanie holendrów zrozumieć. Może chociaż troszkę lepiej to zniosę. Jak będzie źle – wyjdziemy. Ani myślę dusić się w tym tłumie i chować po kątach! I jeszcze jedno co drażni… Bo wiedzą tacy,że po angielsku do Ciebie,ale nie… Oni i tak będą z rozbiegu nawijać do Ciebie w ich języku ojczystym…
Dam radę… Dam radę! Przecież będzie przy mnie mój facet idealny!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii, praca, zycie

 

ADHD? Jak rozpoznać?

31 sie

Moje dziecko jest potworem ! Wysłali ją z piekieł,żeby się nade mną znęcała ! Cóż za zła matka z takimi myślami w głowie !
Gaduła okrutna ! Pierwsze trudniejsze słowa w wieku dziewięciu miesięcy. Chodzić zaczęła w tym samym czasie. Zbyt szybko! Wtedy to ja się nawet cieszyłam,że córcia rozwija się tak szybko, teraz z perspektywy czasu wiem,że jeśli zacznie po pierwszym roku życia,to też dobrze, a nawet lepiej. No,ale moja to aktywność od małego już pokazywała.
Poza tym jest strasznie natrętna, powtarza się i gada głupoty byle gadać,byle nie zamilknąć. Nie usiedzi na tyłku 20 minut. Przy jedzeniu też aktywnie. Weźmie łyżkę zupy do buzi i zrobi z 15 podskoków,co by nie siedzieć na tyłku. Bajkę jak ogląda,to też ciągle  wruchu. Siedzi,ale kręci się, wierci, podskakuje. Słowo ‚”mama” słyszę kilkaset razy dziennie, naprawdę. Sytuacja wygląda tak:
Córka jest na dole. Słyszę „Mama!!” , „tak?” , „mama…mama…mamaaaa”, ciśnienie mi podskakuje na dźwięk tego słowa z jej ust, po czym słyszę – idzie. „Mamaaa”… Już patrzymy na siebie,ale jeszcze raz lub dwa mogę usłyszeć „mamuuuś”. No i wtedy uraczy mnie mój Potworek jakąś błahostką,albo niczym – bo zapomniała co miała powiedzieć.
I nie tylko ja tak mam. Babcia i Dziadek też już poczuli co znaczy Mai gadulstwo. Dopiero język zaczyna łapać, a gada i gada i nie patrzy, szuka nowych słów,co nie wie to „na migi” , ale będzie gadać i tyle. Strasznie ciężko ją uspokoić, nie mówi ani cicho,ani spokojnie. Szybko i głośno, jakby jej wiecznie czasu brakowało i boi się,że straci sekundę bo ktoś nie doszłyszy (?)
Do tego matkę zwykła traktować jak intruza. Wszyscy są dobrzy i kochani, a mama nie,bo mama daje zakazy. Ile razy już słyszałam,że mam sobie pójść,bo nie chce,żebym mówiła jej co ma robić. Jak krzywdę sobie zrobi przy tej swojej nadmiernej aktywności,to choćbym była blisko – ona zawoła Dziadka. Taka wnusia bardziej,niż córka. Ale jak przyjdzie co do czego,to tuli i łasi się do mnie jak mały kotek.

Wczoraj po tym jak z premedytacją trzasnęła drzwiami , zapłakana usiadłam i zastanawiałam się – gdzie popełniłam błąd?!
Mój kochany wiernie siedział przy mnie i starał się tłumaczyć,że dziecko dużo przeszło,że wiecznie dużo ludzi dookoła. No tak… I doszłam do wniosku,że moja w tym wina. Nie tylko moja,ale ja też mam w tym spory udział. Przede wszystkim to prawda,że dziecko pośród dużej grupy dorosłych przestaje postrzegać matkę/ojca jako kogoś,kto ma prawo dać zakaz, nakazać coś,czy czegoś oczekiwać. Kiedy rodzic „interweniuje” , dziecko szuka sojusznika w innej osobie dorosłej licząc na różnicę zdań i pomoc ze strony innych (babci, dziadka,ciotki czy wujka, a nawet osób obcych niedkiedy). Jest przyzwyczajone,że jak nie ta osoba się zgodzi,to druga (kilka razy się zdarzy,że mama w jednym pokoju powie NIE , zaś babcia w drugim – nie znajac opinii mamy , powie TAK). No i już dziecko ma sposób na dostanie tego,czego chce, a później to już „z górki” , zawsze szuka sojusznika.
Dochodzi nam tutaj jeszcze kwestia tego,co dziecko widzi w domu. W moim przypadku niestety córka nie miała okazji zobaczyć co to szacunek, ponieważ mój mąż dawno zapomniał,że żonę szacunkiem powinno się dażyć, zapomnieliśmy w tym wszystkim,że dziecko ‚nasiąka’ naszymi zachowaniami, wszystko ląduje gdzieś w głowie dziecka i kiedyś się ujawni. Dobrego przykładu to ona w domu nie miała. Mogła zaś zaobserwować jak łatwo mamę do łez doprowadzić, jak można ją zwyzywać i takim sposobem wychodzą jakieś tam zachowania w stosunku do mnie, przez co nie czuję się ważna, jestem ignorowana (tak samo robił mój mąż), nie jestem traktowana poważnie.
Z córką staram się rozmawiać,ale jak wspomniałam – ruchliwość jej towarzyszy nam cały czas,niby porozmawia,ale w ruchu, wykręca się, nie patrzy na mnie, czasem nawet nie słucha, tylko na odczepne powie,że rozumie i więcej tak nie zrobi.
Błędem w wychowaniu jest nasza przeszłość. Teraz idziemy powoli do przodu,ale przeszłość przecież nigdy nas nie opuści, zawsze coś z niej pozostanie. A co ze mnie za matka,że dziecka nie potrafię wychować jak należy ? Człowiek się stara, rozmawia, tłumaczy, a czasem i nawet krzyknę z bezsilności… I co mi po tym? 5 minut spokoju i powtórka z rozrywki.  No,ale dość o tym , wróćmy do wspomnianego ADHD.

Wpisuję więc w google. „ADHD jak rozpoznać?”

Nadmierna ruchliwość powoduje, że dziecko nie może usiedzieć w miejscu tak długo, jak jego rówieśnicy. Co chwila wstaje, wierci się, rozgląda.

Druga grupa objawów to zaburzenia koncentracji: dziecko nie potrafi się skupić tak długo, jak inne dzieci w klasie. Jego koncentrację zaburza każdy szczegół: odgłosy za oknem, rozmowy kolegów itp. Cierpiące na ADHD dziecko ma kłopoty z planowaniem i doprowadzeniem do końca tego, co zaczęło.

Następna grupa objawów to impulsywność. Dziecko najpierw coś robi, dopiero potem myśli. Najpierw przebiegnie przez jezdnię, a potem przypomni sobie, że jednak trzeba stanąć i rozejrzeć się. Nie potrafi cierpliwie poczekać na swoją kolej. Trudno także przewidzieć, co za chwilę zrobi. Ma kłopoty z przestrzeganiem zasad i często jest bardzo gadatliwe.”

No i niby wszystko się zgadza,ale przecież mogę wyolbrzymiać, tak? Nie porównywałam czasu jej skupienia w porównaniu do czasu skupienia innych rówieśników. W środę jednak przesiedziałam z nią pół dnia w szkole, obserwując jak wygląda dzień w tej szkole. Zauważyłam,że córka nie reaguje na prośby nauczycielki równie szybko jak inne dzieci, nie słucha, ignoruje jeśli coś jest niewygodne dla niej. Dzieci siedziały i w skupieniu słuchały kiedy nauczycielka czytała książkę, córka zaś podeszła do nauczycielki, zaglądała na rysunki zamieszczone w książce, dodatkowo komentując to co nauczycielka przeczytała. Nie potrafi zamilknąć. W grupie około 20 dzieci – ją było słychać najbardziej, najczęściej. Miała problem z usiedzeniem na krześle,wierciła się kiedy reszta dzieci prawie nieruchomo siedziała.
Myślę,że przedyskutuję to z lekarzem. Jeśli to ADHD chciałabym pomóc i jej i sobie.
Przecież ja własnych myśli nie słyszę przez cały ten czas,który spędzam z nią! A że chwilo nie pracuję,to spędzam z nią cały swój czas! Cały dzień słucham mojej gaduły, odpowiadam na dziwaczne pytania, opowiadam historie i powtarzam miliony razy,że ma nie przerywać. Staram się ją wyciszyć,ale nie udaje się. Dwa,może trzy razy zdarzyło się,że do śniadania popijała melisę z pomarańczą. Dziecko było wtedy „normalnym” dzieckiem przez jakiś czas, a później MOC WRACAŁA. Melisa niebardzo jej smakowała,więc więcej jej nie piła,zwłaszcza,że nie tędy droga,co by dziecko na chwilę wyciszyć. Tylko pomóc,jeśli faktycznie zainstniał problem,jakim jest ADHD.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii dziecko, zycie

 

„Mamo, chcę do tatusia!” oczami matki.

29 sie

Przeczytałam artykuł odnośnie matek oskarżających ex mężów bezpodstawnie o gwałty na dziecku, znęcanie się fizyczne,czy psychiczne. Sam tytuł ‚ Mamo,chcę do tatusia!” sprawił,że napłynęły mi łzy do oczu.
Czemu rozstanie rodziców w większości przypadków niesie tyle problemów, kłótni i cierpienia, przede wszystkim dla dziecka? Czemu często nie potrafimy się dogadać?

Z mężem zaczęło być źle mniej więcej pół roku po narodzinach córki. Do pół roku bardzo się starał,dużo mi pomagał i byłam bardzo szczęśliwa! Mam nadzieję,że i mąż był wówczas szczęśliwym człowiekiem.
Później niestety rodzina zaczęła go nudzić i szukał przygód. Zdradzał, wyrzucał nas z domu, mnie traktował źle. Zarzucał mi wszystko, każdy krok postawiony przeze mnie był zły! Wszystko… Szukał problemów, wymyślał. Ze swoimi urojonymi problemami lądował u matki i wyrzucał z siebie bóle,zapominając przy tym wspomnieć,że może odmówiłam sexu,bo spotyka się z inną? Ale zapomniał wspomnieć,że naczyń nie pozmywałam,bo prosto po pracy najpierw odebrałam córkę z przedszkola? Albo,że wściekła jestem dlatego,że dostał kolejną wiadomość od jakiejś kobiety? I wtedy na głowie miałam nie tylko niewiernego męża,ale i jego matkę. Kiedy podejrzewałam,że mogę być w ciąży bez ogródek zasugerował,że ‚nie czas na dziecko’ i padło z jego ust słowo ‚aborcja’ . Po jednym z wyjazdów służbowych uznał,iż już mnie nie kocha, a dziecko mam wziąć ze sobą,bo miejsce córki jest przy matce. Dwa tygodnie walki,żeby nasze małżeństwo się nie rozpadło. W końcu kolejne zdrady,kiedy to pod moją nieobecność przychodziła do niego nocą jego młodzieńcza miłość. Dość.
Wtedy też,jako iż chciałam z dzieckiem zamieszkać za granicą – teściowa schowała paszport córki. Poszłam do niej z dyktafonem, mając nadzieję,że przyzna się do posiadania paszportu i że z tym będę mogła pójść na policję w celu odebrania dokumentu dziecka od tej kobiety. Nie przyznała się. Później w telefonie męża znalazłam wiadomość od niej ” Powiedziałam jej,że to Ty schowałeś paszport,więc trzymaj się jednej wersji” . No tak, ojciec dziecka miał takie samo prawo do paszportu co i ja , więc ta WERSJA była o wiele lepsza.
W końcu odzyskałam paszport, wyjechałam za granicę z córką. Mąż już od dawna nas nie utrzymywał. Ze swojej pensji opłacałam mieszkanie, w którym mieszkaliśmy we trójkę, a z jego (o wiele większej niż moja) żyliśmy na poziomie dość niskim – mimo wysokich zarobków mi i córce nie należało się prawie nic, a jemu pieniądze rozpływały się w rękach. Później pracowałam za granicą, mąż miał dostęp do konta – kiedy chciał,to jechał i dobierał. Zrezygnował z wynajmu mieszkania pod moją nieobecność i sprzedał wszystkie sprzęty domowe, które kupiłam ja z wziętej wcześniej pożyczki! Nie był w stanie powiedzieć za jaką kwotę sprzedał to na co ja zapracowałam. Lodówka jakimś przypadkiem stanęła w kuchni teściowej. Moja lodówka!
Jestem z córką za granicą od maja. Jej ojciec także mieszka poza granicami Polski. Nie przesyła żadnych pieniędzy dla córki,’bo nie’ . Na początku miał z nią dobry kontakt za pośrednictwem internetu, ale zaczął ją buntować. Po rozmowach z ojcem córka była rozdrażniona, zdenerwowana, godzinami musiałam z nią rozmawiać, uspokajać. Kontakt się urwał,tak – ja nie chciałam kontaktu, ale po prostu dość miałam napadów agresji u córki po rozmowie z tatą. Nastawiał ją też negatywnie w stosunku do mojego partnera. Kontakt się w końcu odnowił – no tak, spróbujmy jeszcze raz, w końcu jest jej ojcem. I nagle TATUŚ zniknął na miesiąc… Zmienił numer, adres, zablokował mnie na portalu społecznościowym. Odciął się,gdyż przeszłość przeszkadzała mu w relacji z młodzieńczą miłością,z którą wcześniej mnie zdradzał. I nagle wrócił! I to jak! Zadzwonił (nie ze swojego telefonu) i mnie zwyzywał. Twierdził,że robię córce krzywdę i mam z tego satysfakcję. I mówię tutaj o krzywdzeniu fizycznym! I tu – jak widać, mężczyzna oskarża bezpodstawnie matkę. Po miesiącu od incydentu przeprosił uznając,że go wtedy poniosło. Kontakt wznowiliśmy. Szło nawet dobrze! Byłam zadowolona. Jego rozmowy z naszą córką były spokojne, nie reagował już agresywnie kiedy wspominała mu o zabawie z moim partnerem, wysłuchał, skomentował – zero problemów. Na kolejną szansę zgodziłam się za namową naszej wspólnej znajomej, która zadzwoniła do mnie mówiąc,że on bardzo cierpi,że pije,że sobie nie radzi. I nagle znów coś pękło! Stwierdził,że wciąż mnie kocha i to wyznanie mnie odstraszyło. Prosiłam już wcześniej,żeby swoje ‚uczucia’ zostawiał dla siebie. On wytrzymać nie może faktu,że jestem szczęśliwa. Mam u boku dobrego mężczyznę i jestem naprawdę szczęśliwą kobietą! Córka jest również szczęśliwa, choć na pewno tęskni za tatą. Miał szansę ją zobaczyć – nie skorzystał, zrobił z tego problem i na planach się skończyło.
Boję się jego kontaktu z córką. On jest i nagle znika, zawodzi. Obiecuje i nie dotrzymuje słowa. Kłamie, oszukuje i tylko warunki stawia! Nigdy przez myśl mi nie przyszło,żeby go oczerniać. Nigdy mnie nie uderzył i mówię o tym głośno! Choć szarpnął, odepchnął czy obraził słownie – nigdy nie uderzył. Dla córki był różny. Miał lepsze i gorsze dni. Raz był świetnym ojcem, a raz jak przełożony w wojsku wydawał rozkazy, a za nieposłuszeństwo wymyślał kary (to siedzenie w pokoju, to w łazience przy zgaszonym świetle), wrzeszczał na nią, przeklinał i bił. Nie miał wyczucia, uderzając taką kruszynkę z taką siłą… A maleńka była,kiedy zdarzało mu się uderzyć ją w głowę, już nie z taką siłą jak w tyłek,ale zdarzało się… I o tym nie mówię, nie chcę tego wyciągać w sądzie, nie chcę o tym mówić głośno! Bo choć kończyło się to naszą kłótnią , wrzaskiem, to wychodzi na to,że trwając 3,5 roku z tym mężczyzną – godziłam się na jego zachowania. Nie chcę też mówić o tym, rozdrapywać ran. Tym bardziej nigdy nie skłamię,że zrobił coś,czego tak naprawdę nie zrobił.
Tylko ten kontakt. Co jeśli staram się to ograniczyć tylko dlatego,że wiem,że on zawiedzie… Na czym ucierpi córka. Bo on w końcu znów zniknie na jakiś czas. Taki typ człowieka ‚pan życia’ , bo dużo zarabia i wolny jest,to może wszystko.
Naskakujemy na matki, już nie te co kłamią – a wszystkie rozwódki z dziećmi,bo dzieci zabrały. Ale jeśli naprawdę matka byłaby taka zła, a ojciec taki dobry,to znalazłby się sposób,żeby to ojcu przyznano opiekę,nie matce.
Uważajmy więc na słowa i nie wrzucajmy wszystkich ‚do jednego worka’ .

 


http://wiadomosci.onet.pl/prasa/mamo-chce-do-tatusia/nfmet

 

Agencja pracy za granicą.

29 sie

W internecie możemy znaleźć wiele komentarzy odnośnie Agencji Pracy za granicą. Osobiście pracowałam dla trzech Agencji Pracy. Jeśli o komentarze chodzi to raczej nie sugerowałabym się nimi. Natykamy się na komentarze pozytywne jak i negatywne. Zazwyczaj więcej jest tych negatywnych. Dlaczego? Powiedzmy,że na 100 osób pracujących 10 ma niemiłe doświadczenie związane z daną firmą. 10 osób chętnie wypowie się w internecie na temat firmy by dać upust swoim nerwom, by się ‚odegrać’ , pozostałe 90 osób nie dbają o opinię firmy w internecie, są zadowoleni z firmy i nie czują potrzeby doszukiwania się komentarzy w internecie, a co za tym idzie – nie będą też pisać własnych opinii. Rozmawiałam ze znajomymi,którzy również pracują przez Agencje Pracy (a znajomych mam takich sporo) i każdy potwierdził,że praca jest i nie wypowiadają się na żadnych forach, nie komentują. Także sprawa komentarzy jest jasna. Czemu mamy 20 negatywnych komentarzy i 3 pozytywne? Bo wypowiedziało się 99% osób,którym coś nie odpowiada i % tych,którzy są z pracy zadowoleni.
Najlepiej sugerować się kimś znajomym, kto był, zna firmę i ma o niej coś do powiedzenia.
Często ludzie zapominają,że w każdej firmie za cały planning, organizację i kontakt z ludźmi odpowiada jedna i ta sama grupa osób. To są tylko ludzie, nikt nie jest nieomylny i czasem może zdarzyć się jakiś błąd.
Błąd typu literówka w nazwisku na umowie (do zmiany przecież) , nieodpowiedni wydruk z wypłaty, czy nie naliczone godziny z powodu pracowania u różnych pracodawców,czy po prostu zła ilość godzin przesłana przez osobę za to odpowiadającą w danej firmie. Wszystko jest do wyjaśnienia, powinniśmy usłyszeć PRZEPRASZAM jeśli ktoś popełnił błąd.

Dziś i mnie taki błąd dopadł. Dostałam wiadomość,że dziś mam iść do pracy. Wstałam więc po 6:00, przygotowałam się do pracy, przygotowałam córkę by odwieźć ją do znajomej,która chętnie się nią zajmuje pod moją nieobecność. Z dziwnym przeczuciem i uciskiem w żołądku wyszłam do pracy,po raz pierwszy zabrałam ze sobą klucz. Pojechałam we wskazane miejsce, weszłam do kantyny i przywitałam się z resztą pracowników. Dziwnie było ich zaskoczone miny zobaczyć. Wtedy przyszedł szef. Zerknął, przywitał się i poszedł. Później wrócił i  z zaskoczeniem pyta czemu zostałam wysłana dziś do pracy. I mnie o to pyta? Wytłumaczyłam,że dostałam wiadomość z firmy i jestem. Chwilę później dzwonił już do firmy i wyjaśniał pomyłkę. Ostatecznie przyjechał po mnie kierowca (równie zły jak ja. On dlatego,że musiał zrobić dodatkowy kurs,żeby mnie odwieźć,a ja – że nie potrzebnie z domu z rana wychodziłam). Dostałam telefon z firmy i to oni mnie pytali kto się kontaktował ze mną wczoraj. Jeden drugiemu nie przekaże i problemu szukają poza biurem, zamiast między sobą rozwiązać. Wróciłam do domu. I nie narzekam… Tylko czemu przeprosił mnie niczemu winny szef z pracy, a osoba,która zrobiła pomyłkę na słowo ‚przepraszam’ się nie odważyła? Nawet z firmy dzwonił ktoś inny, żeby tylko na kogoś odpowiedzialność zrzucić. No nic… Normalnie to nie ma z nimi problemu. Nie ma ludzi nieomylnych… Tylko to duża sprawa. Bo,żeby wpaść na pomysł wysłania mnie do pracy musieli dostać telefon, e-mail, cokolwiek. Jeśli nie dostali nic… ? Pewnie ktoś inny nie poszedł do pracy,bo wiadomość była pisana dla kogoś innego, a poprzez pomyłkę trafiła do mnie. Przemęczenie? Natłok pracy? Tak czy siak każdą kolejną wiadomość potwierdzę jednak telefonicznie.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii praca

 

Pierwszy dzień w holenderskiej szkole.

28 sie

W końcu nadszedł długo wyczekiwany dzień przez moją córkę. Pierwszy dzień szkoły. Troszkę się to różni od zwyczajów w Polskich szkołach. Do klasy przygotowawczej dziecko trafia kiedy kończy 4 lata. Nie zaczyna szkoły wraz z ogólnie przyjętym ‚pierwszym dniem szkoły’ , a w dniu swoich urodzin. Jako,że do czterech lat brakuje nam miesiąca – możemy ‚popatrzeć’ , co ostatecznie jest zwykłym udziałem córki w nauce i zabawach,ale tylko jeden raz tygodniowo (i tak aż do urodzin).
Dziś przypadł nam ten pierwszy raz. Stres – jak to zazwyczaj z mamą bywa. Musieliśmy zostać z córką w szkole i przypatrywać się zajęciom. Pokazano nam w ten sposób jak wygląda ‚ normalny’ dzień w szkole, jak traktuje się dzieci i co dzieci robią (mają konkretny plan dnia i zawsze tak samo).
Na początku usiedli w kółku i jako,że nasza Terrorystka nowa,to każde dziecko miało się przedstawić. Jestem pewna w 100%,że nie udało jej się zapamiętać żadnego z imion,no może poza Sam. Ja zapamiętałam Liekke (czy jak to się pisze), Sam, Ksawie , Melanie , Charlotte, Starke i Lente (co oznacza po prostu – wiosna) , a przecież było więcej dzieci. Tylko te imiona takie dziwne…
Po rozmowach ‚w kółku’ dzieci dobrały się w pary, Maję ‚zarezerwowała’ sobie Melanie i w parach wyszły pobawić się na zewnątrz. Wyjęto rowery, hulajnogi, różnego typu wózki do ‚ wożenia się nawzajem’ plus oczywiście mają tam zjeżdżalnię i miejsce do wspinania się.  Straszne zamieszanie, krzyki (dobrze,że reszta uczniów ma swoje klasy z drugiej strony budynku).
Dzieci opiekunkę zabrały w pobliże zjeżdżalni,co by pomogła się wspinać. I naglę widzę opiekunkę przy chłopcu. On płacze, trzyma się za ucho. Robi się z tego lekki szum,ale opiekunka w spokoju idzie by zadzwonić do matki owego chłopca. Po chwili dowiadujemy się,że chłopiec włożył kamień do ucha. Pierwsze pytanie które się nasuwa – dlaczego?
Chłopiec przestał płakać, usiadł obok mnie na ławce i czekał na przyjazd mamy. Kobieta przyjechała po około 15 minutach. Pokiwała palcem, zajrzała do ucha. Kamień podobno było widać,choć był dość głęboko. Zabrała go więc do lekarza rodzinnego. Klasa córki, a my razem z nią wróciliśmy do sali,gdzie dzieci mogły wziąć swoje plecaki i zjeść owoce. 15 minut na tę przyjemność mogą przeznaczyć. Jeśli chcą wyjść do ubikacji,to zakładają specjalne ‚ korale’ na szyję. Następnie był czas na zabawę w sali. Gry edukacyjne, malowanie farbami, kredkami, wyklejanki, wycinanki czy klocki. Z grupą starszych dzieci opiekunka usiadła przy stole i rozważali kwestię dzielenia słów na sylaby (od tego w znacznym stopniu zależy wymowa). Wtedy też wrócił chłopiec od kamienia w uchu. Jego matka z uśmiechem stwierdziła,iż kamień był większy niż się wydawał,ale lekarz go wyjął i wszystko z chłopcem w porządku. Początkowo matka była zła. Myślę,że to zrozumiałe… W końcu to nie wypadek niezależny od dziecka, a jego własny wybór. Nikt mu przecież tego kamyka na siłę w ucho nie wpychał. W każdym bądź razie chłopiec z zadowoloną miną zajął się malowaniem. Jak wyjął klocki,to nauczycielka poprosiła,żeby nic do ucha ani do nosa w żadnym wypadku już nie wkładał.
Następnie nadszedł czas na sprzątanie, czytanie książki i w końcu do domu.
Córka zadowolona. Nie może doczekać się przyszłego tygodnia. W poniedziałek znów idzie do szkoły. A ja… mieszane mam uczucia co do tej szkoły. Dużo swobody mają dzieci jak na ten wiek. Na rowerach jeżdżą szybko i nieuważnie, nie trudno więc o wypadek. Kilka razy było ‚ o krok’ od wypadku… Ale może jako matka jestem przewrażliwiona? Mój kochany zapewnia mnie,że w każdej szkole tutaj tak jest i wszystko będzie dobrze. Jest kilka ‚dobrych duszyczek’ w tej grupie,co to mimo młodego wieku czuwają nad bezpieczeństwem innych. Jest jeden taki chłopiec co najbardziej rzucił mi się w oczy. Blondynek, przypuszczalnie kilka miesięcy od mojej córki starszy i wyższy i łuszczycę ma co dzieciom w ogóle nie przeszkadza, nikt go nie odtrąca,ani się nie brzydzi… On najbardziej zważa na resztę. Taki dobry, opiekuńczy chłopak. Najważniejsze,że córce się podoba i chce jak najszybciej poniedziałek.
Jak widać różni się szkolnictwo holenderskie od polskiego. Nie mniej jednak zdania nie zmienię – szkoła w Polsce jest po prostu lepsza.

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii dziecko, szkoła, zycie