RSS
 

„Tatusiu przyjedź sam”

17 paź

Nasze życie przez jakiś czas było spokojne. Dogadywałam się z moim byłym mężem na tyle dobrze,że udało się normalnie funkcjonować w zgodzie. Wakacje minęły nam spokojnie, bez niepotrzebnych sprzeczek. Wszystko poszło tak sprawnie i łatwo,że niemal uwierzyłam,że teraz już będzie dobrze.

Ostatnio zapytał o weekend z córką. Najpierw trochę wymyślał,ale ostatecznie doszliśmy do porozumienia w tej sprawie. Zgodziłam się na weekend. Miał wynająć im hotel z basenem niedaleko morza, bądź wynająć sobie hotel niedaleko naszego miejsca zamieszkania, spędzać dzień z córką i odwozić ją na noc do domu,bo nie widziałam sensu,żeby dziecko spało w hotelu 5 czy 10km. od domu.
Już nawet zapomniałam o tym weekendzie, nie myślałam o tym w ogóle – cóż, przyjedzie to przyjedzie,tak ? Córka uradowana, bo będzie miała tatę dla siebie i tak czeka na weekend z nim. Wtedy właśnie następuje wybuch i plan się posypał. Okazało się bowiem, czym sam się pochwalił, że wziął sobie do serca rady wszystkich i znalazł dziewczynę. Wspaniale…. by było, gdyby nie fakt kim ona jest. Na moje (i jego zresztą teraz już też) nieszczęście związał się z kobietą, , z którą mnie zdradzał. Może gdyby wtedy się przyznał, był z nią to do tej pory już bym to przetrawiła i zaakceptowała,ale nie! On kontynuował swoje kłamstwo 3 lata, wmawiał mi,że nigdy z nią nie spał,że (o losie!) ona jest dziewicą (tak, niezmiernie to było miłe,kiedy mąż mówił mi o jej dziewictwie, jakby to było normalne,że ma takie informacje), że on z nią nigdy nic, zero uczuć do niej, a teraz nagle co?
I nie, oczywiście,że nie chodzi o to,że on ma być sam. Życzę mu normalnej, poukładanej kobiety, z którą założy rodzinę i będą żyli długo i szczęśliwie. Chodzi o to,że on wlecze za sobą przeszłość i narzuca mi ją, a mnie to po prostu wciąż boli. Nie potrafię zaakceptować jej w pobliżu mojego dziecka. Kiedy słyszę jak córka mówi o niej „ciocia„… Nie! Ciocie nie rozbijają rodzin, nie kradną męża i ojca. Ona nie zasługuje na miano cioci.
Kiedy córka dowiedziała się,że tatuś planuje weekend z nią i CIOCIĄ , była bardzo zawiedziona. Pewnie ją lubi,ale chce tatę dla siebie. Powiedziała mu,że ma przyjechać sam, a on w moment naskoczył na mnie i grozi sądem. Jeszcze brakuje tego,żebyśmy się po sądach ciągali przez jego pseudo-dziewicę.
Nie zamierza zrobić tego, o co prosi córka, a ja nie zamierzam się ugiąć. Jeśli przyjedzie z nią, to będzie miał okazję pokazać jej kawałek kraju, ale moja córka nie będzie ich zabawką wypożyczoną do zabawy w dom. Jak mają chęć na takie zabawy, niech sobie sprawią własne dziecko. Jeśli tak bardzo kocha córkę i tak bardzo chce się z nią spotkać to proszę bardzo,ale ten czas będzie ich czasem i poświęci jej 100% uwagi, nie będzie jej dzielił między córkę i kobietę , która zniszczyła nasze małżeństwo.

Może inaczej by to wyglądało jakbyśmy mieszkali niedaleko siebie, oni mieszkali by razem, a spotkania córki z tatą byłyby częste. Niestety (a może i nie) córka widuje go w wakacje,bo mimo,iż mogą spędzać ze sobą każdy pierwszy weekend miesiąca – nie widują się. Jest to niewykonalne ponieważ mieszkamy w innych krajach. Jeśli jest możliwość na ich wspólny jeden weekend w roku,to niech to będzie ich czas, ona nie musi tu przyjeżdżać.

Nie chcę się nawet zastanawiać nad tym,czy moja reakcja jest odpowiednia. Przemyślałabym to może jeśli córka nie miałaby problemu z dzieleniem się tatusiem, ale ma… A ja nie pozwolę mu narzucać swoich widzi-mi-się  córce i mi, tak jak robił to kiedy jeszcze byliśmy małżeństwem.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii dziecko, rozwód, uczucia, Związek, zycie

 

„Ah, jak kocham swoją pracę ! ”

17 maj

Dziś zupełnie o czymś innym z okazji tego,że właśnie kończy się długi weekend. Wizja poniedziałku, porannej pobudki i spędzenie 9 godzin w pracy przyprawia mnie o ból głowy. Im dłuższy weekend, tym większa niechęć. A skąd bierze się ta cała niechęć ?
Zacznijmy od początku.
Z braku innych możliwości trafiłam do pracy w szklarni. Kilka pierwszych dni wspominam dość dobrze. Było wesoło, ciepło i towarzystwo całkiem w porządku. Po tygodniu okazało się,że towarzystwo podzielone jest na jakieś dziwne grupy i jedni uśmiechając się do drugich nieustannie za plecami o nich dyskutowali i oczywiście nie były to miłe komentarze. Po trzech tygodniach wysłałam CV do innej firmy i następnego dnia zaczęłam nową pracę. Właśnie tę, gdzie pracuję do tej pory.
Pierwszy dzień wiązał się z ogromnym stresem. Wiedziałam mniej więcej co mam robić, ale dowiedziałam się też,że jest tam kilka polek w przedziale wiekowym 25-30 lat. Wiecie jak to polak-polakowi za granicą, a jeszcze jak jest większa grupa kobiet… Dziewczyny jednak pozytywnie mnie zaskoczyły. Były miłe , pomocne i udało się przebić do ich grona mimo tego,że one znały się już od kilku lat. 9 godzin w pracy mijało jak 3. Pierwsze dwa tygodnie zegar jakby oszalał i nim się obejrzałam była 17:00. Po miesiącu zaproponowano mi przeniesienie z działu pakowania na dział produkcji. Propozycję argumentowano tym,że ja chcę pracować dłużej, a tam będzie im łatwiej zapewnić mi pracę. I tak oto z pracy w grupie przerzucono mnie do pracy w pojedynkę. Cieszyłam się ! O ile praca w grupie jest przyjemna,bo czas biegnie jak szalony przy rozmowach i wygłupach, o tyle praca w pojedynkę pozwala mi na ustalenie własnego tempa, planu dnia pracy i nie muszę sugerować się innymi – wszystko robię w swoim czasie. Później przyszły 3 tygodniowe wakacje dla wszystkich i udało się wypocząć na tyle, by w pełnej gotowości wrócić do pracy.
I wszystko potoczyłoby się spokojnie i powoli ku kolejnym wolnym dniom (a tutaj akurat dłuższe wolne miało nastąpić dopiero w grudniu). Niestety jedna z „nowych” dziewczyn drogą manipulacji i kłamstw doprowadziła do serii kłótni i wyrzutów po czym została zwolniona za wprowadzanie niemiłej atmosfery w miejscu pracy. Nim jeszcze odeszła, oczywiście płacząc, rozpowiedziała jak to została zwolniona przez jedną z dziewczyn, która podobno ma na to jakiś wpływ i rozmową z szefem wymusiła jej zwolnienie.
Odeszła i wydawało się,że można odetchnąć i wrócić do normalności. Jednak nie. Kilka osób , wierząc jej na słowo, chyba bardziej z przerażenia niż ze złości – kontynuowało kłótnie. Każda rozmowa przepełniona była fałszem, bo inne „nowe” dziewczyny, wierząc,że mogą stracić pracę za sprawą koleżanki – po prostu przymilały się, a kiedy nie było jej w pobliżu to… sami wiecie.

Do dziś nie wiem jak to się stało,że dziewczyny uwierzyły w historię o wymuszonym zwolnieniu, jak to możliwe,że wierzą,iż którykolwiek z równorzędnych im pracowników ma jakikolwiek wpływ na zwolnienia oraz jak to możliwe,że dwie z nich, trzepocząc rzęsami wzięły pod swojego buta szefa, staruszka, który chętnie dyskutuje z nimi na tematy, które w pracy w ogóle nie powinny być poruszane.

Każdego dnia wchodzę tam z nadzieją na dobry dzień, jakieś zmiany na lepsze. Z nadzieją,że pewnego dnia za sprawą zwykłego pstryknięcia palcami  wszystko wróci do normy i będzie jak wcześniej.
Praca sama w sobie nie jest zła. Idę, robię swoje i zarabiam przyzwoite pieniądze. Tylko ta atmosfera ! Czeka się aż ktoś pojedzie na urlop,żeby było troszkę lżej, ale to chwilowe tylko. I choć cała ta sytuacja jakoś bezpośrednio mnie nie dotyczy  – męczy okrutnie. Co najgorsze – w samym środku tego zamieszania jest moja dobra znajoma, która niestety bardzo to przeżywa.
W pracy tworzymy bardzo małą grupę. Niespełna 20 osób (licząc dwa działy razem), dlatego też wszyscy byli dość zżyci ze sobą i czekało się na przerwę,żeby móc posiedzieć , porozmawiać. A teraz? Książka i kącik,bo nie ma z kim i o czym. Wielka szkoda.
Niedługo czeka nas wyjazd integracyjny. Ciekawa jestem jak to wypadnie. Wszyscy zgłosili chęć wyjazdu. Może to będzie jakiś przełom? Oby !

Na to czy lubimy pracę czy nie składa się wiele czynników. Choćby praca była cudowna – jeśli otaczają nas ludzie, z którymi spędzenie kilku godzin to tortury – nigdy nie będziemy zadowoleni z pracy, nigdy nie pójdziemy z chęcią i uśmiechem. Praca, choćby była skrajnie beznadziejna, ale z wspaniałymi ludźmi zawsze da nam więcej satysfakcji, a i chęci do pracy będą większe.
Na upartego – przecież można by szukać „szczęścia” gdzieś indziej. Tylko kto da nam gwarancję,że nie trafimy z deszczu pod rynnę? Dlatego warto zadbać o to,żeby atmosfera w pracy nas nie dołowała,a  stosunki między nami, a innymi pracownikami były w najgorszym wypadku po prostu neutralne. Przede wszystkim należy pamiętać,że robimy to dla siebie samych.

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii polacy za granicą, praca, zycie

 

Cisza przed burzą ?

16 maj

Od około tygodnia znów nastała cisza i spokój. Ostatnio córka rozmawiała z tatą tydzień temu, a dzień później ja i od tego momentu przepadł. A to niespodzianka ! Znając życie, któregoś dnia zadzwoni w najbardziej nieodpowiednim momencie, ja nie odbiorę, a on znów wyśle mi wiadomość,że on dzwoni, a ja nie odbieram i co się znów dzieje. I znów będzie narzekał na mnie i wytykał mi,że utrudniam mu kontakt z córką. Ah, taki nasz standard, nawet jeśli jakoś się dogadujemy – przychodzi moment kiedy ja jestem winna. Winna jestem temu,że dzwoni, kiedy córki nie ma w domu, dzwoni kiedy ja jestem w pracy lub dzwoni,kiedy to mnie nie ma w domu. Ostatecznie to ja proponuję konkretny czas na wykonanie telefonu do dziecka, on wtedy umawia się na kolejną rozmowę telefoniczną, bądź skype, po czym albo zapomina, albo coś mu wypadło, nagle dostał telefon z pracy i musiał jechać, internetu nie było i takie tam różne inne, równie ciekawe wymówki (jak na poranek niedzielny bardzo wymyślne). Tak to już jest,ale nie ma się co martwić,bo idą wakacje, będzie miał na pewno jakiś interes do mnie,więc niedługo zacznie się przymilać i choć przez chwilę będzie słowny. Chociaż tyle ! Nie po to rozwiodłam się z tym człowiekiem,żeby znów musieć zastanawiać się co nim kieruje i jaki jest jego tok myślenia. W dalszym ciągu jest to dla mnie niezrozumiałe.

Ostatnio sporo myślałam o naszej wspólnej przeszłości i zastanawiałam się czy był choć cień szansy na „happy end”. Faktem jest,że jeśli bardzo się chce i wierzy się w zmianę człowieka na lepsze – łatwo można wybaczyć. Pozostaje więc tylko jedna kwestia, czy da się zapomnieć ? Czy naprawdę jest możliwe zapomnieć wszystkie upokorzenia, kłamstwa, całe ten ból, który ktoś nam sprawił ?
Jeśli o mnie chodzi, chyba jestem osobą zbyt pamiętliwą. Uważam,że każda kłótnia polegałaby na wyciąganiu z przeszłości tego,co zrobił, czym mnie zranił. I całe to życie, do końca już przeplatane by było żalem z przeszłości. I choćby mi nieba uchylił, przyszedłby moment załamania, na pewno. Podejrzliwość by mnie zżerała i nie miałabym żadnych szans by wygrać z uczuciem zazdrości. Zaufanie zdeptane w przeszłości nie pozwoliłoby mi wierzyć mu w 100% choćby przysięgał.
Wydaje mi się,że coś, co zostało ostatecznie unicestwione przez całą masę być może nieprzemyślanych nawet zachowań – nie zostanie nigdy odbudowane. Nigdy nie będzie takie jak było, żal pozostanie na zawsze. A czy takiego życia chcemy? Dla mnie to życie pełne fałszu, oszukiwanie samego siebie. Takie życie nie ma najmniejszego sensu. Żal zawsze wygra bitwę ze szczęściem. Zdepcze je przy każdej możliwej okazji. Nie ma to najmniejszego sensu. Dla nas nie było więc „happy endu”. Ani cienia szansy.

 

Podziwiam osoby, które potrafią wybaczyć i zapomnieć. Zacząć od nowa i żyć szczęśliwie nie patrząc w przeszłość.

 

Wojna o nic.

06 kwi

To juz niemal 10 miesięcy od orzeczenia rozwodu. Co sie zmieniło ? Wiele.

Podczas rozprawy były małżonek starał sie wywalczyć wiele. Nie odpowiadało mu ograniczenie praw , rzadki kontakt z córka, zbyt rzadkie spotania, za krótkie widzenia z córka , a to w wakacje im chciałby więcej niż oferowałam.

Ostatecznie ma prawo do spotkań z córka w każdy drugi (bądź pierwszy) weekend miesiąca. Z możliwości tej oczywiście nie korzysta, bo mieszka za daleko. Mimo to walczył o ten weekend zaciecie. Nastepnie Wielkanoc. Walczył o możliwość spotkania z córka w Swieta Wielkanocne , otrzymał dwa dni z możliwościom zabrania córki poza miejsce zamieszkania,ale i z tego nie skorzystał. Święta Bozego Narodzenia zaś wykorzystał jak tylko mógł i spędził je razem z córka.  Chociaż tyle. Powoli zbliżają sie wakacje. To byŁa najtrudniejsza kwestia do rozstrzygnięcia. Ja proponowałam dwa tygodnie , a adwokat męża twardo sie licytowała o więcej. Przystało na 20 dniach. Ex juz wspomniał , ze 20 dni to dla niego za duzo i nie ma szans dostać tak długiego urlopu ! W sadzie zarzekał sie,ze bez problemu otrzyma urlop i spędzi czas z córka. Teraz i data mu nie odpowiada i ilośc dni. Z chęcią zgodziłam sie na przesunięcie daty, bo akurat miał zabrać córke w okresie kiedy i jak mam urlop. Z 20 dni zrobiły sie 2 tygodnie. Prawdopodbnie. Jest bowiem jeszcze jeden problem do rozwiązania. Chodzi o to jaki środek transportu zaproponuje i gdzie zechce ja zabrać.

Jesli chodzi o podróż samochodem – jestem całkowicie na NIE. Sam do tego dopradzil swoją bezmyślnością podczas ostatniej podróży z córka. Nie toleruje naraza ja zdrowia i zycia córki oraz wyrabiania złych nawyków. Pozwolił jej podróżować na jego kolanac zamiast w foteliku ! Od tego momentu skończyły sie ich wspólne podróże autem. Próbowałam z nim o tym rozmawiac. Może i zmieniłabym zdanie, ale on wciąż nie widzi w tym nic złego. Dla niego nie ma problemu , ponieważ córce w foteliku nie było wygodnie.  Samolot byłby świetnym rozwiązaniem gdyby nie to, ze jemu wydaje sie, ze to mój obowiązek podstawić mu dziecko pod nos na lotnisko. Jego przerośnięte ego nie pozwala mu po prostu poprosic mnie o to. On wymaga, a ja mam zrobić – tyle. Zero próby rozmowy, wiec zero próby z mojej strony by mu cokolwiek ułatwić. Nastepny problem pojawi sie jeśli zeche zabrać ja do Anglii. Nie wiem gdzie i z kim on mieszka, to moga być różni ludzie, być może on sam nie zna ich za dobrze. Uważam, ze córka jest zbyt mała , zeby na to pozwolić. On niechętnie jeździ do Polski, bo (zdaje sie ) przejrzał na oczy i nie odpowiada mu pobyt u rodzicow.

Ciezko jest zadowolić na raz dwójkę rozwidzionych osób dzielących sie dzieckiem. Z mojej strony bywa to , czasem może zbyć wyolbrzymiony , strach o córkę , a z jego zazwyczaj zwykła chęć wyegzekwowania tego,co nakazał Sad.

Ostatecznie staramy sie szukać kompromisu i wychodzi nam to lepiej  niz kiedy byliśmy małżeństwem. W okresie małżeństwa kompromisów nie było, musiało być tak jak chciał on, ja nie miałam prawa głosu. Teraz jedna udaje sie jakoś dogadać.  Nawet przyjazd po córkę przed Bożym Narodzeniem przebiegł bezproblemowo. Oboje dołożyliśmy starań, by nasza niechęć do siebie nie dała sie odczuć córce.

Przed nami jeszcze wiele do zrobienia, zeby ten kontakt miedzy nami był w miarę poprawny na codzień ( w dalszym ciagu mam chęć rzucić telefonem , gdy w czasie pracy dzwoni mój telefon i wyświetla sie jego numer). On zaś musi zrozumieć,ze fakt iż „nie zione ogniem” wcale nie oznacza, ze mięknę i chciałabym znów z nim być, ponieważ każda normlna, spokojna rozmowa powoduje u niego napływ uczuć (tak, tak , napływ uczuć do tej bezdusznej, podłej, okrutnej ex zony ) i kończy sie jego niepotrzebnym nawiązywaniem do przeszłości. Najwyrazniej on pamięta mniej złego niż ja ( a to ciekawe, bo podobno to ja bylam ta zła w zwiazku) , bo wspomina wtedy rzeczy, o których ja juz nawet nie pamietam. Nie mam nawet pewności,ze to sie kiedykolwiek wydarzyło.

 

Mi zależy tylko na tym co tu i teraz, nie interesują mnie wspominki pojedynczych , milych sytuacji z przeszłości. Gdyby nie to, ze świecie wierze w to,ze kontakt córki z jej biologicznym ojcem jest ważnym elementem w jej życiu – na pewno zechciałabym sie odciąć od tego skrawka przeszłości. Mając dziecko swoje potrzeby odstawia sie na bok, to dziecko jest ta częścią naszego życia, o która musimy zadbać. Niestety to,co jest dobre dla naszego dziecka nie zawsze jest dobre dla nas samych, nie ma tu jednak miejsca na samolubstwo.  A juz na pewno nie wtedy, kiedy chodzi o kontakt z biologicznym ojcem.

 

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Orzeczenie rozwodu na pierwszej rozprawie?

08 sie

Wojna została zakończona , a przynajmniej tak mi sie wydaje.

Do Sądu wybrałam sie z przyjaciółką. Potrzebowałam wsparcia, to akurat nie podlega dyskusjom – sama dotarlabym na miejsce zalana łzami i rozdygotana. Rozwód niósł ze sobą wiele dziwnych, czasami sprzecznych emocji. Cieszę sie, ze mialam obok kogoś, kto wierzył w powodzenie bardziej niż ja sama. Czekając na „spowiedź” z naszego wspólnego życia przed Sędzią poczułam uderzenie gorąca, kiedy zobaczyłam, ze nadchodzi przyczyna moich wszystkich problemów. Zerknął jedynie w nasza stronę z tym swoim cwanym uśmiechem. Zgodnie z prawdą szepnęłam do przyjaciółki, ze rozstanie mu służy, wyglądał o dziwo bardzo dobrze. Nieważne. W koncu zawołano nas do sali rozpraw. Sposob w jaki adwokat męża zaczęła przedstawiać ich stanowisko odrazu dał mi odrobinę przewagi. Na 2 tygodnie przed rozprawa Sedzina zwołała posiedzenie , spotkała sie z naszymi prawnikami i zasugerowała odpuszczenie orzekania o winie. Wtedy tez doszliśmy do porozumienia przez co termin rozprawy był bardzo szybki. Według tego co ustalono na posiedzeniu – mieliśmy szybko zamknąć sprawę, podtrzymać stanowiska przedstawione na posiedzeniu i szybciutko zakonczyc małżeństwo. Adwokat męża okazała sie waleczną kobieta. Nie zważając na poprzednie ustalenia zaczęła od tego, iż jednak podtrzymują wszystko co jest w ich odpowiedzi na pozew. Nim to powiedziała, mąż z cwana miną pokręcił do mnie głowa dając znak,ze jednak nie zamierza sie dogadać. Wtedy poleciały pierwsze łzy.

Sędzina nie kryła niezadowolenia, mogłabym powiedziec,ze była po prostu zła… Wspomniała o wymuszeniu szybkiego terminu i manipulacji. Nie tyczylo sie to mnie i mojego adwokata, my wywiazalismy sie z umowy. Poprawiliśmy pozew, odpuscilismy orzekanie o winie (w zanadrzu jednak mając ewentualne poprawki do pozwu i listę świadków – wlasnie na wypadek jesli ich odpowiedz na pozew zostanie podtrzymana). Oni zaś , najpierw godząc sie na to i owo, nagle wyskoczyli z orzekaniem o winie, żadnej próby dogadania sie, wszystko tak, jak napisali wczesniej. Po tym jak Sędzina wściekła dała do zrozumienia adwokatowi męża, ze nie tak miało byc- przeszła do pytania o paszport córki. Problem wynikł w trakcie pierwszej mowy adwokata męża. Mąż chciał, żebym podczas pobytu w Polsce (polecialam do Polski na 2 dni, na sam rozwód) wybrała sie z nim do Urzędu Wojewódzkiego w innym miescie niz mieszkamy i innym niz to, gdzie znajdował sie Sąd Okręgowy i wyrobiła z nim paszport dla córki. Ja oczywiście się z tym nie zgodziłam biorąc pod uwagę czas jakim dysponowałem, brak chęci spędzenia z nim czasu i …. Szczerze mówiąc… Prosiłam go o zgodę na paszport dla córki ponad rok, takiej zgody nie otrzymałam, wiec czemu mialam tracic teraz swój czas i nerwy,bo on tego chciał? Miał ponad rok,zeby wysłać mi zgodę, nie zrobił tego, a ja dłużej nie zamierzałam tańczyć jak mi zagra. Wyjaśniłam jak z mojej strony wyglada ta kwestia i nie została ona juz pozniej więcej poruszona. Ostatecznie Sędzina zarządziła przerwę i najzwyczajniej w świecie kazała nam sie dogadać. Dyskutowalismy kilka minut na korytarzu. Poruszaliśmy kwestie ograniczenia praw o czym mąż w ogóle nie chciał słuchać, ustalenia kontaktów (tu wściekałam sie kiedy adwokat męża nie dał dojść mu do słowa, tylko targowala sie ze mna jak jakas przekupa na targu o czas mojego dziecka!!) , wtedy tez jej profesjonalizm niemal mnie powalił, kiedy to położyła dłoń na klatce piersiowej mojego męża i zwracając sie do niego po imieniu powiedziała „ja bym sie zgodziła” (na ograniczenie praw). Wczesniej bowiem kwestia ograniczenia została poruszona. Mąż nie chciał ograniczonych praw, a dodatkowo życzył sobie, zeby podróż córki za granice wymagała jego pisemnej zgody. Sedzina uznała to za żart, skoro dziecko mieszka za granica i wiadomo,ze musi mieć możliwość swobodnego podrozwołania poza granice kraju, przy czym padło,ze maz chce miec cos do powiedzenia jesli np.zechce zabrac corke do stanow zjednoczonych, on chce miec możliwość po prostu sie na to nie zgodzić, nie chciał, żebym mogła bez jego zgody wyrabiać dziecku paszport/dowod, co tez uznała za niedorzeczne, bo jesli dziecko zechcialabym zabrać do stanów bez zgody ojca, miałabym na to 5 lat od wyrobienia jednego dokumentu do potrzeby wyrobienia nowego. Dodatkowo uznała tez, ze miedzy mna, a mężem jest duży konflikt przez co nie widzi mozliwosci powierzenia władzy rodzicielskiej obydwu z nas. Ograniczyła mu wiec prawa rodzicielskie do wspoldecydowania o kierunku kształcenia (do czego w praktyce nie dojdzie, córka chodzi juz do szkoły, a kiedy ją skończy , bedzie musiala sama wybrać co dalej). Kontakty zostały ściśle określone, alimenty o tej samej wysokości co zabezpieczenie na czas trwania sprawy , zwrot części kosztów sądowych dla mnie…

Nie pomogły mu próby wmówienia, ze odeszłam, bo poznałam kogoś innego, mój nowy związek nie miał żadnego wpływu na przebieg rozwodu. Na nic zdały sie kłamstwa, wszystkie próby zastraszania mnie… Wszystko poszło po mojej myśli. I dopiero kilka tygodni po rozprawie dopadły mnie wspomnienia tego dnia. Dopiero wtedy dotarło do mnie,ze poza jego panią adwokat były z nim jakieś inne dwie kobiety i dziecko w wieku 2,5 może 3ech lat(?) Nie przyjrzałam sie, nie mam pojęcia kto to był. Nawet na rozwód przyprowadził ze sobą stadko… Aaaaah, niezmiernie sie cieszę, ze mam to za sobą.

Dodatkowo mamy juz za sobą pierwsze wakacje, w które mógł zabrać córkę. Co prawda Sąd ustalił dla nich w tym roku dwa tygodnie , ostatecznie (jako,ze wstrzelil mi sie z data w sam środek mojego urlopu) były mąż zgodził sie na tydzien, po czym odwiózł córkę po 6 dniach, a po dwóch dzwonił i się skarżył – nie dawał sobie rady. To już nie ta sama, malutka , bezbronna 3 letnia dziewczynka, a niespełna 5 letnia , mądra i cwana panienka, ktora była przekonana, że z tata bedzie jej lepiej niz ze mna, ze on pozwoli na wszystko (sam coś wspominał,że pozwoli)… Pojechała więc z zamiarem opanowania świata i doszło miedzy nimi do starć, co ja mam z nią na codzień. Od jakiegoś czasu żyje w przekonaniu,ze jest juz dorosła i moze sama decydować o wszystkim co jej dotyczy. Ot zwykła 5 latka, ktora chce byc dorosła, co zaostrza fakt, ze w tym roku szkolnym bedzie najstarsza w grupie 1/2. Mała kombinatorka.

Rozwód na pierwszej rozprawie mając wspólne małoletnie dziecko? bez wątpienia TAK , ale…. Nie wszystkim moze pójść tak gładko. Zależy od Sędziego i upartosci malzonkow.

 

Zamiana nazwiska po rozwodzie okazała sie latwiejsza niz myślałam. Odebrałam uprawomocnienie wyroku i poszłam do Urzędu Stanu Cywilnego. Ogólnie rzecz biorąc – kierownik urzędu powinien miec juz w systemie kwestie rozwodu. Niestety nie dostali jeszcze uprawomocnionego wyroku, ale wystarczył mój. Co prawda musiałam go tam zostawić, ale moge go odebrac jak tylko dojdzie do nich informacja o orzeczeniu rozwodu. Napisałam wniosek o powrót do nazwiska noszonego przed zawarciem związku małżeńskiego . Uiściłam oplate skarbowa w wysokości 11 złotych i od ręki dostałam akt małżeństwa z adnotacja o rozwodzie i powrocie do nazwiska panieńskiego. Z tym aktem złożyłam wniosek o nowy dowód osobisty. Z pewnego punktu widzenia wyglada to jak ogromny krok wstecz, powrót do przeszłości, do tego co juz było , ale w rzeczywistości był to niezły trucht w przyszłość . Przebyłam ogromny dystans od dnia kiedy doszlam do wniosku,ze to małżeństwo nie ma juz cienia szans do dzis, kiedy leżę w łóżku obok wspaniałego mezczyzny, a za ściana śpi moja cudowna córeczka ,a ja ze spokojem i uśmiechem pisze tutaj o tym jak zamknęłam jeden rozdzial życia, by moc rozpoczac nowy, oby tym razem lepszy.